Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


poniedziałek, 8 czerwca 2026

Wydarzenie I – czyli: Jak Nitager dzień święty święcił

     Przyznam, że nie do końca rozumiem, o co w tym czerwcowym święcie chodzi. Przyznam nawet więcej – nigdy mnie to nie interesowało. Mitologia chrześcijańska nie należy do moich ulubionych. No, ale święto to święto i świętować mus!

     Dzięki swej dalekowzroczności, już dawno temu zapewniłem sobie godne świętowanie i bogate przeżycia duchowe na ten dzień. Włącznie z odpowiednim strojem liturgicznym, chociaż ten ostatni – ale proszę, nie mówcie nikomu – tak naprawdę nie jest nowy, tylko został mi z poprzedniego święta.

     I tak oto, rankiem czwartego czerwca, po smacznym śniadaniu, wziąłem Koleżankę Małżonkę za rękę, w drugą dłoń chwyciłem torbę podróżną i udaliśmy się na parking, gdzie niby zawczasu zaprzęgnięta kareta, czekała na nas nasza stara, ale wciąż sprawna limuzyna. Tylko szofera w liberii zabrakło.

     Byłem w tak doskonałym nastroju, że nie zepsuła go nawet świeża, gołębia kupa na dachu pojazdu, choć poprzedniego wieczora odwiedziłem nim myjnię. Wiadomo, na naszym osiedlu nic nie może postać zbyt długo nieobsrane przez te niezwykle wydajne fabryki guana. Jeśli coś jest czyste, oznacza to, że zjawiło się na miejscu nie więcej niż godzinę temu – tyle wystarczy gołębiom, żeby opracowały nowe koordynaty i szczegółowo zaplanowały nalot, połączony z precyzyjnym bombardowaniem.

     Ruszyliśmy z kopyta. Dzień świąteczny ma wiele zalet. Najważniejszą jest oczywiście możliwość wyspania się do woli, ale są i inne – na przykład znacznie mniejszy ruch na drogach. Jechało się nam więc sprawnie i tylko raz naszą trasę zakłóciło powszechnie znienawidzone przez zawodowych kierowców zjawisko, zwane przez nich „niunia w suvie”.

    Poznałem to określenie (i wiele innych) od Drugorodnego, który wstąpił był w szeregi bractwa kierowców tirów i od tego czasu zaczął porozumiewać się ze światem zupełnie nowym, często niezrozumiałym dla mnie językiem. Dobrze, że nie czyta blogów, bo zaraz dostałoby mi się za tego tira. Ten pojazd nazywa się bowiem fachowo „ciągnik siodłowy z naczepą”, a TIR to nazwa licencji kierowcy. Niech mu będzie…

     Było wczesne popołudnie, gdy dotarliśmy na miejsce – a miejscem tym był przytulny hotelik w Gliwicach.

     Spytacie zapewne – a cóż takiego ciekawego jest w Gliwicach, że zdecydowaliśmy się odwiedzić tego brudnego, posępnego, przemysłowego molocha na Górnym Śląsku? Cóż, po pierwsze, Gliwice jakie pamiętałem z dawnych lat to nie te same Gliwice, które ujrzałem w ów świąteczny dzień. Teraz miasto jest czyste, tętniące życiem, budynki odnowione, drogi przejrzyście oznakowane. Przekonaliśmy się o tym, gdy ruszyliśmy w stronę centrum, aby poszukać przytulnej knajpki i coś zjeść. Trafiliśmy na rynek – urocze miejsce, pełne kawiarenek i restauracji, w dodatku bardzo popularne, bo przebywało na nim sporo ludzi.

     - Knajpka na knajpce – roześmiała się Koleżanka Małżonka. – Zupełnie jak u nas!

     Cóż, swego czasu nasze miasto odwiedziła pewna irytująca autorka znanego programu kulinarnego (znak szczególny – lwia grzywa i maniery kibola) i nie mogła wyjść ze zdumienia, że na naszym rynku jest tyle nieźle prosperujących lokali gastronomicznych. Nie wiem, czego się spodziewała. Jeśli furmanek, kramów z warkoczami czosnku i żydowskich kupców, zachwalających swój towar, to spóźniła się o prawie cały wiek.

     Po obiedzie powrót do hotelu, szybki prysznic, bo temperatura prawdziwie letnia i pot ściekał z nas strumieniami. Godzinka byczenia się, aby ochłonąć. A potem…

     Nadszedł czas! Włożyliśmy więc szaty liturgiczne i udaliśmy się do oddalonego o jakieś pół godziny drogi obiektu, w którym mieliśmy przeżyć duchowe ubogacenie. Szliśmy według GPS, bo nie znaliśmy miasta. Droga wiła się jak w Skyrim, bo nie dało się przejść w miarę prosto. Najpierw trzeba było przekroczyć linię kolejową – więc w prawo na wiadukt. Potem kolejna arteria, tym razem samochodowa, więc w lewo na kolejny wiadukt. Drogę przegradzała nam jeszcze rzeczka, więc znowu odbicie na kładkę. Ale w końcu dotarliśmy na miejsce.

     A tam tłumy ludzi, zdążających w to samo miejsce co my. I wszyscy w czarnych, liturgicznych szatach, z logo zespołu Guns n’ Roses.

     Czekała nas prawdziwa duchowa uczta!


niedziela, 31 maja 2026

O tym, że nawet gra może być terapią

     Pamiętam ten letni, słoneczny, czerwcowy dzień. Czasy pandemii. Siedziałem przy biurku, w niemal zupełne pustym pokoju, od południowej strony. To był jeszcze niedawno pokój chłopców, ale po ich wyprowadzce meble zostały wywiezione, ściany wyrównane i odmalowane. Nowe meble jeszcze się nie pojawiły, a ze starych zostawiłem sobie tylko jedno z biurek i używałem go do pracy. Bo tak się złożyło, że koronawirus wygnał nas z biur do domów i upowszechnił się u nas tzw. „Home Office”.

     W tych czasach nie miałem wiele roboty. Cały dział w zasadzie przeżywał posuchę, bo ze względu na światową sytuację, w naszej branży gwałtownie spadła wszelka aktywność. A ja ze swoim zadaniem uporałem się dość szybko i nie miałem co robić przez resztę dnia. I wszedłem sobie na Steam… I sprawdziłem, jakie gry ma na udostępnionym koncie Pierworodny… I odkryłem fajną, survivalową gierkę „Conan Exiles”, która pozwoliła mi na jakiś czas zająć czymś umysł i pomogła wyjść z psychicznego dołka.

     Dlaczego o tym piszę? Tak naprawdę wcale nie chciałem o tym, tylko o czymś zupełnie innym. W tamtym czasie przeżywałem straszny atak depresji. Do dziś nie mam pojęcia, co mnie tak bardzo zdołowało. Chyba miało to jakiś związek z przebytym wcześniej zakażeniem. Ten wirus obchodził się ponoć bardzo brutalnie z układem nerwowym. Doszła do tego permanentna samotność, bo Koleżanka Małżonka, w przeciwieństwie do mnie, na skutek idiotycznych rządowych decyzji, prawie nie wychodziła z pracy. Pusty pokój przypominał, że przestałem już być ojcem w pełnym tego słowa znaczeniu i nikt tak naprawdę mnie już nie potrzebuje. Śmierć Przyjaciela z lat szkolnych przygnębiła mnie jeszcze bardziej. W normalnych warunkach pewnie skończyłoby się kilkudniowym przygnębieniem, może chandrą, ale to nie były normalne okoliczności.

     Pamiętam to, pamiętam także, że wyszedłem z tego dzięki ważnym dla mnie osobom. Dokonały tego cierpliwość i dobroć Koleżanki Małżonki, zaangażowanie obu synów, którzy nagle zaczęli do mnie wydzwaniać i zajmować krótkimi rozmowami. No i Wy, moi kochani! Tak, Wam też to zawdzięczam. Pamiętam słowa pocieszenia, współczucia i chęci pomocy – i nigdy Wam tego nie zapomnę.

     I wczoraj właśnie zagrałem sobie w „Conan Exiles”. Nie sam. Z Pierworodnym! To nic, że był daleko – w sieci był tuż obok mnie. Buszowaliśmy razem po Ziemiach Wygnańców, najpierw usiłując przeżyć, a potem zabraliśmy się za budowanie schronienia. Razem zbieraliśmy potrzebne zasoby, razem wznosiliśmy fundamenty naszej budowli, razem wyposażaliśmy ją w niezbędne warsztaty. I czułem jego obecność – to, na czym najbardziej mi zależało.

     Nie umiem rozmawiać przez telefon. Podziwiam osoby, które godzinami potrafią rozmawiać o niczym (np. Najważniejsza Kobieta w moim życiu). Ja potrzebuję tematu. Dla mnie telefon to narzędzie do przekazywania informacji, a nie do pogaduszek. Gdybym zadzwonił do Pierworodnego, skończyłoby się na paru zdawkowych uwagach, bez żadnego znaczenia.

    A tutaj? Tu zawsze był temat!

     - Gdzie jesteś? Bo cię nie widzę.

     - Nad jeziorem, zbieram żelazo!

     - Dobra, to ja zbiorę kamień i drewno na tę dobudówkę.

     - Zbuduj przy okazji nową skrzynkę, bo w starej się już nic nie zmieści. Czekaj, ile my mamy sztabek?

     - Dobra, skrzynka stoi! Moment, zajrzę do pieca. Mamy siedemdziesiąt dwie i jeszcze się wytapia, następne trzydzieści sześć. Zużyję trochę na sierp, bo trzeba zebrać włókna…

     Tego typu rozmowa – zupełnie jak przy wspólnej pracy – choć pracą tego w żaden sposób nie można było nazwać. Ot, przyjemne marnowanie czasu we dwóch. I gdy zaczęły mi się już kleić oczy i przyszła pora pożegnania, obaj stwierdziliśmy, że tak rozgrzebanej bazy nie zostawimy i przy najbliższej okazji znowu się za nią zabierzemy. I znów się spotkamy – wirtualnie, ale zawsze.

     To ta sama gra, co w czasach pandemii, a jednak… Jednak zupełnie inna. Coś się zmieniło.