Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


wtorek, 9 czerwca 2026

Wydarzenie II - czyli: Jak sytuacja wymusiła zmiany

     Dawno, dawno temu, w straszliwych czasach pandemii i uwięzienia w czterech ścianach, pisałem o Prawdziwym Przyjacielu, który w ciągu kilkudziesięciu sekund wyleczył mnie z koronawirusa. Tym przyjacielem był żółty, porcelanowy kubek. Mój ulubiony do kawy.

     Bo widzicie, starzy ludzie mają swoje dziwactwa. Ja na przykład mam kubek kawowy i kubek herbaciany. Przy czym kawowy jest z porcelany i ma kolor żółty, bo czarna kawa w żółtym kubku wygląda dla mnie apetycznie, harmonijnie, po prostu ładnie i kojarzy mi się z czymś z dawnych lat, ale już nie pamiętam, z czym. Kubek herbaciany za to jest przezroczysty, wykonany z cienkiego szkła. To nie zwykły kubek, tylko coś w rodzaju termosu z uchwytem, dzięki czemu nawet jeśli wleję do niego wrzątku, mogę złapać go w dłonie i nie oparzyć się.

     Tak było przez wiele lat. Aż do tej tragicznej chwili.

     Jeszcze łezki mi kapią, gdy o tym pomyślę.

     Jak do tego doszło, nie wiem Nie wiem, jak to się stało, nie było mnie przy tym. Usłyszałem tylko huk i jęk Koleżanki Małżonki. Jak dziki ogier, zeskoczyłem z fotela i cwałem popędziłem do kuchni. Widok, jaki w niej zastałem, zapamiętam na długo.

     Pod oknem stała Koleżanka Małżonka z nieszczęśliwą miną, a u jej stóp walały się śmiertelne szczątki mojego Prawdziwego Przyjaciela.

     Żal, jaki wtargnął do mojego wnętrza, nie da się opisać słowami! Oto coś skończyło się na zawsze. Oto skończyła się wieloletnia, szczera i gorąca, zwykle dosłownie, przyjaźń człowieka i ceramiki. To całkiem możliwe! Jakby nie patrzeć, jedno i drugie ulepiono z gliny…

     - Masz jeszcze ten drugi – usiłowała się bronić Koleżanka Małżonka. – Też żółty!

     Z rozpaczą podniosłem z posadzki potrzaskane skorupy. Niestety, zbił się na tak drobne kawałeczki, że klejenie było niemożliwe. A przyszła mi do głowy taka myśl!

     - Ty chyba jesteś nienormalny! – parsknęła. – Tu stoi szafa, pełna kubków, kubeczków i kuboli, a ty będziesz się roztkliwiał nad jednym?

     - Ale żaden z nich nie był Prawdziwym Przyjacielem – jęknąłem z rozpaczą. – Żaden z nich nie wyleczył mnie z koronawirusa ani żaden…

     - Co ty bredzisz?!

     Wzruszyłem ramionami. Po co tłumaczyć jej coś, czego i tak nie jest w stanie zrozumieć? Ona, w przeciwieństwie do mnie, nie jest typem jaskiniowca, który potrzeby materialne ma minimalne, nowych rzeczy nie potrzebuje, za to z chęcią naprawia sobie stare. Ona szybko przestawiła się na Nowe Czasy, w których wszystkiego jest w bród, a naprawa często droższa od kupna nowej rzeczy. Ja tak nie potrafię. Jest kilka drobiazgów, z którymi trudno mi się rozstać, które były częścią moich codziennych rytuałów i których nie chcę zamieniać na inne, nawet jeśli miałyby być lepsze. Co z tego, że ten drugi kubek też jest żółty, a nawet żółciejszy? Jest po pierwsze większy, więc nie da się udawać, że to ten sam, a poza tym, to naprawdę nie jest ten sam!

     Żałoba po kubeczku trwała cały dzień. A najgorsze, że to jeszcze nie koniec.

     Rano, gdy dosiadałem roweru, wspomniałem zapowiedź Koleżanki Małżonki: „Jutro jedziemy do salonu i kupujemy ci nowy rower!”. Spojrzałem na swojego zgrabnego, rasowego, srebrno-błękitnego rumaka i czule poklepałem go po kierownicy.

     - Czy wiesz, mój stary, że to może być nasz ostatni wspólny dzień? – wyszeptałem ze wzruszeniem.

     Ale on zdawał się tym nie przejmować, jakby nie brał moich słów na serio.

     Przez pół drogi prowadził się wzorowo. Ani razu nie przeskoczyła mu grzechotka! Aż zacząłem się zastanawiać nad sensem wymiany. Może jeszcze dać mu szansę? Niestety, chyba to wyczuł i rozbisurmanił się do końca. Jak mi tam zaczęło przeskakiwać, trzeszczeć i szarpać, zmieniłem zdanie.

     - Gościu, sam się położyłeś do trumny! – warknąłem wściekle, gdy po sporym przeskoku łańcuch spadł mi z koła na środku skrzyżowania, w godzinach porannego szczytu.

