Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


poniedziałek, 21 września 2026

Jedno wesele i napuchnięte zwłoki zamiast pogrzebu

     - Małżeństwo to gówno – K. uśmiechnął się krzywo. – Popełniasz wielki błąd.

    Mój kolega spojrzał na niego… Chciałbym powiedzieć „ze zdziwieniem”, ale nawet zdziwienia nie było w jego spojrzeniu. Obaj wiedzieliśmy, że K. jest po bolesnym rozwodzie i nie tylko do instytucji małżeństwa, ale też samej jego idei ma stosunek mocno krytyczny. Wyszliśmy z kuchni, starając się niczego po sobie nie pokazać, aby nie dołować go jeszcze bardziej.

     Trochę niefortunnie wyszło, bowiem właśnie ów kolega, z którym wychodziłem, przeżywa swoje ostatnie chwile wolności. W przyszłym tygodniu się żeni, a my za jego plecami dopinamy składkę na prezent z tej okazji. W dodatku, cały zespół zaangażował się w wymyślanie życzeń, które chcemy zamieścić na załączonej do niego kartce. Jedne głupsze od drugich! Wyobrażacie sobie dziecięciu twórczych przecież ludzi – wszyscy jesteśmy konstruktorami – z których nikt nie potrafi ułożyć jakiegoś zabawnego wierszyka? Ja sam nie brałem w tej zabawie udziału, bo uznałem, że oni znają kolegę lepiej – niektórzy znali też jego przyszłą żonę – i lepiej uda im się napisać tych parę słów, które sprawią im przyjemność. Ale zdecydowanie brakło im talentu. Zaprzęgli do pracy nawet sztuczną inteligencję, ale gdy ujrzałem jej twórczość, coś mi się zdaje, że jeszcze długo nie zastąpi ona człowieka w tej dziedzinie.

     W końcu koledzy wybrali jeden z wierszyków. Moim zdaniem nie mogli wybrać gorzej, bowiem ten akurat był zupełnie bez wyrazu, przepełniony banałami i do tego brakowało mu tak lubianej przeze mnie melodyjności. Zdecydowałem się wtrącić i zaproponować, że trochę ocieplę te beznamiętne i do bólu poprawne polityczne rymy. Wyszło więc pół na pół – wierszyk nie najwyższych lotów, ale przynajmniej poprawny literacko.

     Ale wracając do tematu – kolega spojrzał na mnie z ironicznym uśmiechem i spytał.

     - Ty masz spory staż w małżeństwie. Naprawdę jest tak źle?

     Pokręciłem głową.

     - Oszczędzę ci banalnego wykładu – odparłem – o wzajemnym szacunku, o doborze charakterów i wspólnych pasjach. Pod jednym względem K. miał rację – małżeństwo to prawdziwe gówno. Ale – podniosłem w górę palec – w pozytywnym sensie.

     Spojrzał na mnie nieco zdezorientowany, jakby oczekiwał dalszego ciągu. Nie umiałem już utrzymać powagi i klepnąłem go w brzuch.

     - W sensie nawozu – wyjaśniłem. – Ciesz się swoją zgrabną figurą, bo niedługo ją pożegnasz. Małżeństwo jest jak przesadzenie drzewka z jałowej gleby, na bardzo żyzną. Drzewko zaczyna wtedy rosnąć jak głupie – niestety w naszym przypadku, tylko wszerz.  Od przyszłego tygodnia zaczną ci się tu odkładać kolejne słoje rocznego przyrostu.

     Zaczął się śmiać, ale ja ciągnąłem dalej.

     - Popatrz na to – poklepałem się po swej znienawidzonej wypukłości. – Trzy dychy tu tkwią. I zaczęło się właśnie od tego – pokazałem obrączkę. – Do tego momentu modele zazdrościli mi sylwetki, a teraz zazdroszczą mi jedynie poczucia humoru, z jakim ją traktuję.

     Zostawiłem go w doskonałym, jak sądzę po jego śmiechu, nastroju i wróciłem do swojego biurka. No tak, co innego mi zostało, jak tylko z humorem potraktować tę cholerną narośl przed sobą, której nie da się w żaden sposób zrzucić? Wiem, bo próbowałem już wszystkiego. Jestem niemal pewien, że utyłbym nawet jako więzień, skuty łańcuchami i przymuszony do wycieńczającej pracy w kamieniołomach. Zwłaszcza, że długo by to nie trwało – szybko wysiadłby mi kręgosłup i zdenerwowany strażnik, po kilku wyryczanych upomnieniach, zatłukłby mnie drewnianym kołkiem na śmierć.

