Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


wtorek, 14 lipca 2026

Jak to czasem sytuacja potrafi popsuć najdramatyczniejszą opowieść

     - No, tu stały! – jęknąłem. – Sam je tu wczoraj postawiłem. Zapakowane w otwarty karton, z karteczką „Nie rusz, nie tykaj, usiądź, zapal, odpocznij!”*

     Bezradnie rozglądałem się po prototypowni. Przeszukałem każdy kąt, ale swoich części, przeznaczonych na próby, nie znalazłem. Odnalazły się dopiero jakiś tydzień później, w bardzo nieoczekiwanym miejscu.

     Ta sytuacja miała miejsce ładnych parę lat temu, gdy zajmowałem się jeszcze organizowaniem produkcji prototypów. Potem przeszedłem do działu konstrukcyjnego i była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Żeby było śmieszniej, właśnie trwa reorganizacja i mój obecny dział zostanie połączony ze starym! Będzie to zresztą czysta formalność, bowiem po wielu przesunięciach, przeprowadzkach i przearanżowaniach, finalnie wszyscy wylądowaliśmy w nowym biurowcu, w dodatku w jednym pomieszczeniu i ten stan rzeczy trwa do dziś. Ważne, że znamy się dobrze, a ja szczególnie dobrze, w dodatku z obiema grupami.

     Oni wciąż w grupie mają osobę, odpowiedzialną za prototypy. Mógłbym go nazwać swoim następcą, gdyby nie to, że to już któryś z kolei. I ten kolega pewnego dnia zaczął się żalić, że zgubiono jego części.

     Odwróciłem się w jego stronę, aby posłuchać tej smutnej historii. Ech, jak ja dobrze to znałem! Niby nic wielkiego, jakieś części zostały omyłkowo umieszczone nie tam, gdzie znajdować się powinny. W tak wielkiej firmie, gdzie realizuje się setki tematów jednocześnie, od czasu do czasu zwyczajnie się to zdarza (choć nie powinno), bo człowiek jest istotą omylną. Dobrze przynajmniej, że dzieje się to stosunkowo rzadko.

     - No i wiecie, gdzie w końcu się znalazły? – kolega kończył swą opowieść.

     - Na Księżycu? – wyrwało mi się.

     Uśmiechnął się.

     - Prawie – odparł. – Wyobraźcie sobie, że odnalazły się w magazynie wysyłek! I to znalazły się tylko dlatego, że nie miały dokumentów wysyłkowych i magazynier zaczął wydzwaniać po różnych działach, żeby dowiedzieć się, co to jest i co z tym zrobić!

     I zerknął na mnie, zapewne spodziewając się na mojej twarzy wyrazu niebotycznego zdumienia. Ale, choć nie miałem lustra i nie mogłem tego sprawdzić, byłem pewien, że zagościł tam jedynie znudzony i pełen wyższości uśmiech. Bowiem przypomniałem sobie sytuację, opisaną na samym początku tej notki.

     - Ech, kolego – mruknąłem leniwie, jak najedzony tygrys, któremu nie chce się nawet zaszczycić spojrzeniem jakiejś potencjalnej ofiary, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby tylko zechciał, mógłby ją dopaść jednym susem. – Komu ty chcesz zaimponować?

     O mało nie dodałem „dzieciaku!”, ale to tylko niepotrzebnie przypomniałoby kilku koleżankom, że jestem tu najstarszy, a wtedy nawet wciągnięty brzuch nie pomoże.

     -Wiesz, gdzie znaleziono moje części? – mruknąłem, patrząc na niego spod wpółprzymkniętych powiek.

     Aż byłem dumny z tego pomruku. Tak świetnie mi wyszedł! Szkoda, że Koleżanka Małżonka nie słyszała, na pewno w jej oczach stałbym się wyższy, szczuplejszy i potrafiący lepiej tańczyć.

     - No, gdzie?

