- Małżeństwo to gówno – K. uśmiechnął się krzywo. – Popełniasz wielki błąd.
Mój kolega spojrzał na niego… Chciałbym powiedzieć „ze zdziwieniem”, ale nawet zdziwienia nie było w jego spojrzeniu. Obaj wiedzieliśmy, że K. jest po bolesnym rozwodzie i nie tylko do instytucji małżeństwa, ale też samej jego idei ma stosunek mocno krytyczny. Wyszliśmy z kuchni, starając się niczego po sobie nie pokazać, aby nie dołować go jeszcze bardziej.
Trochę niefortunnie wyszło, bowiem właśnie ów kolega, z którym wychodziłem, przeżywa swoje ostatnie chwile wolności. W przyszłym tygodniu się żeni, a my za jego plecami dopinamy składkę na prezent z tej okazji. W dodatku, cały zespół zaangażował się w wymyślanie życzeń, które chcemy zamieścić na załączonej do niego kartce. Jedne głupsze od drugich! Wyobrażacie sobie dziecięciu twórczych przecież ludzi – wszyscy jesteśmy konstruktorami – z których nikt nie potrafi ułożyć jakiegoś zabawnego wierszyka? Ja sam nie brałem w tej zabawie udziału, bo uznałem, że oni znają kolegę lepiej – niektórzy znali też jego przyszłą żonę – i lepiej uda im się napisać tych parę słów, które sprawią im przyjemność. Ale zdecydowanie brakło im talentu. Zaprzęgli do pracy nawet sztuczną inteligencję, ale gdy ujrzałem jej twórczość, coś mi się zdaje, że jeszcze długo nie zastąpi ona człowieka w tej dziedzinie.
W końcu koledzy wybrali jeden z wierszyków. Moim zdaniem nie mogli wybrać gorzej, bowiem ten akurat był zupełnie bez wyrazu, przepełniony banałami i do tego brakowało mu tak lubianej przeze mnie melodyjności. Zdecydowałem się wtrącić i zaproponować, że trochę ocieplę te beznamiętne i do bólu poprawne polityczne rymy. Wyszło więc pół na pół – wierszyk nie najwyższych lotów, ale przynajmniej poprawny literacko.
Ale wracając do tematu – kolega spojrzał na mnie z ironicznym uśmiechem i spytał.
- Ty masz spory staż w małżeństwie. Naprawdę jest tak źle?
Pokręciłem głową.
- Oszczędzę ci banalnego wykładu – odparłem – o wzajemnym szacunku, o doborze charakterów i wspólnych pasjach. Pod jednym względem K. miał rację – małżeństwo to prawdziwe gówno. Ale – podniosłem w górę palec – w pozytywnym sensie.
Spojrzał na mnie nieco zdezorientowany, jakby oczekiwał dalszego ciągu. Nie umiałem już utrzymać powagi i klepnąłem go w brzuch.
- W sensie nawozu – wyjaśniłem. – Ciesz się swoją zgrabną figurą, bo niedługo ją pożegnasz. Małżeństwo jest jak przesadzenie drzewka z jałowej gleby, na bardzo żyzną. Drzewko zaczyna wtedy rosnąć jak głupie – niestety w naszym przypadku, tylko wszerz. Od przyszłego tygodnia zaczną ci się tu odkładać kolejne słoje rocznego przyrostu.
Zaczął się śmiać, ale ja ciągnąłem dalej.
- Popatrz na to – poklepałem się po swej znienawidzonej wypukłości. – Trzy dychy tu tkwią. I zaczęło się właśnie od tego – pokazałem obrączkę. – Do tego momentu modele zazdrościli mi sylwetki, a teraz zazdroszczą mi jedynie poczucia humoru, z jakim ją traktuję.
Zostawiłem go w doskonałym, jak sądzę po jego śmiechu, nastroju i wróciłem do swojego biurka. No tak, co innego mi zostało, jak tylko z humorem potraktować tę cholerną narośl przed sobą, której nie da się w żaden sposób zrzucić? Wiem, bo próbowałem już wszystkiego. Jestem niemal pewien, że utyłbym nawet jako więzień, skuty łańcuchami i przymuszony do wycieńczającej pracy w kamieniołomach. Zwłaszcza, że długo by to nie trwało – szybko wysiadłby mi kręgosłup i zdenerwowany strażnik, po kilku wyryczanych upomnieniach, zatłukłby mnie drewnianym kołkiem na śmierć.
Ale podobno nawet zwłoki potrafią napuchnąć.