Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


poniedziałek, 9 lutego 2026

Zima jest do... Wiecie...

     Tak, wiem, powinienem częściej pisać.

     Ale o czym, skoro wokół cały świat zamarł w zimowym śnie? Jest zima i nic ciekawego się nie dzieje, przynajmniej w moim życiu, które w tym okresie zwyczajnie zamiera.

     Niedźwiedzie – o, te mają fajnie! Mogą sobie zasnąć na całą zimę i smacznie przespać tę niegościnną i na każdym kroku wkurzającą porę roku. Nie muszą rano zrywać się do pracy! I nie muszą, przed wyjściem ze swej gawry, gacić się w ciepłe kurtki, ocieplane buty, czy wełniane czapki! A w tych grubych ciuchach człowiek ledwo się rusza! I gdy rano wyjdzie na zewnątrz, i tak robi mu się zimno. Dopiero po kilkunastu minutach marszu robi mu się cieplej, a pod koniec jest spocony, jak tężnia solankowa. Latem! I co wtedy zrobić? Rozpiąć kurtki nie można, bo jak zawieje, to rwa kulszowa pewna.

     No i szkoda tego czasu, bezpowrotnie straconego na to maszerowanie. To jednak trwa, w obie strony, jakieś półtorej godziny. A gdy jeszcze wliczymy w to ubieranie i rozbieranie, strata czasu zwiększa się znacząco.

     I jeszcze ten irytujący piach, wciąż chrzęszczący pod nogami! Niewiarygodne, ile piachu do mieszkania nawnosi się zimą na podeszwach. Za każdym razem trzeba biegać z miotłą, bo człowiek czuje się, jak na pustyni. Doszło do tego, że piach zamiata się w kąt, bo nikt nie ma siły bez przerwy biegać z szufelką. Raz lub dwa razy dziennie zmiata się z tego kąta i wynosi do kubła – na więcej nikt już nie ma siły. A piach i tak wciąż chrzęści…

     W czasie mrozów nie jeżdżę do pracy rowerem. Ale raz wydawało mi się, że już można i ruszyłem w drogę swoim wysłużonym welocypedem. Tak jak przypuszczałem, ścieżki rowerowe odśnieżono bardzo niestarannie, ale zachowując ostrożność i unikając gwałtownych skrętów, udało mi się dojechać pod samą firmę. Dopiero tam, na parkingu, oblodzonym i mokrym, śliskim jak świeżo wyciągnięta z wody ryba, wywinąłem takiego orła, że poczułem się jak Galileusz, patrzący przez teleskop. Zobaczyłem tyle gwiazd, że musiałem ujrzeć nie tylko naszą, ale jeszcze co najmniej kilka sąsiednich galaktyk. Kurtka do prania, spodnie do prania, a lampka w rowerze do naprawy lub wymiany – o tym miałem zadecydować, gdy już odzyskam zdolność ruchu. Na domiar złego, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście tego ranka zdecyduję się na rower, wyszedłem na tyle wcześniej, żeby w razie stwierdzenia, iż warunków na kolarstwo nie ma, zabawić się w Roberta Korzeniowskiego i pójść pieszo. Wskutek tego, w biurowcu jeszcze ciemno – byłem pierwszy. A na parkingu nikogo! Żadnej pomocnej dłoni, żadnego lamentującego nad moim losem głosu, żadnej żywej istoty, która w razie potrzeby mogłaby uratować mój nieszczęśliwy (z powodu zimy) żywot.

     Poleżałem sobie trochę, pokontemplowałem światło miejskich latarni, ale przejmujące zimno od pleców zmusiło mnie do powstania na nogi, a potem zaczął się żmudny proces wstawania z kolan, aczkolwiek w bardziej dosłownym sensie. Pozostało jeszcze kilka siniaków i odbite kolano.

     No i te wieczne ciemności! Człowiek w ogóle nie widzi słońca, chyba że przez okno w biurze. Ale wtedy ono jakoś nie cieszy, bo nasuwa niemiłą refleksję, że człowiek marnuje tu czas, który można było przeżyć znacznie weselej, w słonecznym blasku – bo nie cieple.

     I ten samochód, wiecznie uwalany od błota, soli i ptasich kupek. Co go człowiek wyszoruje, od razu pokrywa się wszechobecną brudną mgłą, a ptaszyska od razu dokładają starań, żeby nie był tak przeraźliwie i bezwstydnie czysty.

     I jeszcze chyba pękł mi jakiś przewód paliwowy i paliwo kapie na jakiś gorący element, bo gdy się silnik rozgrzeje, tak śmierdzi w nim paliwem, że kręci mi się w głowie. Zajrzałem pod maskę, ale gdzie tam cokolwiek zobaczyć! Poupychane tam tego wszystkiego tak, że trzeba by chyba rozkręcić pół samochodu, żeby dostać się do jakiegoś miejsca potencjalnej awarii. Muszę go oddać do mechanika, ale znowu nie mam kiedy, bo tak się akurat składa, że wciąż potrzebuję samochodu! Bywa, że stoi na parkingu cały tydzień, nie ruszany, ale bywa i tak jak teraz, że potrzebuję go codziennie.