     Ech, młodzież dziś nie zna się na opowiadaniu historii. Nic a nic nie potrafi stopniować napięcia. Żadnego okazywania emocji, żadnego przejętego tonu, tylko zwykłe, pospolite „No, gdzie?”. Musiałem sam zadbać o dramatyzm. Uczyniłem więc pełną napięcia pauzę, a w tle rozległ się przerażający motyw muzyczny. Na przykład, ze „Szczęk”, gdy rekin dopędza ofiarę…

     - Nawet nie próbuj zgadywać. W Japonii!

     Wyraz zaskoczenia pojawił się na jego twarzy. Ale nie tak wielkiego, jak się spodziewałem.

     - Znaczy – bąknął niepewnie – w dziale X?

     No, masz! Dział X (który oczywiście nazywa się zupełnie inaczej, ale wolałbym niepotrzebnie nie ujawniać wewnętrznych spraw firmy) wciąż nazywaliśmy „Japonią”, bowiem jeszcze niedawno pomieszczenia te wynajmowała japońska firma kooperacyjna z naszej branży, która kilka lat temu przeniosła się w inne miejsce.

     I tak, niechcący, dział X zniwelował cały efekt, jaki zamierzałem osiągnąć. Jak pech to pech!

     Ale jeszcze się nie poddałem. Pokręciłem głową.

     - W Japonii! – podkreśliłem z mocą. – Tej prawdziwej! Azjatyckiej. Po drugiej stronie globu! Konkretnie, w Osace…** A zostawiłem je w prototypowni pod tablicą.

     - Prawda – roześmiał się inny kolega z tego działu, pracujący w nim od lat. – Słyszałem, jak kiedyś o tym opowiadałeś!

     Mój następca na stanowisku koordynatora prototypów*** otworzył szeroko oczy. A ja, nie czekając aż mu przejdzie, odwróciłem się do swego ekranu i zabrałem się do pracy.

     I niech mi ktoś teraz powie, że Dilbert, autorstwa nieodżałowanego Scotta Adamsa, to fikcja!

____________

* Tak naprawdę ta karteczka była o wiele bardziej rozbudowana – ale znaczenie było właśnie takie

** Najprawdziwsza, stuprocentowa prawda!

*** Ha, a ja byłem wtedy jeszcze dodatkowo ich konstruktorem! Dzieciak nie dorasta mi do pięt, normalnie…****

**** Powiedziane tym samy tonem, tego samego tygrysa.


poniedziałek, 6 lipca 2026

Jeszcze jedna dziewiętnastka

    - Jeszcze tylko dwadzieścia dwa wstawania! – usłyszałem kilka dni temu, wieczorem.

     W ten sposób Koleżanka Małżonka co roku odlicza dni do urlopu. Moim zdaniem, bardzo trafnie. Bo najgorszy moment w każdym dniu powszednim jest ranek, kiedy trzeba o zupełnie nieludzkiej godzinie zwlec się z łóżka, chociaż każda część jaźni buntuje się przeciw temu gwałtowi na ciele i psychice.

     Ludzkość nieodmiennie stanowi dla mnie zagadkę nie do rozwiązania. Niby człowiek to najinteligentniejsze stworzenie, niby osiągnął to, co dla innych stworzeń nieosiągalne, niby ma wszystko, czego zapragnie… Ale jako jedyne stworzenie na ziemi, kładzie się spać wtedy, gdy spać mu się absolutnie nie chce i spędza nieraz długie godziny na liczeniu nieistniejących baranów. Wstaje zaś dokładnie wtedy, gdy najbardziej chce mu się spać i przez krótszy lub dłuższy czas jest najnieszczęśliwszą istotą na świecie.

