Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


czwartek, 12 lutego 2026

Orlęta z firmowego parkingu

     Orlęta to po prostu dzieci orła. Więc można też nazwać tak skutki jego niedawnego wywinięcia.

     Moje ostatnie popisy akrobacyjne na zlodowaconym, firmowym parkingu, nie pozostały bez echa. Dość głośnego echa, dodajmy. Ale nie tego delikatnego, tajemniczego, pełnego uroku, jakie możemy napotkać w sosnowym borze. Przeciwnie, to echo było metaliczne, klekoczące i mocno wkurzające. Tak mocno, że postanowiłem je czym prędzej zlikwidować.

     Owo echo odezwało się, gdy tylko dosiadłem swojego rumaka na pedały. Odezwało się tuż za mną, w postaci klekoczącego bagażnika. Okazało się, że mój upadek uszkodził bagażnik, a konkretnie ów pręt, który podpiera go w okolicy osi tylnego koła. Oczko, przez które pręt był przykręcony do okolic piasty, uszkodziło się i pręt wisiał sobie luźno, przemawiając do mnie donośnym, metalicznym głosem, za każdym razem, gdy najechałem na jakąś nierówność. A że ścieżki rowerowe zwykle są wybrukowane kostką, rozumiecie sami, że gęba mu się nie zamykała.

     Żeby jeszcze mówił z sensem – ale pitolił trzy po trzy! Kle-kle-kle-kle – chyba chodziło mu o to, że niby bociany już przyleciały, ale przecież każdy wie, że to wierutna bzdura. Wystarczy wyjść na zewnątrz, żeby się o tym przekonać.

     Zatem oczywiste jest, że – jak mawiał klasyk – Halynka, tak być nie bedzie!

     Miałem do wyboru – albo wnieść ten ubłocony welocyped na czwarte piętro, albo co chwila biegać przez pięć* pięter po jakieś narzędzie, śrubkę, czy inne coś-tam-coś-tam. Zdecydowałem się na to pierwsze, postanawiając, że przy okazji go umyję, bo trudno już było rozpoznać kolory. Cóż, pogoda nie rozpieszcza, a piach i sól, którymi wysypano chodniki i ścieżki rowerowe, z przyjemnością i rzadko spotykanym w służbach publicznych zaangażowaniem przyczepiają się do wszystkiego, co tylko wejdzie z nimi w bliższy lub dalszy kontakt.

     Rower szorowałem z drżeniem serca. Miałem ku temu aż dwa powody. Pierwszy – co się stanie, jak Koleżanka Małżonka zobaczy to błoto w przedpokoju? Mimo ciągłego operowania miotłą i mopem, nie dało się utrzymać podłogi w jako-takiej czystości. No i drugi – co się stanie, jeśli po zlikwidowaniu warstwy błota okaże się, że to nie mój rower?

     Ale miałem szczęście –gdy już wyszorowałem go do czysta i cofnąłem się o pół kroku**, by objąć go wzrokiem, okazało się, że to moja srebrno-błękitna strzała!

     Niby naprawić miałem tylko bagażnik, ale jak zwykle, pojawiło się kilka rzeczy, które można było zrobić „przy okazji”. Takie tam, zwyczajne prace konserwatorskie. Lewy pedał zaczął się telepać. Jest mocowany na stożek i widocznie trochę się już wyrobił. Trzeba go dokręcić. Łańcuch już zaczyna trochę skrzypieć – trzeba go nasmarować. Hamulce i przerzutki chodziły z oporami – zapewne do osłon linek dostała się wilgoć, zamarzająca w niższych temperaturach – trzeba je nawudeczterdzieścić...

     Zacząłem od końca. Wziąłem WD-40 i psiknąłem sobie w buty. Nieumyślnie – celowałem w przerzutkę, ale nie zauważyłem, że główka jest trochę przekręcona i zamiast przerzutki, zakonserwowałem sobie schnące obok buty. Do tej pory czuję ten zapach i nie muszę się nawet schylać. Dalej poszło lepiej – rykoszetem dostały tylko szafa, podłoga, kawałek tapety i moje kapcie. Smarowanie łańcucha przebiegło za to w miłej i pełnej wzajemnego zrozumienia atmosferze– tylko pędzelek nie będzie już służył do niczego innego, poza nakładaniem towotu. Za to okazało się, że pedał sprawia więcej kłopotów.

     Pominę opis mocowania pedału (nietypowy dość) i nie będę Was zanudzał sposobem jego naprawy. Wspomnę tylko, że tu już musiałe3m użyć szlifierki kątowej.

     Operacja się udała, pacjent żyje i ma się dobrze. Gorzej z chirurgiem, który dostał należną nagrodę porcję ochrzanu od Najwyższych Władz Partyjnych i Państwowych***, za nadmierną emisję hałasu w godzinach wieczornych.

     Trudno, oka nie wyjmiesz – jak mawiała nieodżałowana Joanna Kołaczkowska. Nie wynaleziono jeszcze cichobieżnej gumówki, ale gdy tylko takowa pojawi się na rynku, obiecuję solennie zaopatrzyć się w nią jak najprędzej.

______________

* Tak, pięć, to nie pomyłka! Przecież dochodzi jeszcze piwnica.

**Więcej się nie da – ten przedpokój jest naprawdę malutki.

***Koleżanka Małżonka


P.S. Zapomniałem o najważniejszym – bagażnik też naprawiłem! Przykręciłem dziada na siłę za resztkę oczka i jakoś się trzyma. W każdym razie, dzisiaj się nie odzywał.


poniedziałek, 9 lutego 2026

Zima jest do... Wiecie...

     Tak, wiem, powinienem częściej pisać.

