Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


niedziela, 31 maja 2026

O tym, że nawet gra może być terapią

     Pamiętam ten letni, słoneczny, czerwcowy dzień. Czasy pandemii. Siedziałem przy biurku, w niemal zupełne pustym pokoju, od południowej strony. To był jeszcze niedawno pokój chłopców, ale po ich wyprowadzce meble zostały wywiezione, ściany wyrównane i odmalowane. Nowe meble jeszcze się nie pojawiły, a ze starych zostawiłem sobie tylko jedno z biurek i używałem go do pracy. Bo tak się złożyło, że koronawirus wygnał nas z biur do domów i upowszechnił się u nas tzw. „Home Office”.

     W tych czasach nie miałem wiele roboty. Cały dział w zasadzie przeżywał posuchę, bo ze względu na światową sytuację, w naszej branży gwałtownie spadła wszelka aktywność. A ja ze swoim zadaniem uporałem się dość szybko i nie miałem co robić przez resztę dnia. I wszedłem sobie na Steam… I sprawdziłem, jakie gry ma na udostępnionym koncie Pierworodny… I odkryłem fajną, survivalową gierkę „Conan Exiles”, która pozwoliła mi na jakiś czas zająć czymś umysł i pomogła wyjść z psychicznego dołka.

     Dlaczego o tym piszę? Tak naprawdę wcale nie chciałem o tym, tylko o czymś zupełnie innym. W tamtym czasie przeżywałem straszny atak depresji. Do dziś nie mam pojęcia, co mnie tak bardzo zdołowało. Chyba miało to jakiś związek z przebytym wcześniej zakażeniem. Ten wirus obchodził się ponoć bardzo brutalnie z układem nerwowym. Doszła do tego permanentna samotność, bo Koleżanka Małżonka, w przeciwieństwie do mnie, na skutek idiotycznych rządowych decyzji, prawie nie wychodziła z pracy. Pusty pokój przypominał, że przestałem już być ojcem w pełnym tego słowa znaczeniu i nikt tak naprawdę mnie już nie potrzebuje. Śmierć Przyjaciela z lat szkolnych przygnębiła mnie jeszcze bardziej. W normalnych warunkach pewnie skończyłoby się kilkudniowym przygnębieniem, może chandrą, ale to nie były normalne okoliczności.

     Pamiętam to, pamiętam także, że wyszedłem z tego dzięki ważnym dla mnie osobom. Dokonały tego cierpliwość i dobroć Koleżanki Małżonki, zaangażowanie obu synów, którzy nagle zaczęli do mnie wydzwaniać i zajmować krótkimi rozmowami. No i Wy, moi kochani! Tak, Wam też to zawdzięczam. Pamiętam słowa pocieszenia, współczucia i chęci pomocy – i nigdy Wam tego nie zapomnę.

     I wczoraj właśnie zagrałem sobie w „Conan Exiles”. Nie sam. Z Pierworodnym! To nic, że był daleko – w sieci był tuż obok mnie. Buszowaliśmy razem po Ziemiach Wygnańców, najpierw usiłując przeżyć, a potem zabraliśmy się za budowanie schronienia. Razem zbieraliśmy potrzebne zasoby, razem wznosiliśmy fundamenty naszej budowli, razem wyposażaliśmy ją w niezbędne warsztaty. I czułem jego obecność – to, na czym najbardziej mi zależało.

     Nie umiem rozmawiać przez telefon. Podziwiam osoby, które godzinami potrafią rozmawiać o niczym (np. Najważniejsza Kobieta w moim życiu). Ja potrzebuję tematu. Dla mnie telefon to narzędzie do przekazywania informacji, a nie do pogaduszek. Gdybym zadzwonił do Pierworodnego, skończyłoby się na paru zdawkowych uwagach, bez żadnego znaczenia.

    A tutaj? Tu zawsze był temat!

     - Gdzie jesteś? Bo cię nie widzę.

     - Nad jeziorem, zbieram żelazo!

     - Dobra, to ja zbiorę kamień i drewno na tę dobudówkę.

     - Zbuduj przy okazji nową skrzynkę, bo w starej się już nic nie zmieści. Czekaj, ile my mamy sztabek?

     - Dobra, skrzynka stoi! Moment, zajrzę do pieca. Mamy siedemdziesiąt dwie i jeszcze się wytapia, następne trzydzieści sześć. Zużyję trochę na sierp, bo trzeba zebrać włókna…

     Tego typu rozmowa – zupełnie jak przy wspólnej pracy – choć pracą tego w żaden sposób nie można było nazwać. Ot, przyjemne marnowanie czasu we dwóch. I gdy zaczęły mi się już kleić oczy i przyszła pora pożegnania, obaj stwierdziliśmy, że tak rozgrzebanej bazy nie zostawimy i przy najbliższej okazji znowu się za nią zabierzemy. I znów się spotkamy – wirtualnie, ale zawsze.

     To ta sama gra, co w czasach pandemii, a jednak… Jednak zupełnie inna. Coś się zmieniło.


