Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


wtorek, 29 września 2026

Siniak na ramieniu - część II

     W niedzielę wybraliśmy się całą szóstką na strzelnicę.

     Pierworodny przez wiele lat pracował w branży, powiązanej z militariami. Jest obyty z bronią i lubi strzelać. A ja – no cóż – dawno, dawno temu uprawiałem ten sport, najpierw z musu, potem już z pasją. Tak, z musu, bowiem do szkoły uczęszczałem jeszcze za czasów PRL, kiedy to zajęcia dodatkowe były obowiązkiem każdego ucznia. Miałem do wyboru: chór, koszykówkę w SKS i jeszcze coś tam, ale tak nieciekawe, że już nawet nie pamiętam, co to było. Chór nie pociągał mnie w ogóle, a na koszykarza, ze względu na niewielkie gabaryty pionowe, byłem raczej kiepskim kandydatem. Dlatego razem z dwoma kolegami zaproponowałem utworzenie czegoś nowego. W naszej szkole nie było kółka strzeleckiego, choć wszystkie szkoły dookoła takowe posiadały. Udało się i przez kilka lat, zamiast wyć w chórze i wylewać pot, próbując złapać koszykową piłkę, mogliśmy zwyczajnie pukać sobie z karabinków do tarcz. Jeździliśmy na międzyszkolne, później międzymiastowe zawody i poznaliśmy tam kilku naprawdę fajnych chłopaków z innych szkół. I tak, wyluzowani, pośród wielu żartów i sporej dawce śmiechu nauczyliśmy się kilku ważnych rzeczy. Choćby tego, że choć strzelanie może być świetną zabawą, broń w żadnym razie zabawką nie jest. Dość, że każdy z nas nauczył się bezpiecznego posługiwania się bronią.

     Gdy w niedzielę wtarabaniliśmy się już na strzelnicę, zajęło się nami dwóch instruktorów. Każde z nas wybrało sobie po kilka rodzajów broni do wypróbowania. Jako właściciel największego – bo urodzinowego – vouchera, miałem też największy wybór i zamierzałem go dobrze wykorzystać. Zacząłem od pistoletów. Pierwszym został mój stary znajomy z czasów szkolnych, czyli sportowy pistolet Margolin. Tyle lat minęło, a chłopak nic się nie zmienił! No, może troszkę, bo ten został przerobiony tak, aby zamek, po wystrzeleniu ostatniego pocisku, zatrzymywał się w tylnym położeniu. Oryginalna konstrukcja tego nie miała. Dość, że z przyjemnością uścisnąłem mu rączkę.

     Pistoletów było tam naprawdę dużo. Na drugi ogień wziąłem więc popularną Berettę. Jest różnica! Ten już trochę kopał. Byłem też ciekaw, jak w ręce będzie leżał ViS – ale nie ten przedwojenny, tylko ten nowy, który teraz dopiero wszedł na stan uzbrojenia naszej armii.

     A potem to już wpadłem w szał. Co tam wisi w tej szafie? Kałach? Dawać go! Musiałem przecież sprawdzić, jak czułbym się w Układzie Warszawskim, gdybym do niego trafił. Nie wiedziałem tego, gdyż na skutek zawirowań, związanych ze zmianami politycznymi, co skutkowało strasznym bałaganem i finansowymi niedoborami w armii, nigdy nie musiałem wkładać munduru. Potem chciałem sprawdzić, jak radzi sobie współczesny żołnierz, już członek NATO i poprosiłem o jego podstawowe uzbrojenie, czyli karabinek GROT.

     GROT to broń z zupełnie innej epoki. Nowoczesna, ergonomiczna, stworzona w czasach, w których myślało się już o komforcie strzelca. Jedyny minus – egzemplarz, który dostałem do ręki, pomalowany był na dziwny, różowy kolor.

     - No, nie róbcie z nas pederastów! – odważyłem się zacytować nieodżałowanego Jerzego Stuhra.

     Róż, nie róż, karabinek chyba będzie strzelał tak samo! Złożyłem się do strzału, przeładowałem zamek i nacisnąłem spust. Raz, drugi, trzeci…

     Przy trzecim strzale rozległ się huk znacznie głośniejszy. Broń również zareagowała inaczej. Zamiast zdecydowanego kopnięcia w ramię, poczułem tylko niewyraźne uderzenie. Coś posypało mi się po nogach. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że są to naboje, a mój karabin nie ma magazynka.

     Strzelanie przerwano.

     Moja pierwsza myśl: zniszczyłem GROT-a! Pewnie źle załadowałem któryś nabój! Oblałem się potem… Ale na szczęście, winną okazała się wadliwa amunicja. Przy strzale pękła łuska i cały ładunek, zamiast do lufy, poszedł w zamek i w magazynek, poważnie je uszkadzając. Instruktor natychmiast wziął ode mnie broń i resztę amunicji, wrzucił do szuflady i zamknął na klucz cały zapas od tego producenta. Dał mi inne naboje, tego samego standardu, ale od innego dostawcy. I inny karabinek – też GROT. Ale czarny, „męski”. Mogłem dokończyć strzelanie i stwierdzić, że GROT jest od Kałasznikowa nie tylko celniejszy, ale też bez porównania spokojniejszy* i bardziej składny.