     Ale o czym, skoro wokół cały świat zamarł w zimowym śnie? Jest zima i nic ciekawego się nie dzieje, przynajmniej w moim życiu, które w tym okresie zwyczajnie zamiera.

     Niedźwiedzie – o, te mają fajnie! Mogą sobie zasnąć na całą zimę i smacznie przespać tę niegościnną i na każdym kroku wkurzającą porę roku. Nie muszą rano zrywać się do pracy! I nie muszą, przed wyjściem ze swej gawry, gacić się w ciepłe kurtki, ocieplane buty, czy wełniane czapki! A w tych grubych ciuchach człowiek ledwo się rusza! I gdy rano wyjdzie na zewnątrz, i tak robi mu się zimno. Dopiero po kilkunastu minutach marszu robi mu się cieplej, a pod koniec jest spocony, jak tężnia solankowa. Latem! I co wtedy zrobić? Rozpiąć kurtki nie można, bo jak zawieje, to rwa kulszowa pewna.

     No i szkoda tego czasu, bezpowrotnie straconego na to maszerowanie. To jednak trwa, w obie strony, jakieś półtorej godziny. A gdy jeszcze wliczymy w to ubieranie i rozbieranie, strata czasu zwiększa się znacząco.

     I jeszcze ten irytujący piach, wciąż chrzęszczący pod nogami! Niewiarygodne, ile piachu do mieszkania nawnosi się zimą na podeszwach. Za każdym razem trzeba biegać z miotłą, bo człowiek czuje się, jak na pustyni. Doszło do tego, że piach zamiata się w kąt, bo nikt nie ma siły bez przerwy biegać z szufelką. Raz lub dwa razy dziennie zmiata się z tego kąta i wynosi do kubła – na więcej nikt już nie ma siły. A piach i tak wciąż chrzęści…

     W czasie mrozów nie jeżdżę do pracy rowerem. Ale raz wydawało mi się, że już można i ruszyłem w drogę swoim wysłużonym welocypedem. Tak jak przypuszczałem, ścieżki rowerowe odśnieżono bardzo niestarannie, ale zachowując ostrożność i unikając gwałtownych skrętów, udało mi się dojechać pod samą firmę. Dopiero tam, na parkingu, oblodzonym i mokrym, śliskim jak świeżo wyciągnięta z wody ryba, wywinąłem takiego orła, że poczułem się jak Galileusz, patrzący przez teleskop. Zobaczyłem tyle gwiazd, że musiałem ujrzeć nie tylko naszą, ale jeszcze co najmniej kilka sąsiednich galaktyk. Kurtka do prania, spodnie do prania, a lampka w rowerze do naprawy lub wymiany – o tym miałem zadecydować, gdy już odzyskam zdolność ruchu. Na domiar złego, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście tego ranka zdecyduję się na rower, wyszedłem na tyle wcześniej, żeby w razie stwierdzenia, iż warunków na kolarstwo nie ma, zabawić się w Roberta Korzeniowskiego i pójść pieszo. Wskutek tego, w biurowcu jeszcze ciemno – byłem pierwszy. A na parkingu nikogo! Żadnej pomocnej dłoni, żadnego lamentującego nad moim losem głosu, żadnej żywej istoty, która w razie potrzeby mogłaby uratować mój nieszczęśliwy (z powodu zimy) żywot.

     Poleżałem sobie trochę, pokontemplowałem światło miejskich latarni, ale przejmujące zimno od pleców zmusiło mnie do powstania na nogi, a potem zaczął się żmudny proces wstawania z kolan, aczkolwiek w bardziej dosłownym sensie. Pozostało jeszcze kilka siniaków i odbite kolano.

     No i te wieczne ciemności! Człowiek w ogóle nie widzi słońca, chyba że przez okno w biurze. Ale wtedy ono jakoś nie cieszy, bo nasuwa niemiłą refleksję, że człowiek marnuje tu czas, który można było przeżyć znacznie weselej, w słonecznym blasku – bo nie cieple.

     I ten samochód, wiecznie uwalany od błota, soli i ptasich kupek. Co go człowiek wyszoruje, od razu pokrywa się wszechobecną brudną mgłą, a ptaszyska od razu dokładają starań, żeby nie był tak przeraźliwie i bezwstydnie czysty.

     I jeszcze chyba pękł mi jakiś przewód paliwowy i paliwo kapie na jakiś gorący element, bo gdy się silnik rozgrzeje, tak śmierdzi w nim paliwem, że kręci mi się w głowie. Zajrzałem pod maskę, ale gdzie tam cokolwiek zobaczyć! Poupychane tam tego wszystkiego tak, że trzeba by chyba rozkręcić pół samochodu, żeby dostać się do jakiegoś miejsca potencjalnej awarii. Muszę go oddać do mechanika, ale znowu nie mam kiedy, bo tak się akurat składa, że wciąż potrzebuję samochodu! Bywa, że stoi na parkingu cały tydzień, nie ruszany, ale bywa i tak jak teraz, że potrzebuję go codziennie.

     Niemniej, w tym tygodniu będę musiał go oddać, bo taki wyciek może być niebezpieczny. Niby to diesel, ale jak się olej podgrzeje, też potrafi się zapalić.

     Wszystko przez tę zimę. Latem przewód by nie popękał! Na pewno! Pękł od mrozów – jak nic. Pewnie wytrąciła się parafina i zatkała przewód, a pompa paliwowa dokonała reszty. Nic, że paliwo zimowe – też zawodzi przy większych mrozach.

     To jak, mam pisać dalej?

     Jeszcze Was nie zmęczyło moje narzekanie?

     Bo uprzedzam, że ja tak potrafię godzinami!