środa, 27 maja 2026

O zakończeniu okresu leniuchowania

     Hmm… I co ja mam Wam powiedzieć? Zimnem już się nie wykręcę, zwłaszcza, że nawet w nocy temperatura nie spadła poniżej dwudziestu stopni. Nie mam już żadnego usprawiedliwienia dla lenistwa i najwyższy czas powrócić z nowymi wypocinami.A że w tych temperaturach pocę się bardzo intensywnie…

     Jerzyki szaleją już po całym osiedlu, słońce przypieka, a w blokowisku zaczęły się intensywne remonty. Nieustanny, powodujący ból zębów dźwięk wiertarki udarowej, w połączeniu z hałasem motocykli za oknem, to jednoznaczne oznaki lata. Sen zimowy definitywnie i dość gwałtownie się skończył, za to przyszła pora coś napisać.

     No to piszę. A o czym? Na początek może o tym, co najlepiej mi wychodzi – czyli trochę sobie ponarzekam na to, na co nie mam wpływu. Albo mam, ale mi się nie chce nic z tym zrobić.

     Na początek coś, co uzmysłowiłem sobie już jakiś czas temu: nie tylko ja się starzeję. Mój rower też. Coraz więcej dolegliwości mu się objawia. Przeskakuje już tak, że boję się mocnej naciskać pedały, żeby nie wykonały gwałtownego, pełnego i dość głośnego obrotu, po którym można sobie wybić zęby o kierownicę. Ma też wiele innych, drobnych usterek i chyba nie opłaca się go już naprawiać. Zwłaszcza, że to Anglik, na wymiarach calowych i w Polsce o części do niego trudno. Pewnie nadeszła pora, by się z nim pożegnać. Szkoda, bo lubię ten rower. Przyzwyczaiłem się do niego i nie wiem, gdzie w rozsądnej cenie znajdę inny, tak lekko chodzący, tak składny i tak doskonale pasujący do moich rozmiarów. Już od pewnego czasu odwiedzam odpowiednie sklepy i uważnie oglądam prezentowane tam jednoślady – i żaden mi się nie widzi. Nie robią już teraz takich rowerów, jakie mnie się podobają. Nie wspominając już o tym, że przerażają mnie swoimi rozmiarami.

     Przede wszystkim, nie wiem skąd wzięła się ta idiotyczna moda na rowery bez błotników. Rzadko który jest w nie wyposażony. A jeśli już jest, to zwykle przypomina niezgrabne konstrukcje z lat pięćdziesiątych. A ja muszę mieć rower z błotnikami, bo używam go na co dzień, nie do rekreacji, ale do tzw. „kolarstwa roboczego”. Pogoda nie zawsze dopisuje, a ubłocone twarz, nogi i plecy to nie jest jedno z moich marzeń. Przy czym, pralka w pełni podziela moje zdanie, więc nawet nie ma o czym gadać. 

     Inne z kolei mają niesamowicie grube opony, jak u motocykla. Cóż, nie jeżdżę po piachu, tylko po ścieżkach rowerowych i nie potrzebuję takiego monstrum. Są jeszcze rowery szosowe, ale tego w ogóle nie biorę pod uwagę, bo to druga skrajność. Zresztą, ich wyposażenie jest zerowe. Są jeszcze elektryki, ale w tę stronę nawet nie patrzę. Na co mi elektryk w mieście płaskim jak stolnica do wałkowania ciasta? I wywlekaj codziennie taki ciężar z piwnicy! Nie wspominając już nawet o braku możliwości ewentualnego podładowania baterii.

     Tak więc, kręcę nosem, wybrzydzam i coraz bliższy jestem decyzji o próbie naprawy starego poczciwego jednośladu.

     Tylko boję się reakcji Najwyższej Instancji, bo ona alergicznie reaguje w takich sytuacjach. Uważa mnie za specyficzny rodzaj skrajnego skąpiradła, bo skierowanego do siebie samego.

     - Ja nic nie potrzebuję, wszystko mam! – przedrzeźnia mnie, gdy szukam koszulki bez plam po farbie, albo nici do naprawy plecaka, któremu akurat zachciało się rozleźć w szwach.

     Wścieka się, gdy naprawiam sobie stare rzeczy, zamiast kupić nowe. Chyba po prostu, zazdrości mi tego, że potrafię! A byłem tego nauczony od maleńkości, bo młodość minęła mi w czasach braku dostępności absolutnie wszystkiego i naprawianie popsutych sprzętów i odzieży mam we krwi. Klejenie i zszywanie rozłażących się butów, cerowanie przetartych spodni (w niewidocznych miejscach), czy naprawa przebitej dętki w rowerze* przychodzą mi łatwo i naturalnie. Koleżanka Małżonka twierdzi, że pochodzę z epoki jaskiniowców, którzy sami musieli wytworzyć sobie to wszystko, co było im potrzebne, a ja nie tylko nie zaprzeczam, ale wręcz jestem z tego dumny!

      Ale wszystko się kiedyś kończy. Na sobotę Koleżanka Małżonka zarządziła objazd po sklepach rowerowych. Jak ja nie cierpię zakupów!

______________

*Właśnie wczoraj przyszło mi ją kleić znów – tylko z przodu naliczyłem cztery łatki. Sam wiem, że należałoby ją wymienić, ale klej, ścisk i papier ścierny mam w mieszkaniu, a do sklepu z dętkami jednak kawałek drogi i cztery piętra.