     Było tego znacznie więcej. Miałem okazję postrzelać np. z amerykańskiego karabinka Daniel Defense, którym ponoć zastrzelono Osamę bin Ladena – tak przynajmniej twierdził instruktor. Dziwnie się czułem, trzymając w rękach tę broń. Może to idiotyczne, ale naprawdę poczułem się winny. Choć samego Osamy nie ma co żałować, był to, z której strony by nie patrzeć, człowiek. Zły człowiek. Zaślepiony człowiek. Człowiek czyniący zło – ale… człowiek.

     I w myślach podziękowałem losowi, że w moim świecie mogę strzelać do papierowej tarczy, zamiast do drugiego człowieka. Tylko, czy ten mój świat pewnego dnia się nie skończy i nie zamieni w ten drugi, pełen przemocy i nienawiści?

     Potem, aby skierować swoje myśli w inną stronę, zainteresowałem się Coltem 1911, kaliber 45. Wcale nie wydawał się „silniejszy” od ViSa, czy Beretty. A na koniec wypróbowałem jeszcze niezwykle precyzyjny pistolet, którego nazwy niestety nie zapamiętałem.

     Arsenał mieli naprawdę imponujący: najróżniejsze pistolety, strzelby, rewolwery, karabinki, do wyboru, do koloru. Brakowało tylko tego, co interesowało mnie najbardziej – nie było tam broni snajperskiej. Cóż, dwadzieścia pięć metrów – bo taką długość miała strzelnica – to nie jest odległość dla karabinu snajperskiego. I to był jedyny minus, jaki na upartego mogę im wstawić. Instruktorzy przesympatyczni, weseli, bardzo pomocni, a samo strzelanie – cóż, dla kogoś, kto to lubi, to prawdziwa frajda. Choć mnie największą przyjemność sprawiło coś innego. Po każdym strzelaniu instruktor omawiał wyniki, wtrącał uwagi, jak je poprawić i za każdym razem twierdził, że jest nieźle. Pamiętał przy tym moją uwagę, rzuconą na początku, że dawno nie strzelałem.

     - Jeśli dawno z tego kalibru nie strzelałeś, to jest świetnie – skwitował, patrząc na przestrzeliny w tarczy. – Gdyby to był egzamin na licencję, zdałbyś celująco.

     - Ja nigdy nie strzelałem z tego kalibru – przyznałem się nieśmiało.

     Jego mina była moim najcenniejszym trofeum.

     Tylko dziś odkryłem, że moje prawe ramię nieco zsiniało. To pewnie od tego Kałacha.I tak oto wyjaśniła się tajemnica siniaka na ramieniu!

     A oto owa pechowa łuska. Aż dziw, że nie jest czerwona ze wstydu – jako jedyna nie wywiązała się tam ze swojego zadania.


_____________
* Znaczy - nie wali tak w ramię i nie podskakuje



piątek, 25 września 2026

Siniak na ramieniu

    Jeśli wśród Was jest jakiś zapalony ornitolog, który wyobraził sobie, że pozwoliłem gołębiowi siniakowi usiąść na swoim ramieniu, to muszę go rozczarować. Za nic nie dopuściłbym gołębia tak blisko siebie. Ten siniak wziął się zupełnie skądinąd.

     Ale to dość długa historia, może Was zmęczyć. Mam ją opowiedzieć?

     Oczami, a raczej uszami wyobraźni, usłyszałem gromkie „Taaaaak!”, wypowiedziane tak, jak czynią to dzieci w przedszkolu. Dlaczego mi się to skojarzyło z dziećmi? Nie mam pojęcia. O ile wiem, każde z Was może już legalnie pić wino. Może dlatego, że staliście mi się tak bliscy? A dlaczego „Taaaaak!”? Bo bardzo chciałbym Wam tę historię opowiedzieć, ale nie mam pewności, czy zechcecie ją przeczytać. Może Was w ogóle nie zainteresować, a ja sam wiem, że mam tendencje do wydłużania każdej opowieści w nieskończoność. Zwłaszcza tych nudnych. No cóż, spróbuję.

     Wspominałem kiedyś, że w prezencie urodzinowym dostałem voucher na strzelnicę. No i przyszedł właśnie ten czas, aby go zrealizować. A że owa strzelnica znajduje się w okolicach Wrocławia, przyszło nam na myśl, że można to połączyć z inną atrakcją, która od dawna kiełkowała nam w głowie.

     Otóż, pod Wrocławiem znajduje się pewna góra. Specyficzna góra! Było to miejsce przedchrześcijańskich kultów, o których niewiele dziś wiemy. Wiemy jedynie, że ta góra była przez dawnych mieszkańców tych ziem uznawana za świętą. To oczywiście Ślęża. Góra bardzo specyficzna, bo choć w skali gór jej wysokość, niewiele ponad 700 metrów n.p.m., nie jest w stanie zaimponować nikomu, to jednak jej wysokość względna, liczona od podnóża, liczy sobie pół kilometra! To dużo. Z daleka wygląda, jak wysoki kopiec, usypany ludzką ręką w zupełnie płaskim terenie. Jest jednak dziełem natury.