     Nie, nie ma co naprawiać, trzeba kupić nowy.



poniedziałek, 8 czerwca 2026

Wydarzenie I – czyli: Jak Nitager dzień święty święcił

     Przyznam, że nie do końca rozumiem, o co w tym czerwcowym święcie chodzi. Przyznam nawet więcej – nigdy mnie to nie interesowało. Mitologia chrześcijańska nie należy do moich ulubionych. No, ale święto to święto i świętować mus!

     Dzięki swej dalekowzroczności, już dawno temu zapewniłem sobie godne świętowanie i bogate przeżycia duchowe na ten dzień. Włącznie z odpowiednim strojem liturgicznym, chociaż ten ostatni – ale proszę, nie mówcie nikomu – tak naprawdę nie jest nowy, tylko został mi z poprzedniego święta.

     I tak oto, rankiem czwartego czerwca, po smacznym śniadaniu, wziąłem Koleżankę Małżonkę za rękę, w drugą dłoń chwyciłem torbę podróżną i udaliśmy się na parking, gdzie niby zawczasu zaprzęgnięta kareta, czekała na nas nasza stara, ale wciąż sprawna limuzyna. Tylko szofera w liberii zabrakło.

     Byłem w tak doskonałym nastroju, że nie zepsuła go nawet świeża, gołębia kupa na dachu pojazdu, choć poprzedniego wieczora odwiedziłem nim myjnię. Wiadomo, na naszym osiedlu nic nie może postać zbyt długo nieobsrane przez te niezwykle wydajne fabryki guana. Jeśli coś jest czyste, oznacza to, że zjawiło się na miejscu nie więcej niż godzinę temu – tyle wystarczy gołębiom, żeby opracowały nowe koordynaty i szczegółowo zaplanowały nalot, połączony z precyzyjnym bombardowaniem.

     Ruszyliśmy z kopyta. Dzień świąteczny ma wiele zalet. Najważniejszą jest oczywiście możliwość wyspania się do woli, ale są i inne – na przykład znacznie mniejszy ruch na drogach. Jechało się nam więc sprawnie i tylko raz naszą trasę zakłóciło powszechnie znienawidzone przez zawodowych kierowców zjawisko, zwane przez nich „niunia w suvie”.

    Poznałem to określenie (i wiele innych) od Drugorodnego, który wstąpił był w szeregi bractwa kierowców tirów i od tego czasu zaczął porozumiewać się ze światem zupełnie nowym, często niezrozumiałym dla mnie językiem. Dobrze, że nie czyta blogów, bo zaraz dostałoby mi się za tego tira. Ten pojazd nazywa się bowiem fachowo „ciągnik siodłowy z naczepą”, a TIR to nazwa licencji kierowcy. Niech mu będzie…

     Było wczesne popołudnie, gdy dotarliśmy na miejsce – a miejscem tym był przytulny hotelik w Gliwicach.

     Spytacie zapewne – a cóż takiego ciekawego jest w Gliwicach, że zdecydowaliśmy się odwiedzić tego brudnego, posępnego, przemysłowego molocha na Górnym Śląsku? Cóż, po pierwsze, Gliwice jakie pamiętałem z dawnych lat to nie te same Gliwice, które ujrzałem w ów świąteczny dzień. Teraz miasto jest czyste, tętniące życiem, budynki odnowione, drogi przejrzyście oznakowane. Przekonaliśmy się o tym, gdy ruszyliśmy w stronę centrum, aby poszukać przytulnej knajpki i coś zjeść. Trafiliśmy na rynek – urocze miejsce, pełne kawiarenek i restauracji, w dodatku bardzo popularne, bo przebywało na nim sporo ludzi.

     - Knajpka na knajpce – roześmiała się Koleżanka Małżonka. – Zupełnie jak u nas!

     Cóż, swego czasu nasze miasto odwiedziła pewna irytująca autorka znanego programu kulinarnego (znak szczególny – lwia grzywa i maniery kibola) i nie mogła wyjść ze zdumienia, że na naszym rynku jest tyle nieźle prosperujących lokali gastronomicznych. Nie wiem, czego się spodziewała. Jeśli furmanek, kramów z warkoczami czosnku i żydowskich kupców, zachwalających swój towar, to spóźniła się o prawie cały wiek.

     Po obiedzie powrót do hotelu, szybki prysznic, bo temperatura prawdziwie letnia i pot ściekał z nas strumieniami. Godzinka byczenia się, aby ochłonąć. A potem…

     Nadszedł czas! Włożyliśmy więc szaty liturgiczne i udaliśmy się do oddalonego o jakieś pół godziny drogi obiektu, w którym mieliśmy przeżyć duchowe ubogacenie. Szliśmy według GPS, bo nie znaliśmy miasta. Droga wiła się jak w Skyrim, bo nie dało się przejść w miarę prosto. Najpierw trzeba było przekroczyć linię kolejową – więc w prawo na wiadukt. Potem kolejna arteria, tym razem samochodowa, więc w lewo na kolejny wiadukt. Drogę przegradzała nam jeszcze rzeczka, więc znowu odbicie na kładkę. Ale w końcu dotarliśmy na miejsce.

     A tam tłumy ludzi, zdążających w to samo miejsce co my. I wszyscy w czarnych, liturgicznych szatach, z logo zespołu Guns n’ Roses.

     Czekała nas prawdziwa duchowa uczta!