Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


środa, 6 maja 2026

O komplikacjach

     Każdą rzecz da się skomplikować. Wiem to dobrze, bo pracuję w firmie, która z komplikowania rzeczy prostych, czasami wręcz banalnych i wynoszenia ich do poziomu absurdalnego, uczyniła swój sztandar. Biurokracja u nas już dawno przekroczyła wszelki dopuszczalny poziom, włącznie z kosmicznym.

     Przykład? Proszę bardzo - z autopsji! Powiedzmy, że chciałbym zespawać ze sobą dwie blaszki, żeby sprawdzić nową spawarkę, albo nowe elektrody. Muszę najpierw narysować każdą z nich oraz „podzespół”, złożony z obu pospawanych blaszek. Potem nadać systemowe numery tym rysunkom, potem poddać owe rysunki rygorystycznej procedurze zwolnienia, następnie nadać im numery części w innym, zupełnie niekompatybilnym systemie, gdzie wszystkie dane wklepuje się ręcznie. Tam też muszę zainicjować ich tzw. „zwolnienie”. Następnie poczekać, aż każda z Wysoko Postawionych Osób, zwanych dalej WPO, odklika w tym systemie swoją zgodę, nie mając przy tym pojęcia, co tak naprawdę zwalniają. A gdy obie blaszki już znajdą się w tym skomplikowanym, kompletnie nieintuicyjnym systemie, opartym na SAP, można przystąpić do tworzenia projektu. Tak, dobrze wyczytaliście! Projektu, bo taką wagę ma zwykła prośba do prototypowni o próbę spawania!

     Zatem trzeba wykonać wykaz części (w systemie!), do każdej blaszki zdefiniować materiał i potrzebną jego ilość, oszacować pracochłonność, wyliczyć koszty dla każdego stanowiska oddzielnie i stworzyć budżet projektu. Gdy już go otrzymamy (po uprzednim przeklikaniu wniosku przez WPO), możemy zrobić zlecenie w SAP. Trzeba dołączyć wykaz części (zwolnionych!), ilości, numery magazynów, numery stanowisk itd. Aż przychodzi z dawna wyczekiwany moment i projekt powstaje w systemie. Teraz niech martwi się prototypownia. Która musi każdą z tych blaszek pobrać odpowiednim dokumentem. Potem następują trzy-cztery sekundy spawania i nadchodzi dalsza część biurokracji, polegająca na rozliczeniu pracy i materiałów.

     Słowem, banalna, kilkusekundowa czynność wymaga przygotowań, jak do wieloletniej operacji. Przygotowania te zajmują minimum kilka dni, a bywa, że tygodni. Kosmiczny wymiar tego absurdu jest oczywisty dla każdego inżyniera, ale nie dla kontrolera czy menadżera, dla którego kontrola jest najwyższym wymiarem zaufania. Sens ma to mniej więcej taki, jak zaangażowanie renomowanej i bardzo wysoko ceniącej swoje usługi firmy ochroniarskiej, do pilnowania leżącej na podłodze dziesięciogroszówki. Monety nikt nie sobie nie przywłaszczy – to pewne. Ale fakt, że jej ochrona kosztuje kilkanaście tysięcy znacznie grubszych monet, wydaje się nikomu w tej firmie nie przeszkadzać. Dla mnie niepojęte jest, że ona w ogóle jeszcze istnieje.

     Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najgorsze? To, że po latach w tej firmie zaczyna mi się to udzielać! Zauważyłem, że sam komplikuję sobie życie, wtłaczając je niepotrzebnie w sztywne ramy przeróżnych definicji. A zaczęło się od zwyczajnego pytania – czy przyleciały już jerzyki?

     Otóż, przed dwoma dniami, gapiąc się w niebo ze swojego balkonu, odniosłem wrażenie, że w oddali coś się porusza. Pobiegłem do biurka po lornetkę. Chwila poszukiwania szybkiego obiektu i… Jest! Bez wątpienia, to nie jaskółka, to najprawdziwszy jerzyk! Bardzo lubię jaskółki, żeby nie było, ale jerzyki wręcz kocham!

     I dałem upust swej radości, że oto do mojego miasta przyleciały wytęsknione i z dawna oczekiwane jerzyki.

     Ale zaraz ogarnęły mnie wątpliwości natury formalnej. A na jakiej niby podstawie twierdzę, że przyleciały jerzyki? Przecież bazując na mojej obserwacji mogę z całą pewnością stwierdzić jedynie tyle, że przyleciał jerzyk! Jeden jerzyk! No, powiedzmy co najmniej jeden, ale wcale nie mam pewności, czy pojawiły się też inne.

     Dziś, gdy zamyślony spojrzałem w okno swego biura, ujrzałem znów znajomy kształt. Przylepiłem nos do szyby i zacząłem uważnie obserwować. Jaskółka czy jerzyk? W okolicach mojego zakładu jaskółki są bardzo pospolite, więc z daleka łatwo o pomyłkę. Ale przyjrzałem się uważnie i stwierdziłem, że to jerzyk, „co zostało udowodnione ponad wszelką wątpliwość”, jak zwykł mawiać Antoni Macierewicz. Zatem można już ogłosić, że jerzyki przyleciały! No, bo dwa jerzyki, to już nie jeden, prawda?

