Hmm… I co ja mam Wam powiedzieć? Zimnem już się nie wykręcę, zwłaszcza, że nawet w nocy temperatura nie spadła poniżej dwudziestu stopni. Nie mam już żadnego usprawiedliwienia dla lenistwa i najwyższy czas powrócić z nowymi wypocinami.A że w tych temperaturach pocę się bardzo intensywnie…
Jerzyki szaleją już po całym osiedlu, słońce przypieka, a w blokowisku zaczęły się intensywne remonty. Nieustanny, powodujący ból zębów dźwięk wiertarki udarowej, w połączeniu z hałasem motocykli za oknem, to jednoznaczne oznaki lata. Sen zimowy definitywnie i dość gwałtownie się skończył, za to przyszła pora coś napisać.
No to piszę. A o czym? Na początek może o tym, co najlepiej mi wychodzi – czyli trochę sobie ponarzekam na to, na co nie mam wpływu. Albo mam, ale mi się nie chce nic z tym zrobić.
Na początek coś, co uzmysłowiłem sobie już jakiś czas temu: nie tylko ja się starzeję. Mój rower też. Coraz więcej dolegliwości mu się objawia. Przeskakuje już tak, że boję się mocnej naciskać pedały, żeby nie wykonały gwałtownego, pełnego i dość głośnego obrotu, po którym można sobie wybić zęby o kierownicę. Ma też wiele innych, drobnych usterek i chyba nie opłaca się go już naprawiać. Zwłaszcza, że to Anglik, na wymiarach calowych i w Polsce o części do niego trudno. Pewnie nadeszła pora, by się z nim pożegnać. Szkoda, bo lubię ten rower. Przyzwyczaiłem się do niego i nie wiem, gdzie w rozsądnej cenie znajdę inny, tak lekko chodzący, tak składny i tak doskonale pasujący do moich rozmiarów. Już od pewnego czasu odwiedzam odpowiednie sklepy i uważnie oglądam prezentowane tam jednoślady – i żaden mi się nie widzi. Nie robią już teraz takich rowerów, jakie mnie się podobają. Nie wspominając już o tym, że przerażają mnie swoimi rozmiarami.
Przede wszystkim, nie wiem skąd wzięła się ta idiotyczna moda na rowery bez błotników. Rzadko który jest w nie wyposażony. A jeśli już jest, to zwykle przypomina niezgrabne konstrukcje z lat pięćdziesiątych. A ja muszę mieć rower z błotnikami, bo używam go na co dzień, nie do rekreacji, ale do tzw. „kolarstwa roboczego”. Pogoda nie zawsze dopisuje, a ubłocone twarz, nogi i plecy to nie jest jedno z moich marzeń. Przy czym, pralka w pełni podziela moje zdanie, więc nawet nie ma o czym gadać.
Inne z kolei mają niesamowicie grube opony, jak u motocykla. Cóż, nie jeżdżę po piachu, tylko po ścieżkach rowerowych i nie potrzebuję takiego monstrum. Są jeszcze rowery szosowe, ale tego w ogóle nie biorę pod uwagę, bo to druga skrajność. Zresztą, ich wyposażenie jest zerowe. Są jeszcze elektryki, ale w tę stronę nawet nie patrzę. Na co mi elektryk w mieście płaskim jak stolnica do wałkowania ciasta? I wywlekaj codziennie taki ciężar z piwnicy! Nie wspominając już nawet o braku możliwości ewentualnego podładowania baterii.
Tak więc, kręcę nosem, wybrzydzam i coraz bliższy jestem decyzji o próbie naprawy starego poczciwego jednośladu.
Tylko boję się reakcji Najwyższej Instancji, bo ona alergicznie reaguje w takich sytuacjach. Uważa mnie za specyficzny rodzaj skrajnego skąpiradła, bo skierowanego do siebie samego.
- Ja nic nie potrzebuję, wszystko mam! – przedrzeźnia mnie, gdy szukam koszulki bez plam po farbie, albo nici do naprawy plecaka, któremu akurat zachciało się rozleźć w szwach.
Wścieka się, gdy naprawiam sobie stare rzeczy, zamiast kupić nowe. Chyba po prostu, zazdrości mi tego, że potrafię! A byłem tego nauczony od maleńkości, bo młodość minęła mi w czasach braku dostępności absolutnie wszystkiego i naprawianie popsutych sprzętów i odzieży mam we krwi. Klejenie i zszywanie rozłażących się butów, cerowanie przetartych spodni (w niewidocznych miejscach), czy naprawa przebitej dętki w rowerze* przychodzą mi łatwo i naturalnie. Koleżanka Małżonka twierdzi, że pochodzę z epoki jaskiniowców, którzy sami musieli wytworzyć sobie to wszystko, co było im potrzebne, a ja nie tylko nie zaprzeczam, ale wręcz jestem z tego dumny!
Ale wszystko się kiedyś kończy. Na sobotę Koleżanka Małżonka zarządziła objazd po sklepach rowerowych. Jak ja nie cierpię zakupów!
______________
*Właśnie wczoraj przyszło mi ją kleić znów – tylko z przodu naliczyłem cztery łatki. Sam wiem, że należałoby ją wymienić, ale klej, ścisk i papier ścierny mam w mieszkaniu, a do sklepu z dętkami jednak kawałek drogi i cztery piętra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz