Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


piątek, 16 października 2026

Znowu...

     Za długo był spokój. No, za długo! Chyba kilka całych tygodni! Skandal! Prawie dwa miesiące bez żadnego remontu? No ludzie, kto to widział!

     No i znów złośliwy Los zniecierpliwił się na mój spokojny żywot i dał mi coś do roboty, żebym czasem się nie nudził, albo – broń Panie Boże – odpoczął po pracy. Nie ma tak dobrze! Chaos musi być!

     Jesteście gotowi na kolejną, długą, nudną i pełną narzekań historię? Zdradzę Wam w sekrecie, że to było pytanie retoryczne – bo i tak ją opowiem. Gdzieś muszę wylać swoją frustrację i permanentny żal do całego świata, że nie chce o mnie zapomnieć.

     Ale, jeśli jeszcze na to nie wpadliście, mogę Wam zdradzić, że wcale nie musicie tego czytać. Genialne, prawda?

     Zatem uwaga, zaczynam. Tylko sobie odchrząknę…

     Zaczęło się od demontażu termy. Pisałem o tym TUTAJ. W sumie, jestem z tego zadowolony, chociaż przyzwyczajenie daje o sobie znać kilka razy dziennie. Gdy odkręcam wodę, czy to nad umywalką, czy nad zlewem, czy pod prysznicem, zawsze czekam, aż mi się terma zapali. Od połowy lat osiemdziesiątych zawsze w łazience miałem termę – czy to w Starym Domu, czy w Nowym Miejscu. I zawsze po odkręceniu ciepłej wody słyszałem ten cichy wybuch, który paradoksalnie nastrajał mnie optymistycznie. Teraz tego nie ma, a ja wciąż na to czekam. Chyba się nie odzwyczaję.

     Ale, żeby nie było za pięknie, spółdzielnia znowu wpadła na jeden ze swoich „genialnych” pomysłów i nagle wywiesiła ogłoszenie, że odbędzie się demontaż liczników gazu i sprawdzanie szczelności instalacji. Obecność w mieszkaniu obowiązkowa. Za dwa dni! Bo przecież oczywiste jest, że wszyscy lokatorzy to przewidzieli i zawczasu załatwili sobie urlop! Każdy tak przecież robi…

     I pech chciał, że w naszej instalacji „wykryto nieszczelność”. Jak to zrobiono bez uprzedniego demontażu licznika, nie wiadomo. To tajemnica lasu i pewnego mniej więcej osiemdziesięcioletniego dziadziusia ze spółdzielni, który uparł się wymienić nam rury. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani strasznego, gdyby nie kilka faktów:

     1. Nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć, w którym miejscu instalacja jest nieszczelna. Może w naszych rurach, a może jeszcze przed licznikiem. A jednak uparł się i żadnego głosu rozsądku nie chciał słuchać.

      2. Chciał z marszu wymieniać rury, choć przepisy wymagają, aby uprzednio wykonać projekt i przedstawić go gazowni. Niczego takiego nie zrobił.

     3. Jeszcze poprzedni właściciel mieszkania zabudował rury ze wszystkich stron, tworząc pawlacze. Dziadziuś stwierdził, że trzeba je „zdemontować”, ale w tym przypadku oznaczało to po prostu rozwalić je, bowiem demontaż nie został przewidziany w ich konstrukcji. I mielibyśmy na to jakieś pół godziny.

     Koniec końców, zwietrzyliśmy tu jakiś podstęp. Najbardziej prawdopodobne wersja wygląda tak, że dziadziuś chciał wykonać zupełnie niepotrzebną fuchę na koszt spółdzielni i zgarnąć za to pieniądze. Dogadać się z nim nie dało. Na moje pytania odpowiadał zupełnie nielogicznie, jakby brakowało mu przynajmniej połowy mózgu. Zniecierpliwiony, wygnałem go z mieszkania, ale jeszcze długo słyszałem jego odgrażanie się, że „zostaniemy bez gazu, bo on niczego nie podpisze”.

     No dobra, pozbyliśmy się dziadka, ale co teraz? Gazownia nie chciała się tym zająć. Musielibyśmy poszukać kogoś innego, kto sprawdzi nam szczelność instalacji. Gazownia potrzebowała też opinii kominiarza o stanie przewodów wentylacyjnych. Teraz, w czasie rozpoczęcia sezonu grzewczego, kiedy to kominiarze są urobieni po łokcie!

     Padł pomysł – olać dziadziusia, gazownię i kominiarza (ale tego ostatniego tylko symbolicznie, bo nic tu nie zawinił) i kuchnię wymienić na elektryczną. Dobry pomysł? No pewnie! Był tylko jeden problem – nasza instalacja elektryczna pamiętała czasy PRL.

     A potem, gdy zaczęliśmy zagłębiać się w temat, okazało się, że byłem niepoprawnym optymistą. Jeden problem? JEDEN? Chopie, weź się ogarnij! Kto zrzuci na ciebie tylko jeden problem? Szkoda zachodu. Jak już sypać problemami, to serią – taką filozofię wyznaje Los.

     No, ale o tym w jednej z kolejnych notek. Na pewno nie w następnej, bo ta będzie – miejmy nadzieję – optymistyczna. Mam zamiar opisać w niej wyjazd, który planowaliśmy już od wiosny, gdy tylko dowiedzieliśmy, że w Warszawie będzie koncertował ulubiony zespół Koleżanki Małżonki – Europe. I będzie to koncert z okazji czterdziestej rocznicy wydania przebojowej płyty „The final count down”.

     Cóż, ona ze mną pojechała na Guns n’ Roses, to ja z nią pojadę na Europe. Zresztą, też lubię ich piosenki, a „Rock the night” mam nawet w swojej playliście na YT. Zatem, szykuje się jeszcze jedna chwila wytchnienia i rozrywki.

     Jak cisza przed burzą.


wtorek, 29 września 2026

Siniak na ramieniu - część II

     W niedzielę wybraliśmy się całą szóstką na strzelnicę.

     Pierworodny przez wiele lat pracował w branży, powiązanej z militariami. Jest obyty z bronią i lubi strzelać. A ja – no cóż – dawno, dawno temu uprawiałem ten sport, najpierw z musu, potem już z pasją. Tak, z musu, bowiem do szkoły uczęszczałem jeszcze za czasów PRL, kiedy to zajęcia dodatkowe były obowiązkiem każdego ucznia. Miałem do wyboru: chór, koszykówkę w SKS i jeszcze coś tam, ale tak nieciekawe, że już nawet nie pamiętam, co to było. Chór nie pociągał mnie w ogóle, a na koszykarza, ze względu na niewielkie gabaryty pionowe, byłem raczej kiepskim kandydatem. Dlatego razem z dwoma kolegami zaproponowałem utworzenie czegoś nowego. W naszej szkole nie było kółka strzeleckiego, choć wszystkie szkoły dookoła takowe posiadały. Udało się i przez kilka lat, zamiast wyć w chórze i wylewać pot, próbując złapać koszykową piłkę, mogliśmy zwyczajnie pukać sobie z karabinków do tarcz. Jeździliśmy na międzyszkolne, później międzymiastowe zawody i poznaliśmy tam kilku naprawdę fajnych chłopaków z innych szkół. I tak, wyluzowani, pośród wielu żartów i sporej dawce śmiechu nauczyliśmy się kilku ważnych rzeczy. Choćby tego, że choć strzelanie może być świetną zabawą, broń w żadnym razie zabawką nie jest. Dość, że każdy z nas nauczył się bezpiecznego posługiwania się bronią.

     Gdy w niedzielę wtarabaniliśmy się już na strzelnicę, zajęło się nami dwóch instruktorów. Każde z nas wybrało sobie po kilka rodzajów broni do wypróbowania. Jako właściciel największego – bo urodzinowego – vouchera, miałem też największy wybór i zamierzałem go dobrze wykorzystać. Zacząłem od pistoletów. Pierwszym został mój stary znajomy z czasów szkolnych, czyli sportowy pistolet Margolin. Tyle lat minęło, a chłopak nic się nie zmienił! No, może troszkę, bo ten został przerobiony tak, aby zamek, po wystrzeleniu ostatniego pocisku, zatrzymywał się w tylnym położeniu. Oryginalna konstrukcja tego nie miała. Dość, że z przyjemnością uścisnąłem mu rączkę.

     Pistoletów było tam naprawdę dużo. Na drugi ogień wziąłem więc popularną Berettę. Jest różnica! Ten już trochę kopał. Byłem też ciekaw, jak w ręce będzie leżał ViS – ale nie ten przedwojenny, tylko ten nowy, który teraz dopiero wszedł na stan uzbrojenia naszej armii.

     A potem to już wpadłem w szał. Co tam wisi w tej szafie? Kałach? Dawać go! Musiałem przecież sprawdzić, jak czułbym się w Układzie Warszawskim, gdybym do niego trafił. Nie wiedziałem tego, gdyż na skutek zawirowań, związanych ze zmianami politycznymi, co skutkowało strasznym bałaganem i finansowymi niedoborami w armii, nigdy nie musiałem wkładać munduru. Potem chciałem sprawdzić, jak radzi sobie współczesny żołnierz, już członek NATO i poprosiłem o jego podstawowe uzbrojenie, czyli karabinek GROT.

