Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


piątek, 25 września 2026

Siniak na ramieniu

    Jeśli wśród Was jest jakiś zapalony ornitolog, który wyobraził sobie, że pozwoliłem gołębiowi siniakowi usiąść na swoim ramieniu, to muszę go rozczarować. Za nic nie dopuściłbym gołębia tak blisko siebie. Ten siniak wziął się zupełnie skądinąd.

     Ale to dość długa historia, może Was zmęczyć. Mam ją opowiedzieć?

     Oczami, a raczej uszami wyobraźni, usłyszałem gromkie „Taaaaak!”, wypowiedziane tak, jak czynią to dzieci w przedszkolu. Dlaczego mi się to skojarzyło z dziećmi? Nie mam pojęcia. O ile wiem, każde z Was może już legalnie pić wino. Może dlatego, że staliście mi się tak bliscy? A dlaczego „Taaaaak!”? Bo bardzo chciałbym Wam tę historię opowiedzieć, ale nie mam pewności, czy zechcecie ją przeczytać. Może Was w ogóle nie zainteresować, a ja sam wiem, że mam tendencje do wydłużania każdej opowieści w nieskończoność. Zwłaszcza tych nudnych. No cóż, spróbuję.

     Wspominałem kiedyś, że w prezencie urodzinowym dostałem voucher na strzelnicę. No i przyszedł właśnie ten czas, aby go zrealizować. A że owa strzelnica znajduje się w okolicach Wrocławia, przyszło nam na myśl, że można to połączyć z inną atrakcją, która od dawna kiełkowała nam w głowie.

     Otóż, pod Wrocławiem znajduje się pewna góra. Specyficzna góra! Było to miejsce przedchrześcijańskich kultów, o których niewiele dziś wiemy. Wiemy jedynie, że ta góra była przez dawnych mieszkańców tych ziem uznawana za świętą. To oczywiście Ślęża. Góra bardzo specyficzna, bo choć w skali gór jej wysokość, niewiele ponad 700 metrów n.p.m., nie jest w stanie zaimponować nikomu, to jednak jej wysokość względna, liczona od podnóża, liczy sobie pół kilometra! To dużo. Z daleka wygląda, jak wysoki kopiec, usypany ludzką ręką w zupełnie płaskim terenie. Jest jednak dziełem natury.

     Dawno, dawno temu, gdy samotny, opuszczony przez wszystkich i bardzo nieszczęśliwy leżałem w szpitalu, po wycięciu migdałków… Tak, kiedyś szło się na to do szpitala na trzy dni! I nie było mowy, żeby mama została przy mnie! Takie durne przepisy obowiązywały w PRL! Miałem jedynie pięć lat i wielki żal do całego świata, że muszę leżeć tam sam, wśród zupełnie obcych ludzi. Za jedyne towarzystwo miałem swoje kolorowe książeczki. Jedna o sowie, która stemplowała paszporty, druga była zbiorem wierszowanych baśni, trzeciej nie pamiętam. Ale doskonale pamiętam czwartą: „Włóczęgi misia Łazęgi”. To tam po raz pierwszy napotkałem na nazwę góry: Ślęża. To tam po raz pierwszy napotkałem nazwisko Piotra Włosta, rycerza związanego z okolicami owej góry. I wbiło mi się to w pamięć na resztę życia.

     Pewnego dnia stwierdziłem, że choć Piotra Włosta, Misia Łazęgi ani jego przyjaciela (nie pamiętam niestety, jak miał na imię ten chłopiec) na Ślęży nie spotkam, miło byłoby odwiedzić to miejsce i zobaczyć je na własne oczy. Byłaby to niby wędrówka w czasie, do tego jedynego promyka światła, która pocieszyła małego, nieszczęśliwego chłopca w szpitalnym łóżku, uciekającego w treść książki, przed tym nieprzyjaznym, sterylnym i pełnym cierpienia światem wokół niego.

     Co się rzadko zdarza, a co ucieszyło mnie jeszcze bardziej, chęć udziału w wyprawie wyraziła cała rodzina. Cała! Nie tylko Koleżanka Małżonka, ale też obaj chłopcy z „przyczepkami” – czyli tzw. „potencjalnymi synowymi”. Z których jedna – nazwijmy ją „Pierworodnowa” – oprócz wielu innych, imponujących umiejętności, jest też licencjonowanym przewodnikiem po Dolnym Śląsku.

     W swoim życiu zdarzało mi się chodzić po górach, a nawet zdobywać szczyty – choć, oczywiście, nie te, wymagające wspinaczkowych umiejętności, raków, czekanów, uprzęży i tych takich śmiesznych fidrygołków, które wbija się młotkiem w szczeliny i wiesza na nich liny. Nie wiem, jak to się nazywa.

     Ale chyba nigdy nie musiałem wspinać się pół kilometra pod górę, za jednym zamachem!

     Ze wszystkich moich wspinaczek, ta była najtrudniejsza. Z kilku powodów. Raz, że pogardziliśmy najłatwiejszym szlakiem, rzekomo przeznaczonym „dla matek z wózkami” i poszliśmy trudniejszym, bardziej stromym i znacznie węższym. Dwa, no cóż, to miało miejsce zaledwie kilka dni temu, a więc byłem w bardziej zaawansowanym wieku niż w czasie poprzednich wspinaczek. A trzy – teren jest naprawdę nieprzyjazny dla stóp. Cały czas idzie się po kamieniach, wertepach, nierównościach i tym wszystkim, co tylko czyha na to, aby skręcić człowiekowi kostkę. Dlatego mięśnie nóg w okolicach kostki trzeba było mieć stale napięte, a to było bardzo męczące – i to pomimo wysokich butów.

     Wspinaczka trwała całe dwie godziny. Moja koszulka była mokra od potu. W dodatku, choć po drodze mijaliśmy wielu turystów, nie przypuszczaliśmy, że na samym szczycie będzie ich więcej niż we Wrocławiu! Obiecaliśmy sobie wspaniałe widoki – ale żadnych widoków nie było, bo szlak wciąż prowadził w gęsty las. Widok – i to jedynie w jedną stronę – ujrzałem dopiero na samym szczycie, gdzie wcale nie było lepiej. Tylko w jednym miejscu nie przysłaniały go drzewa.


     To coś pośrodku, to Jezioro Mietkowskie.

     A potem czekała nas równie długa droga z powrotem, dla moich steranych życiem kolan, jeszcze bardziej męcząca. Nie żałuję, że „zdobyłem” Ślężę, ale raczej już nie wrócę w tamto miejsce. Choć muszę przyznać, że łezka nostalgii pojawiła się w moim oku – na tej górze znajduje się wiele dawnych, prymitywnych rzeźb, przedstawiających niedźwiedzia. Miś Łazęga jak żywy stanął mi przed oczami!

     Tej nocy spałem jak osesek.

     - A skąd ten siniak na ramieniu? – zapytacie! Albo i nie zapytacie, bo w sumie, co Was to może obchodzić…

     Cierpliwości! Uprzedzałem, że to będzie długa historia, prawda? Zapraszam na część drugą, pod jakże znaczącym tytułem „Siniak na ramieniu – część druga”. Ukaże się, jak to zwykle bywa, wkrótce.


poniedziałek, 21 września 2026

Jedno wesele i napuchnięte zwłoki zamiast pogrzebu

     - Małżeństwo to gówno – K. uśmiechnął się krzywo. – Popełniasz wielki błąd.

    Mój kolega spojrzał na niego… Chciałbym powiedzieć „ze zdziwieniem”, ale nawet zdziwienia nie było w jego spojrzeniu. Obaj wiedzieliśmy, że K. jest po bolesnym rozwodzie i nie tylko do instytucji małżeństwa, ale też samej jego idei ma stosunek mocno krytyczny. Wyszliśmy z kuchni, starając się niczego po sobie nie pokazać, aby nie dołować go jeszcze bardziej.