     Dawno, dawno temu, gdy samotny, opuszczony przez wszystkich i bardzo nieszczęśliwy leżałem w szpitalu, po wycięciu migdałków… Tak, kiedyś szło się na to do szpitala na trzy dni! I nie było mowy, żeby mama została przy mnie! Takie durne przepisy obowiązywały w PRL! Miałem jedynie pięć lat i wielki żal do całego świata, że muszę leżeć tam sam, wśród zupełnie obcych ludzi. Za jedyne towarzystwo miałem swoje kolorowe książeczki. Jedna o sowie, która stemplowała paszporty, druga była zbiorem wierszowanych baśni, trzeciej nie pamiętam. Ale doskonale pamiętam czwartą: „Włóczęgi misia Łazęgi”. To tam po raz pierwszy napotkałem na nazwę góry: Ślęża. To tam po raz pierwszy napotkałem nazwisko Piotra Włosta, rycerza związanego z okolicami owej góry. I wbiło mi się to w pamięć na resztę życia.

     Pewnego dnia stwierdziłem, że choć Piotra Włosta, Misia Łazęgi ani jego przyjaciela (nie pamiętam niestety, jak miał na imię ten chłopiec) na Ślęży nie spotkam, miło byłoby odwiedzić to miejsce i zobaczyć je na własne oczy. Byłaby to niby wędrówka w czasie, do tego jedynego promyka światła, która pocieszyła małego, nieszczęśliwego chłopca w szpitalnym łóżku, uciekającego w treść książki, przed tym nieprzyjaznym, sterylnym i pełnym cierpienia światem wokół niego.

     Co się rzadko zdarza, a co ucieszyło mnie jeszcze bardziej, chęć udziału w wyprawie wyraziła cała rodzina. Cała! Nie tylko Koleżanka Małżonka, ale też obaj chłopcy z „przyczepkami” – czyli tzw. „potencjalnymi synowymi”. Z których jedna – nazwijmy ją „Pierworodnowa” – oprócz wielu innych, imponujących umiejętności, jest też licencjonowanym przewodnikiem po Dolnym Śląsku.

     W swoim życiu zdarzało mi się chodzić po górach, a nawet zdobywać szczyty – choć, oczywiście, nie te, wymagające wspinaczkowych umiejętności, raków, czekanów, uprzęży i tych takich śmiesznych fidrygołków, które wbija się młotkiem w szczeliny i wiesza na nich liny. Nie wiem, jak to się nazywa.

     Ale chyba nigdy nie musiałem wspinać się pół kilometra pod górę, za jednym zamachem!

     Ze wszystkich moich wspinaczek, ta była najtrudniejsza. Z kilku powodów. Raz, że pogardziliśmy najłatwiejszym szlakiem, rzekomo przeznaczonym „dla matek z wózkami” i poszliśmy trudniejszym, bardziej stromym i znacznie węższym. Dwa, no cóż, to miało miejsce zaledwie kilka dni temu, a więc byłem w bardziej zaawansowanym wieku niż w czasie poprzednich wspinaczek. A trzy – teren jest naprawdę nieprzyjazny dla stóp. Cały czas idzie się po kamieniach, wertepach, nierównościach i tym wszystkim, co tylko czyha na to, aby skręcić człowiekowi kostkę. Dlatego mięśnie nóg w okolicach kostki trzeba było mieć stale napięte, a to było bardzo męczące – i to pomimo wysokich butów.

     Wspinaczka trwała całe dwie godziny. Moja koszulka była mokra od potu. W dodatku, choć po drodze mijaliśmy wielu turystów, nie przypuszczaliśmy, że na samym szczycie będzie ich więcej niż we Wrocławiu! Obiecaliśmy sobie wspaniałe widoki – ale żadnych widoków nie było, bo szlak wciąż prowadził w gęsty las. Widok – i to jedynie w jedną stronę – ujrzałem dopiero na samym szczycie, gdzie wcale nie było lepiej. Tylko w jednym miejscu nie przysłaniały go drzewa.


     To coś pośrodku, to Jezioro Mietkowskie.

     A potem czekała nas równie długa droga z powrotem, dla moich steranych życiem kolan, jeszcze bardziej męcząca. Nie żałuję, że „zdobyłem” Ślężę, ale raczej już nie wrócę w tamto miejsce. Choć muszę przyznać, że łezka nostalgii pojawiła się w moim oku – na tej górze znajduje się wiele dawnych, prymitywnych rzeźb, przedstawiających niedźwiedzia. Miś Łazęga jak żywy stanął mi przed oczami!

     Tej nocy spałem jak osesek.

     - A skąd ten siniak na ramieniu? – zapytacie! Albo i nie zapytacie, bo w sumie, co Was to może obchodzić…

     Cierpliwości! Uprzedzałem, że to będzie długa historia, prawda? Zapraszam na część drugą, pod jakże znaczącym tytułem „Siniak na ramieniu – część druga”. Ukaże się, jak to zwykle bywa, wkrótce.