Takoż więc… Wróciłem. Nie z wakacji, tylko do sieci. Z wakacji wróciłem dwa tygodnie temu, od razu w prawdziwy młyn przeróżnych spraw i teraz dopiero udało mi się je trochę poukładać. Zatem, z chłodniejszą głową mogę wrócić do pisania.
To co, zaczynamy?
Jakby kogokolwiek to obchodziło, opiszę Wam w skrócie nasz urlop.
Kwaterę na wakacje w Świnoujściu zamówiłem sobie przez popularny serwis hotelowo-turystyczny. Ponieważ jestem człowiekiem, któremu już bliżej niż dalej, nie przywykłem jeszcze do tych nowoczesnych* metod. Dlatego całą drogę towarzyszył mi niepokój. A co, jeśli to jakieś oszustwo? Zajadę na miejsce, a tam okaże się, że żadnego takiego obiektu nie ma! A tu już zapłacone z góry – bo innej możliwości nie było. Zresztą, może i była, ale w tych sprawach to prosty, nic nierozumiejący kosmita jestem. Jak mawiał Kaźmirz Pawlak: „No, prosto, sanacyjny chłop!” Mówią: „zapłać”, to płacę. Albo uciekam. Częściej to drugie. Ale przed tym uciec nie mogłem.
Ale na szczęście okazało się, że pokój już na nas czeka. Trochę daleko od dwóch głównych punktów, tj. morza i portu, ale my jesteśmy urodzonymi piechurami, więc dla nas codzienny marsz to dodatkowa rozrywka. No, powiedzmy do czasu. Po kilku dniach ciągłego drałowania, już nam się chciało trochę mniej, ale oboje przed sobą udawaliśmy, że bardzo chętnie się przespacerujemy. Po tylu latach małżeństwa, znamy się tak dobrze, że aby udać coś przekonująco, trzeba to robić naprawdę dobrze. Jesteśmy w tym naprawdę świetni – nogi bolały nas każdego wieczoru. Dwa Oscary poproszę!
Świnoujście wyglądało zupełnie inaczej niż je zapamiętałem. Byłem tam dawno temu, jeszcze jako dzieciak. Jedyne co rozpoznałem, to jedna z rzeźb w Parku Zdrojowym. Północna część miasta jest już stuprocentowym uzdrowiskiem, z szeroką i czystą promenadą, przy której znajduje się pełno knajpek, sklepików i ośrodków wypoczynkowych. Im dalej na południe, tym bardziej robi się zwyczajnie. Ale granica jest wyraźna – są nią rozkopane ulice, bowiem owa uzdrowiskowa zabudowa przesuwa się coraz bardziej na południe i trzeba dla niej ułożyć malownicze chodniki i położyć nową nawierzchnię.
Wycieczki robiliśmy sobie niemal codziennie. Najpierw poszliśmy do Heringsdorf, która to miejscowość zupełnie nie podobała się Koleżance Małżonce. Dla niej była zbyt „niemiecka”. Moja uwaga, że aktualnie Heringsdorf jest niemieckie i od czasów średniowiecza chyba zawsze było, spowodowała nerwowe fuknięcie i jakąś niezrozumiałą uwagę na temat mojego umysłu, ponoć mocno przegrzanego po długim marszu. Chodziło jej o to, że tu nawet gdy kładziono kostkę brukową, odległości między kostkami sprawdzano szczelinomierzem, wysokość trawy codziennie mierzono suwmiarką i przycinano o kilka milimetrów zbyt wystające źdźbła, a ptaki latały wyłącznie po prostej, wyznaczonymi korytarzami powietrznymi. Nawet, gdy musiały się wyminąć, zawsze stosowały regułę prawego skrzydła.
Fakt, porządek był zaprowadzony w stopniu niemal przytłaczającym, bardziej przypominającym więzienny rygor niż wakacyjny luz. A wiecie, jakie to skojarzenia budzi u starego ramola, wychowanego na Klossie i „Czterech pancernych”! Moja chora wyobraźnia zaraz wszystkich wokół ubiera w pasiaki i każe im maszerować. Żeby chociaż jakaś stokrotka wyrosła na tym cholernie równym trawniku! Nic z tego, Ordnung must sein! No, ale co robić, to Niemcy, oni tak lubią. Jestem tu gościem, więc muszę to uszanować. W sumie, ważniejsze dla mnie jest, że piwo mają dobre.
Próbowałem potem załatwić powrót statkiem do Świnoujścia. Mój niemiecki sporo zostawia do życzenia, bo choć wymowę mam podobno świetną, to gramatyki nie znam w ogóle, a słów zapomniałem już jakieś trzy czwarte z tych, które kiedyś znałem. Gdy zmęczony przedłużającą się improwizacją, spytałem panią w kasie, czy mówi po angielsku, ta zaproponowała przejście na polski. Z kolei jej wymowa dawała jasno do zrozumienia, że z pewnością pochodzi z prawego brzegu Odry. Niestety, okazało się, że nie można po prostu kupić biletów na statek. Trzeba było wcześniej wykupić jakąś kartę turystyczną, niedostępną w tym okienku – i wtedy rejs jest darmowy. Nic nie rozumiałem. Nawet tego, dlaczego współczesny świat uparł się, żeby skomplikować tak prostą rzecz jak kupno biletów na krótki rejs. Wróciliśmy pociągiem. Tam bilety mieli zwyczajnie w kasie. I co? Można?
Bardzo miło zaskoczyły mnie Międzyzdroje. Byłem tam wiele lat temu i zapamiętałem to miejsce jako totalną dziurę, zabitą dechami. Tymczasem po krótkiej podróży koleją, znalazłem się w malowniczym ośrodku, z szeroką promenadą, knajpkami, sklepikami i lokalami rozrywkowymi. Prawdziwie wypoczynkowa miejscowość, chociaż chyba raczej dla młodszych ludzi, którym pasuje buzująca energia tego miejsca.
Odwiedziliśmy jeszcze Szczecin – ale to już za długo byłoby opowiadać.
Dość, że po kilku dniach musieliśmy odpocząć. W końcu trzeba, bo po to tu przyjechaliśmy. I dlatego następny dzień, to plażing-leżing-nicnierobing. Przez jakieś dwie godziny. Potem znowu zaczęło nas nosić po okolicy!
A oto dowód, że odwiedziliśmy stawę Młyn – symbol miasta. I za nic nie mogę odgadnąć funkcji tego kamiennego falochronu, wysokiego na pół metra, o łagodnych, obłych krawędziach. Fala, przy której na wieżyczce ratownika łopocze biała flaga, jest w stanie się przez niego przelać. Przed czym to ma chronić?
Twarze zamazywałem sam, w Paincie, więc musicie mi wybaczyć, że tak niezdarnie. Musiałem - wymogi prawne!
*Cicho! Jak coś jest młodsze od moich dzieci, to dla mnie to nowoczesne!