     Ale podobno nawet zwłoki potrafią napuchnąć.


wtorek, 8 września 2026

O strasznym oborniku i o pięknym statywie

      Hipermarkety to wymysł Szatana – nie ulega wątpliwości. Wchodzi człowiek tylko po jogurcik, dwie bułki i butelkę wody, a wychodzi z pełnym koszem najróżniejszych rzeczy, o których nawet nie wiedział, że są mu potrzebne. I zwykle nie są…

     Mieliśmy kupić tylko doniczkę. I trochę ziemi – do tych doniczek. Chcieliśmy przesadzić jedną z parapetowych roślinek, której już zrobiło się trochę ciasno. Ale pech chciał, że szukaliśmy jej w sporym markecie, w którym oprócz doniczek, ziemi i innych artykułów ogrodniczych, było też sporo narzędzi, elektronarzędzi, przyrządów, przyborów, wihajstrów, pipsztoków, hopsztosów, zychcików, dynksów i psztymulców. Innymi słowy – w raju.

     Przy okazji postanowiliśmy rozsadzić dwie inne roślinki, więc zamiast jednej, kupiliśmy dwie doniczki. A ja z trudem przekonałem Koleżankę Małżonkę, że ten mały worek ziemi wystarczy do obu. Tym razem się udało, więc jest szansa, że nie będzie mi całą zimę leżał worek z połową ziemi na balkonie i szeleścił przy każdym silniejszym podmuchu. Choć tak naprawdę, to zależało mi głównie, aby czym prędzej uciec z tej alejki. No bo ten obornik... Ja wiem, ekologiczny i tak dalej, niby szczelnie zamknięty, wysuszony, granulowany... A smród szalał po alejce, jak Maverick w chwilach chwały! Ponad moją wytrzymałość.

     No a potem zobaczyłem na półce piękny, malowniczy, zgrabny, urokliwy, śliczny i powabny stojak do wiertarki, w dodatku wyposażony w poręczny uchwyt na wiercony przedmiot. I zakochałem się w nim miłością szczerą, bezgraniczną i czystą.

     - Bo wiesz, ten stary, który dostałem od ciebie kiedyś w prezencie, jest pęknięty – zacząłem.

     - No, ale przecież nigdy nie używasz stojaka!

     Przewróciłem oczami. Nędzny argument, łatwy do obalenia.

     - Oczywiście, że nie używam – przytaknąłem. – Bo jest pęknięty…

     Jeszcze próbowała się bronić, ale też nieudolnie.

     - Sam narzekasz, że z mieszkania zrobiła się graciarnia!

     - Bo trzymam pęknięty stojak – odparłem. – Zupełnie bezużyteczny. Ale trzymam go przez sentyment, bo dostałem go od ciebie. Był wspaniały! Naprawdę go kochałem. Ale pękł…

    - A jak to się stało, że pękł?

     Rozłożyłem ręce.

     - Nie mam pojęcia – odparłem, zgodnie z prawdą. – Któregoś dnia wyciągałem go z szafy i stwierdziłem, że jest pęknięty.

     - To nie zauważyłeś, że pękł?

     - Jak go chowałem do szafy, był cały.

     - I jak, sam pękł?

     - Nie wiem – pokręciłem głową. – Możliwe, że ktoś go wyciągnął, popsuł i schował z powrotem, nic mi nie mówiąc. Wiedział, skubany, jak wielkim sentymentem go darzę!

     (Tak, to ostatnie zdanie, to była manipulacja!)

     - Kto niby? – spytała powątpiewającym głosem.

     - Nie wiem, nikogo nie oskarżam – odrzekłem poważnie. – To mógł być każdy. Na przykład, Obatel*! Znany głównie z tego, że wszystko, czego się tknął, zepsuł.

     Spojrzała na mnie z politowaniem.

     - Innych teorii nie masz?

     Podrapałem się po głowie.

     - No, miałbym jeszcze ze dwie, ale już trochę naciągane…

     Pokręciła głową z rezygnacją.

     - Przecież jak chcesz, to sobie kup ten stojak – jęknęła. – Lepiej to niż następną tokarkę.

     Ach, wiedziała, gdzie uderzyć! No, przyznaję, tokarkę kupiłem dawno temu przez atak głupoty i do tej pory nie miałem okazji jej użyć. Ale to dlatego, że nigdzie nie mogę dostać uchwytu samocentrującego.

     Ale statyw do wiertarki kupiłem!

     Za to obie doniczki okazały się niepotrzebne, podobnie jak ziemia do nich. Roślinka otrzymała doniczkę po innej, która rozleciała się przy próbie przesadzania. I kto tu kupuje niepotrzebne rzeczy?

_______________

*Znany polityk, zawodowy poseł (wyjątkowo nie obecnej kadencji), ale nie mam pojęcia, z której partii obecnie, bo od początku III RP był już w każdej możliwej. Przydomek "Obatel" sam sobie zasponsorował.