Każdą rzecz da się skomplikować. Wiem to dobrze, bo pracuję w firmie, która z komplikowania rzeczy prostych, czasami wręcz banalnych i wynoszenia ich do poziomu absurdalnego, uczyniła swój sztandar. Biurokracja u nas już dawno przekroczyła wszelki dopuszczalny poziom, włącznie z kosmicznym.
Przykład? Proszę bardzo - z autopsji! Powiedzmy, że chciałbym zespawać ze sobą dwie blaszki, żeby sprawdzić nową spawarkę, albo nowe elektrody. Muszę najpierw narysować każdą z nich oraz „podzespół”, złożony z obu pospawanych blaszek. Potem nadać systemowe numery tym rysunkom, potem poddać owe rysunki rygorystycznej procedurze zwolnienia, następnie nadać im numery części w innym, zupełnie niekompatybilnym systemie, gdzie wszystkie dane wklepuje się ręcznie. Tam też muszę zainicjować ich tzw. „zwolnienie”. Następnie poczekać, aż każda z Wysoko Postawionych Osób, zwanych dalej WPO, odklika w tym systemie swoją zgodę, nie mając przy tym pojęcia, co tak naprawdę zwalniają. A gdy obie blaszki już znajdą się w tym skomplikowanym, kompletnie nieintuicyjnym systemie, opartym na SAP, można przystąpić do tworzenia projektu. Tak, dobrze wyczytaliście! Projektu, bo taką wagę ma zwykła prośba do prototypowni o próbę spawania!
Zatem trzeba wykonać wykaz części (w systemie!), do każdej blaszki zdefiniować materiał i potrzebną jego ilość, oszacować pracochłonność, wyliczyć koszty dla każdego stanowiska oddzielnie i stworzyć budżet projektu. Gdy już go otrzymamy (po uprzednim przeklikaniu wniosku przez WPO), możemy zrobić zlecenie w SAP. Trzeba dołączyć wykaz części (zwolnionych!), ilości, numery magazynów, numery stanowisk itd. Aż przychodzi z dawna wyczekiwany moment i projekt powstaje w systemie. Teraz niech martwi się prototypownia. Która musi każdą z tych blaszek pobrać odpowiednim dokumentem. Potem następują trzy-cztery sekundy spawania i nadchodzi dalsza część biurokracji, polegająca na rozliczeniu pracy i materiałów.
Słowem, banalna, kilkusekundowa czynność wymaga przygotowań, jak do wieloletniej operacji. Przygotowania te zajmują minimum kilka dni, a bywa, że tygodni. Kosmiczny wymiar tego absurdu jest oczywisty dla każdego inżyniera, ale nie dla kontrolera czy menadżera, dla którego kontrola jest najwyższym wymiarem zaufania. Sens ma to mniej więcej taki, jak zaangażowanie renomowanej i bardzo wysoko ceniącej swoje usługi firmy ochroniarskiej, do pilnowania leżącej na podłodze dziesięciogroszówki. Monety nikt nie sobie nie przywłaszczy – to pewne. Ale fakt, że jej ochrona kosztuje kilkanaście tysięcy znacznie grubszych monet, wydaje się nikomu w tej firmie nie przeszkadzać. Dla mnie niepojęte jest, że ona w ogóle jeszcze istnieje.
Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najgorsze? To, że po latach w tej firmie zaczyna mi się to udzielać! Zauważyłem, że sam komplikuję sobie życie, wtłaczając je niepotrzebnie w sztywne ramy przeróżnych definicji. A zaczęło się od zwyczajnego pytania – czy przyleciały już jerzyki?
Otóż, przed dwoma dniami, gapiąc się w niebo ze swojego balkonu, odniosłem wrażenie, że w oddali coś się porusza. Pobiegłem do biurka po lornetkę. Chwila poszukiwania szybkiego obiektu i… Jest! Bez wątpienia, to nie jaskółka, to najprawdziwszy jerzyk! Bardzo lubię jaskółki, żeby nie było, ale jerzyki wręcz kocham!
I dałem upust swej radości, że oto do mojego miasta przyleciały wytęsknione i z dawna oczekiwane jerzyki.
Ale zaraz ogarnęły mnie wątpliwości natury formalnej. A na jakiej niby podstawie twierdzę, że przyleciały jerzyki? Przecież bazując na mojej obserwacji mogę z całą pewnością stwierdzić jedynie tyle, że przyleciał jerzyk! Jeden jerzyk! No, powiedzmy co najmniej jeden, ale wcale nie mam pewności, czy pojawiły się też inne.
Dziś, gdy zamyślony spojrzałem w okno swego biura, ujrzałem znów znajomy kształt. Przylepiłem nos do szyby i zacząłem uważnie obserwować. Jaskółka czy jerzyk? W okolicach mojego zakładu jaskółki są bardzo pospolite, więc z daleka łatwo o pomyłkę. Ale przyjrzałem się uważnie i stwierdziłem, że to jerzyk, „co zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość”, jak zwykł mawiać Antoni Macierewicz. Zatem można już ogłosić, że jerzyki przyleciały! No, bo dwa jerzyki, to już nie jeden, prawda?
Ale po chwili znowu opadłem na fotel i na moje czoło zakradła się pionowa zmarszczka. Nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością. No, nie mogę! Bo co, jeśli nie widziałem dwóch jerzyków, tylko dwa razy zaobserwowałem tego samego?
Muszę poczekać, aż zaobserwuję co najmniej dwa jednocześnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz