Jeśli wśród Was jest jakiś zapalony ornitolog, który wyobraził sobie, że pozwoliłem gołębiowi siniakowi usiąść na swoim ramieniu, to muszę go rozczarować. Za nic nie dopuściłbym gołębia tak blisko siebie. Ten siniak wziął się zupełnie skądinąd.
Ale to dość długa historia, może Was zmęczyć. Mam ją opowiedzieć?
Oczami, a raczej uszami wyobraźni, usłyszałem gromkie „Taaaaak!”, wypowiedziane tak, jak czynią to dzieci w przedszkolu. Dlaczego mi się to skojarzyło z dziećmi? Nie mam pojęcia. O ile wiem, każde z Was może już legalnie pić wino. Może dlatego, że staliście mi się tak bliscy? A dlaczego „Taaaaak!”? Bo bardzo chciałbym Wam tę historię opowiedzieć, ale nie mam pewności, czy zechcecie ją przeczytać. Może Was w ogóle nie zainteresować, a ja sam wiem, że mam tendencje do wydłużania każdej opowieści w nieskończoność. Zwłaszcza tych nudnych. No cóż, spróbuję.
Wspominałem kiedyś, że w prezencie urodzinowym dostałem voucher na strzelnicę. No i przyszedł właśnie ten czas, aby go zrealizować. A że owa strzelnica znajduje się w okolicach Wrocławia, przyszło nam na myśl, że można to połączyć z inną atrakcją, która od dawna kiełkowała nam w głowie.
Otóż, pod Wrocławiem znajduje się pewna góra. Specyficzna góra! Było to miejsce przedchrześcijańskich kultów, o których niewiele dziś wiemy. Wiemy jedynie, że ta góra była przez dawnych mieszkańców tych ziem uznawana za świętą. To oczywiście Ślęża. Góra bardzo specyficzna, bo choć w skali gór jej wysokość, niewiele ponad 700 metrów n.p.m., nie jest w stanie zaimponować nikomu, to jednak jej wysokość względna, liczona od podnóża, liczy sobie pół kilometra! To dużo. Z daleka wygląda, jak wysoki kopiec, usypany ludzką ręką w zupełnie płaskim terenie. Jest jednak dziełem natury.
Dawno, dawno temu, gdy samotny, opuszczony przez wszystkich i bardzo nieszczęśliwy leżałem w szpitalu, po wycięciu migdałków… Tak, kiedyś szło się na to do szpitala na trzy dni! I nie było mowy, żeby mama została przy mnie! Takie durne przepisy obowiązywały w PRL! Miałem jedynie pięć lat i wielki żal do całego świata, że muszę leżeć tam sam, wśród zupełnie obcych ludzi. Za jedyne towarzystwo miałem swoje kolorowe książeczki. Jedna o sowie, która stemplowała paszporty, druga była zbiorem wierszowanych baśni, trzeciej nie pamiętam. Ale doskonale pamiętam czwartą: „Włóczęgi misia Łazęgi”. To tam po raz pierwszy napotkałem na nazwę góry: Ślęża. To tam po raz pierwszy napotkałem nazwisko Piotra Włosta, rycerza związanego z okolicami owej góry. I wbiło mi się to w pamięć na resztę życia.
Pewnego dnia stwierdziłem, że choć Piotra Włosta, Misia Łazęgi ani jego przyjaciela (nie pamiętam niestety, jak miał na imię ten chłopiec) na Ślęży nie spotkam, miło byłoby odwiedzić to miejsce i zobaczyć je na własne oczy. Byłaby to niby wędrówka w czasie, do tego jedynego promyka światła, która pocieszyła małego, nieszczęśliwego chłopca w szpitalnym łóżku, uciekającego w treść książki, przed tym nieprzyjaznym, sterylnym i pełnym cierpienia światem wokół niego.
Co się rzadko zdarza, a co ucieszyło mnie jeszcze bardziej, chęć udziału w wyprawie wyraziła cała rodzina. Cała! Nie tylko Koleżanka Małżonka, ale też obaj chłopcy z „przyczepkami” – czyli tzw. „potencjalnymi synowymi”. Z których jedna – nazwijmy ją „Pierworodnowa” – oprócz wielu innych, imponujących umiejętności, jest też licencjonowanym przewodnikiem po Dolnym Śląsku.
W swoim życiu zdarzało mi się chodzić po górach, a nawet zdobywać szczyty – choć, oczywiście, nie te, wymagające wspinaczkowych umiejętności, raków, czekanów, uprzęży i tych takich śmiesznych fidrygołków, które wbija się młotkiem w szczeliny i wiesza na nich liny. Nie wiem, jak to się nazywa.
Ale chyba nigdy nie musiałem wspinać się pół kilometra pod górę, za jednym zamachem!
Ze wszystkich moich wspinaczek, ta była najtrudniejsza. Z kilku powodów. Raz, że pogardziliśmy najłatwiejszym szlakiem, rzekomo przeznaczonym „dla matek z wózkami” i poszliśmy trudniejszym, bardziej stromym i znacznie węższym. Dwa, no cóż, to miało miejsce zaledwie kilka dni temu, a więc byłem w bardziej zaawansowanym wieku niż w czasie poprzednich wspinaczek. A trzy – teren jest naprawdę nieprzyjazny dla stóp. Cały czas idzie się po kamieniach, wertepach, nierównościach i tym wszystkim, co tylko czyha na to, aby skręcić człowiekowi kostkę. Dlatego mięśnie nóg w okolicach kostki trzeba było mieć stale napięte, a to było bardzo męczące – i to pomimo wysokich butów.
Wspinaczka trwała całe dwie godziny. Moja koszulka była mokra od potu. W dodatku, choć po drodze mijaliśmy wielu turystów, nie przypuszczaliśmy, że na samym szczycie będzie ich więcej niż we Wrocławiu! Obiecaliśmy sobie wspaniałe widoki – ale żadnych widoków nie było, bo szlak wciąż prowadził w gęsty las. Widok – i to jedynie w jedną stronę – ujrzałem dopiero na samym szczycie, gdzie wcale nie było lepiej. Tylko w jednym miejscu nie przysłaniały go drzewa.
To coś pośrodku, to Jezioro Mietkowskie.
A potem czekała nas równie długa droga z powrotem, dla moich steranych życiem kolan, jeszcze bardziej męcząca. Nie żałuję, że „zdobyłem” Ślężę, ale raczej już nie wrócę w tamto miejsce. Choć muszę przyznać, że łezka nostalgii pojawiła się w moim oku – na tej górze znajduje się wiele dawnych, prymitywnych rzeźb, przedstawiających niedźwiedzia. Miś Łazęga jak żywy stanął mi przed oczami!
Tej nocy spałem jak osesek.
- A skąd ten siniak na ramieniu? – zapytacie! Albo i nie zapytacie, bo w sumie, co Was to może obchodzić…
Cierpliwości! Uprzedzałem, że to będzie długa historia, prawda? Zapraszam na część drugą, pod jakże znaczącym tytułem „Siniak na ramieniu – część druga”. Ukaże się, jak to zwykle bywa, wkrótce.