     Niemniej, w tym tygodniu będę musiał go oddać, bo taki wyciek może być niebezpieczny. Niby to diesel, ale jak się olej podgrzeje, też potrafi się zapalić.

     Wszystko przez tę zimę. Latem przewód by nie popękał! Na pewno! Pękł od mrozów – jak nic. Pewnie wytrąciła się parafina i zatkała przewód, a pompa paliwowa dokonała reszty. Nic, że paliwo zimowe – też zawodzi przy większych mrozach.

     To jak, mam pisać dalej?

     Jeszcze Was nie zmęczyło moje narzekanie?

     Bo uprzedzam, że ja tak potrafię godzinami!


poniedziałek, 26 stycznia 2026

Jak straszna zima mnie doświadcza

     Ech, niewesołe jest życie staruszka…

     Dopadły mnie kłopoty ze zdrowiem. Wszystko przez mój brak asertywności.

    Tak mi się nie chciało jechać na to Wygwizdajewo, tak marzyłem o zaszyciu się pod kocem z filiżanką pysznej herbatki… Za oknem ziąb, zimowy wicher i biało jak w Arktyce – komu by się chciało wychodzić? No, ale jak się nie ma zdolności aktorskich, to trzeba życie przyjmować na klatę. Koleżanki Małżonki jakoś nie przekonały moje nagłe bóle w krzyżu, zawroty głowy, udar, skurcz żołądka, czy otwarte złamanie paznokcia i nie udało mi się od tego wykręcić. W dodatku tak słodko poprosiła, że stopniałem jak sopel lodu w mikrofalówce. No, nie pomyślałem, że przecież ktoś i tak musi ją tam zawieźć.

     A na miejscu, znaczy w tym Wygwizdajewie, gdzie nasza kuzynka obchodziła urodziny, było jeszcze zimniej, jeszcze mocniej wiało i jeszcze do tego akurat ja, jako kierowca, nie mogłem się rozgrzać pysznym (podobno) i aromatycznym (na pewno) grzańcem! A tak ładnie pachniał…

     No i jeszcze te moje problemy z ciśnieniem. Otóż, przyjmuję leki, obniżające ciśnienie krwi. I od kiedy je przyjmuję, poznałem zupełnie nowe zjawisko: marznące ręce. Nigdy nie marzły mi ręce ani stopy, a teraz, gdy zbito mi ciśnienie, krążenie krwi chyba nieco osłabło i ręce zaczęły mi marznąć. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Zwłaszcza, że jako osobnik nieznający tego zjawiska, nie zaopatrzyłem się w żadne rękawiczki, bo nigdy ich nie potrzebowałem. A tu: proszę! Niespodzianka zimowa!

    Dość, że zwyczajnie zmarzłem i po kilku dniach poczułem tego skutki. Doznałem bowiem zdradliwego ataku Straszliwego Przeziębienia I Niemal Końcowej Agonii (w skrócie SPINKA). Nie śmiejcie się, to poważna choroba! Przez jeden dzień (na pewno dłużej, ale nikt dziś już nie robi takich porządnych termometrów) miałem straszną gorączkę, nawet chwilami powyżej 37 stopni – wystarczy, aby każdego chłopa posłać na deski. A już na pewno wystarczy do tego, żeby chwycić papier, pióro i spisać swą ostatnią wolę. Nie pamiętam, co tam komu zapisałem, bo mi tak oczy łzawiły, że w ogóle niewiele widziałem. Nie pamiętam już, kto odziedziczy moją tokarkę, a kto gitarę, zresztą, jak zwykle, wszyscy i tak to totalnie olali i nie było nawet komu podpisać jako świadek.

    Niestety, ubocznym skutkiem owego przeziębienia był też Wielki I Niespotykany Katar Ogólny (skrót nie oddaje istoty sprawy). Nie mam pojęcia, skąd się tyle tego świństwa w człowieku bierze, ale karton chusteczek wystarczał mi zaledwie na dwie godziny. Ubocznym skutkiem było tak intensywne łzawienie, że nawet trudno było mi czytać. Więc głównie spałem usiłowałem spać. I właściwie ta senność nie przeszła mi aż do tej chwili. Mógłbym przespać całą tę zimę i wcale nie byłoby mi jej żal.

     Jak ja nienawidzę zimy!

    I to straszliwe choróbsko trzymało mnie aż do wczoraj. Prawie na dwa tygodnie zamieniłem się w człapiące, charczące, zgarbione i bez przerwy marudzące zombi, które z łatwością można było zatrzaskać suchą szmatą, gdyby tylko komuś chciało się to zrobić.

    Dziś zaczynam powrót między żywych. Mam nadzieję, że mi się uda zakotwiczyć między nimi jeszcze na jakiś czas. W każdym razie, Kostucha, gdy mnie zobaczyła, wzruszyła tylko kościstymi obojczykami i oznajmiła mi, że jeśli jeszcze raz będę wzywał jej imienia nadaremno, wybierze najbardziej tępą i zardzewiałą kosę z całego swego arsenału "i mi pokaże" - cokolwiek to znaczy.