     Trochę niefortunnie wyszło, bowiem właśnie ów kolega, z którym wychodziłem, przeżywa swoje ostatnie chwile wolności. W przyszłym tygodniu się żeni, a my za jego plecami dopinamy składkę na prezent z tej okazji. W dodatku, cały zespół zaangażował się w wymyślanie życzeń, które chcemy zamieścić na załączonej do niego kartce. Jedne głupsze od drugich! Wyobrażacie sobie dziecięciu twórczych przecież ludzi – wszyscy jesteśmy konstruktorami – z których nikt nie potrafi ułożyć jakiegoś zabawnego wierszyka? Ja sam nie brałem w tej zabawie udziału, bo uznałem, że oni znają kolegę lepiej – niektórzy znali też jego przyszłą żonę – i lepiej uda im się napisać tych parę słów, które sprawią im przyjemność. Ale zdecydowanie brakło im talentu. Zaprzęgli do pracy nawet sztuczną inteligencję, ale gdy ujrzałem jej twórczość, coś mi się zdaje, że jeszcze długo nie zastąpi ona człowieka w tej dziedzinie.

     W końcu koledzy wybrali jeden z wierszyków. Moim zdaniem nie mogli wybrać gorzej, bowiem ten akurat był zupełnie bez wyrazu, przepełniony banałami i do tego brakowało mu tak lubianej przeze mnie melodyjności. Zdecydowałem się wtrącić i zaproponować, że trochę ocieplę te beznamiętne i do bólu poprawne polityczne rymy. Wyszło więc pół na pół – wierszyk nie najwyższych lotów, ale przynajmniej poprawny literacko.

     Ale wracając do tematu – kolega spojrzał na mnie z ironicznym uśmiechem i spytał.

     - Ty masz spory staż w małżeństwie. Naprawdę jest tak źle?

     Pokręciłem głową.

     - Oszczędzę ci banalnego wykładu – odparłem – o wzajemnym szacunku, o doborze charakterów i wspólnych pasjach. Pod jednym względem K. miał rację – małżeństwo to prawdziwe gówno. Ale – podniosłem w górę palec – w pozytywnym sensie.

     Spojrzał na mnie nieco zdezorientowany, jakby oczekiwał dalszego ciągu. Nie umiałem już utrzymać powagi i klepnąłem go w brzuch.

     - W sensie nawozu – wyjaśniłem. – Ciesz się swoją zgrabną figurą, bo niedługo ją pożegnasz. Małżeństwo jest jak przesadzenie drzewka z jałowej gleby, na bardzo żyzną. Drzewko zaczyna wtedy rosnąć jak głupie – niestety w naszym przypadku, tylko wszerz.  Od przyszłego tygodnia zaczną ci się tu odkładać kolejne słoje rocznego przyrostu.

     Zaczął się śmiać, ale ja ciągnąłem dalej.

     - Popatrz na to – poklepałem się po swej znienawidzonej wypukłości. – Trzy dychy tu tkwią. I zaczęło się właśnie od tego – pokazałem obrączkę. – Do tego momentu modele zazdrościli mi sylwetki, a teraz zazdroszczą mi jedynie poczucia humoru, z jakim ją traktuję.

     Zostawiłem go w doskonałym, jak sądzę po jego śmiechu, nastroju i wróciłem do swojego biurka. No tak, co innego mi zostało, jak tylko z humorem potraktować tę cholerną narośl przed sobą, której nie da się w żaden sposób zrzucić? Wiem, bo próbowałem już wszystkiego. Jestem niemal pewien, że utyłbym nawet jako więzień, skuty łańcuchami i przymuszony do wycieńczającej pracy w kamieniołomach. Zwłaszcza, że długo by to nie trwało – szybko wysiadłby mi kręgosłup i zdenerwowany strażnik, po kilku wyryczanych upomnieniach, zatłukłby mnie drewnianym kołkiem na śmierć.

     Ale podobno nawet zwłoki potrafią napuchnąć.