     GROT to broń z zupełnie innej epoki. Nowoczesna, ergonomiczna, stworzona w czasach, w których myślało się już o komforcie strzelca. Jedyny minus – egzemplarz, który dostałem do ręki, pomalowany był na dziwny, różowy kolor.

     - No, nie róbcie z nas pederastów! – odważyłem się zacytować nieodżałowanego Jerzego Stuhra.

     Róż, nie róż, karabinek chyba będzie strzelał tak samo! Złożyłem się do strzału, przeładowałem zamek i nacisnąłem spust. Raz, drugi, trzeci…

     Przy trzecim strzale rozległ się huk znacznie głośniejszy. Broń również zareagowała inaczej. Zamiast zdecydowanego kopnięcia w ramię, poczułem tylko niewyraźne uderzenie. Coś posypało mi się po nogach. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że są to naboje, a mój karabin nie ma magazynka.

     Strzelanie przerwano.

     Moja pierwsza myśl: zniszczyłem GROT-a! Pewnie źle załadowałem któryś nabój! Oblałem się potem… Ale na szczęście, winną okazała się wadliwa amunicja. Przy strzale pękła łuska i cały ładunek, zamiast do lufy, poszedł w zamek i w magazynek, poważnie je uszkadzając. Instruktor natychmiast wziął ode mnie broń i resztę amunicji, wrzucił do szuflady i zamknął na klucz cały zapas od tego producenta. Dał mi inne naboje, tego samego standardu, ale od innego dostawcy. I inny karabinek – też GROT. Ale czarny, „męski”. Mogłem dokończyć strzelanie i stwierdzić, że GROT jest od Kałasznikowa nie tylko celniejszy, ale też bez porównania spokojniejszy* i bardziej składny.

     Było tego znacznie więcej. Miałem okazję postrzelać np. z amerykańskiego karabinka Daniel Defense, którym ponoć zastrzelono Osamę bin Ladena – tak przynajmniej twierdził instruktor. Dziwnie się czułem, trzymając w rękach tę broń. Może to idiotyczne, ale naprawdę poczułem się winny. Choć samego Osamy nie ma co żałować, był to, z której strony by nie patrzeć, człowiek. Zły człowiek. Zaślepiony człowiek. Człowiek czyniący zło – ale… człowiek.

     I w myślach podziękowałem losowi, że w moim świecie mogę strzelać do papierowej tarczy, zamiast do drugiego człowieka. Tylko, czy ten mój świat pewnego dnia się nie skończy i nie zamieni w ten drugi, pełen przemocy i nienawiści?

     Potem, aby skierować swoje myśli w inną stronę, zainteresowałem się Coltem 1911, kaliber 45. Wcale nie wydawał się „silniejszy” od ViSa, czy Beretty. A na koniec wypróbowałem jeszcze niezwykle precyzyjny pistolet, którego nazwy niestety nie zapamiętałem.

     Arsenał mieli naprawdę imponujący: najróżniejsze pistolety, strzelby, rewolwery, karabinki, do wyboru, do koloru. Brakowało tylko tego, co interesowało mnie najbardziej – nie było tam broni snajperskiej. Cóż, dwadzieścia pięć metrów – bo taką długość miała strzelnica – to nie jest odległość dla karabinu snajperskiego. I to był jedyny minus, jaki na upartego mogę im wstawić. Instruktorzy przesympatyczni, weseli, bardzo pomocni, a samo strzelanie – cóż, dla kogoś, kto to lubi, to prawdziwa frajda. Choć mnie największą przyjemność sprawiło coś innego. Po każdym strzelaniu instruktor omawiał wyniki, wtrącał uwagi, jak je poprawić i za każdym razem twierdził, że jest nieźle. Pamiętał przy tym moją uwagę, rzuconą na początku, że dawno nie strzelałem.

     - Jeśli dawno z tego kalibru nie strzelałeś, to jest świetnie – skwitował, patrząc na przestrzeliny w tarczy. – Gdyby to był egzamin na licencję, zdałbyś celująco.

     - Ja nigdy nie strzelałem z tego kalibru – przyznałem się nieśmiało.

     Jego mina była moim najcenniejszym trofeum.

     Tylko dziś odkryłem, że moje prawe ramię nieco zsiniało. To pewnie od tego Kałacha.I tak oto wyjaśniła się tajemnica siniaka na ramieniu!

     A oto owa pechowa łuska. Aż dziw, że nie jest czerwona ze wstydu – jako jedyna nie wywiązała się tam ze swojego zadania.


_____________
* Znaczy - nie wali tak w ramię i nie podskakuje