     Ale po chwili znowu opadłem na fotel i na moje czoło zakradła się pionowa zmarszczka. Nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością. No, nie mogę! Bo co, jeśli nie widziałem dwóch jerzyków, tylko dwa razy zaobserwowałem tego samego?

     Muszę poczekać, aż zaobserwuję co najmniej dwa jednocześnie.




piątek, 10 kwietnia 2026

Znowu ta rehabilitacja

     Pisałem kiedyś o zabiegach rehabilitacyjnych, jakie zalecił mi lekarz. Tak się składa, że po raz trzeci dostałem skierowanie do tej samej placówki i teraz codziennie po pracy udaję się właśnie tam. Ponieważ przychodzę do biura wcześnie (jak większość starych, zrzędliwych i wiecznie narzekających „na te głupie komputery” pracowników), mogę z niego równie wcześnie wyjść. Umówiłem więc sobie odpowiednią godzinę zabiegów, żeby móc udać się tam bezpośrednio po pracy. Jak się później okazało, trochę nieszczęśliwie, bo właśnie pojawił się w pracy temat na tyle pilny, że mówi się nawet o nadgodzinach. Beze mnie! Ja nie mogę z tej możliwości skorzystać, bo koliduje mi to z terminem zabiegów. Mówi się trudno, trzeba będzie się sprężyć w przepisowych godzinach.

     Placówka rehabilitacyjna nie zmieniła się od czasu mojego ostatniego pobytu, w zeszłym roku. Zmieniły się za to przepisane zabiegi. Zamiast ćwiczeń na kolano, które w zasadzie i tak nic nie dawały, dostałem dodatkowe pole magnetyczne na kręgosłup. Czy to z kolei coś daje, nie potrafię stwierdzić, bo też żadnej różnicy nie czuję. Żeby ta cewka chociaż buczała, to człowiek czułby, że coś się dzieje. Ale nie buczy, więc nawet nie wiem, czy to naprawdę włączone. Ale nieistotne, zawsze jest miło poleżeć sobie trochę i jedynie trzeba pilnować, żeby nie zasnąć. Bo gdy zasnę na plecach, to strasznie chrapię, a tego odgłosu chciałbym tym miłym paniom oszczędzić.

     Ponieważ pogoda nie bardzo wiosenna – codziennie kierowcy muszą skrobać szyby – Pani-która-podobałaby-mi-się-gdyby-nie-była-wydziarana jest ubrana tak, że dziar nie widać, co też jest niewątpliwym plusem. Minusem jest fakt, że rano na rowerze jest naprawdę zimno, a samochodem do pracy nie chcę jeździć aż z trzech powodów. Z czego najważniejszym jest chroniczny brak wolnego miejsca do parkowania pod placówką. Dwa pozostałe, to potrzeba jakiegokolwiek ruchu oraz ceny ropy, zafundowane nam przez jednego pomarańczowego szaleńca.

     Znów czuję więc zażenowanie, gdy muszę przed Panią ściągnąć spodnie, aby ta dostała się z laserem do mojego kolana. Nie znoszę tego momentu. To najboleśniejsza chwila w czasie każdej wizyty. Boleśnie odziera mnie z resztek i tak już niespecjalnie świeżej godności. Ale moje cierpienie wynagradza mi później chwila radosna, gdy następuje dawno wyczekiwane spotkanie z moją ukochaną Noriko.

     Pamiętacie ją? To nic, że żyje ona jedynie w mojej wyobraźni, ale jest to moja jedyna urojona postać, której obecność można poczuć fizycznie. Gdy Pani-która-podobałaby-mi-się-gdyby-nie-była-wydziarana umieści mi już na plecach elektrody i uruchomi to błogosławione urządzenie, które tak przyjemnie masuje mój zdezelowany od siedzącej pracy kręgosłup, czuję się jak w raju. I moja wyobraźnia tworzy wtedy tę uroczą, filigranową Japonkę, która z życzliwością, zahaczającą już o prawdziwą miłość, masuje moje obolałe cielsko. Ta chwila warta jest tego krótkiego, psychicznego cierpienia, jakie odczuwam w czasie zabiegu laserowego na kolano.

     I tak żyję sobie pomiędzy pracą, wizytą u Noriko i domem. Nic się nie dzieje i nie mam o czym pisać. Stąd moje przedłużające się milczenie. O wydarzeniach w Polsce i na świecie nie mam ochoty pisać, bo za bardzo mnie to dołuje. O wydarzeniach kulturalnych nie bardzo mogę, zważywszy, że najbliższe w moim życiu będzie miało miejsce dopiero na początku czerwca. Przenikliwy, zimny wiatr nie zachęca do wyjścia na zewnątrz, toteż zwykle kończę dzień na kanapie, z książką w ręku. O czym tu opowiadać? Jak mawiał klasyk, nuda! Nic się nie dzieje! Aż mi się chce, proszę pana, wyjść z kina!