     Niektórzy przeżywają to znośnie. Dla mnie to tortura. Musiałem sobie na alarm w komórce ustawić jakąś bardzo lubianą piosenkę, bo inaczej zapewne moment bolesnego przebudzenia skutkowałby wyrzuceniem telefonu przez okno. Utwór Estranged pozwolił na podzielenie procesu przebudzenia na dwie fazy. Jeśli Axl, swoim delikatnym szeptem, nie zdoła mnie w miarę bezboleśnie obudzić (rzadko, ale się zdarza), bardzo skutecznie wyręcza go Slash, chociaż tutaj już o delikatności trudno mówić. I tak, wiem, pisałem już o tym wielokrotnie! Nic nie poradzę na to, że na starość staję się nudziarzem. Ważne, że obaj robią to skutecznie, dzięki temu nie tylko jestem w biurze na czas, ale jeszcze do tego jako pierwszy. Ma to swoje zalety – mogę bezkarnie pootwierać okna na oścież, również w czasie mrozu i powypuszczać myszy. Tak to nazywam, bo rankiem w biurze panuje jakiś dziwny zaduch, jakby zagnieździły się w nim gryzonie. Dopiero po jakimś czasie dołączają do mnie koledzy, którzy czym prędzej owe okna zamykają.

     Zwykle w tym momencie jestem już obudzony, ale na wszelki wypadek wypijam pyszną, czarną, dużą kawę – wykonaną przy użyciu drippera. (Dzięki, Woland, nie miałem pojęcia, że to się tak nazywa. Ja na to mówiłem po prostu „lejek”). To zwykle mnie budzi ostatecznie. Ale niestety, nie zawsze. Bywa, że budzę się dużo później i dużo boleśniej, najczęściej z winy telefonu, domagającego się ode mnie informacji na temat jakiegoś zadania, które właśnie wykonuję. Albo powinienem wykonywać, ale jeszcze nie zacząłem. Albo już skończyłem i zdążyłem o nim dokładnie i starannie zapomnieć.

     Tak więc, jak widzicie, proces mojego przebudzenia jest niezwykle skomplikowany i wielofazowy. Z pewnością wart tego, aby z niego właśnie uczynić podstawową jednostkę czasu.

     A dziś uzmysłowiłem sobie, że kolejna dziewiętnastka zawitała w moim życiu – jeszcze tylko dziewiętnaście wstawań!

     A potem czeka mnie Wielkie Pakowanie – przy którym znów będę się zastanawiał, czy przypadkiem Koleżanka Małżonka nie wyprowadza się z domu. Potem Wielkie (i bolesne) Tankowanie – bo przed podróżą trzeba zalać bak do pełna. Następnie Wielkie Szorowanie – bo nie wypada zajechać na wakacje limuzyną obficie oblepioną spadzią i ofefraną przez gołębie. A potem…

     Pasy zapięte, okulary na nosie i proszę wieżę o pozwolenie na uruchomienie silnika!... Znaczy, no wiecie… Ojej, no trochę za daleko uciekłem w marzenia.

     Wprowadzam koordynaty – kurs na północny zachód, do Świnoujścia, bo Koleżanka Małżonka jeszcze tam nie była. Jest morze, jest plaża, jest spory port z kołyszącymi się statkami, na które można się bezmyślnie gapić, jest też gdzie połazić. Mamy w planach pieszą wycieczkę do Heringsdorf, kolejową do Szczecina i autobusową, bądź morską – jeszcze nie zdecydowaliśmy – do Międzyzdrojów. Tam chcę Koleżankę Małżonkę zaciągnąć do woliery i pokazać jej prawdziwego orła. Już dziś jestem ciekaw jej reakcji!* Albo ucieknie w popłochu, albo rzuci mi się na szyję, z okrzykiem „Ratuj!”. A ja ją uratuję i będziemy żyli długo i szczęśliwie.

     Co z planów wyjdzie – zobaczymy. Ale na pewno nie będzie wczesnego wstawania!

     No, ale to dopiero za miesiąc...

_________________________

*Przypominam, że Towarzyszka Życia panicznie boi się ptaków – nawet wróbli. Co zrobi, gdy zobaczy orła, nie potrafi przewidzieć nawet Baba Wanga.