Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


wtorek, 24 lutego 2026

Zakazane riffy

     Słyszeliście kiedyś o zakazanych riffach?

     Ja dowiedziałem się o tym stosunkowo niedawno i z rozpaczą stwierdziłem, że w kolejnej dziedzinie życia jestem przypadkiem beznadziejnym, godnym pożałowania i najwyższej pogardy. Zrozumiałe, że nie podniosło to mojej samooceny.

     Ale dla tych co nie słyszeli, kilka słów wyjaśnienia.

     Na początek, co to jest riff, bo nie każdy musi to wiedzieć.

     Otóż, niektóre piosenki zaczynają się pewnym wyraźnym, rytmicznym, zwykle bardzo melodyjnym, instrumentalnym motywem muzycznym, który regularnie przewija się przez cały utwór. Dla lepszego zrozumienia, pozwoliłem sobie poniżej wrzucić kilka linków do kilku znanych utworów o wyraźnych riffach. Ta krótka melodia, którą słyszycie na samym początku i którą można usłyszeć także w późniejszych fragmentach, to jest właśnie riff. Coś jakby motyw przewodni danego utworu.

     Riffy bywają przeróżne. Niektóre grane na syntezatorze (np. „Final Countdown”), inne na basie (np. „Another one Bites a Dust”), a często na gitarze solowej (np. „Sweet Child o’ Mine”). I właśnie o tych gitarowych jest ta notka.

     Otóż, istnieje nieformalna lista tzw. „Zakazanych riffów”. Należą do nich między innymi początki takich utworów, jak „Stairway to Heaven” (Led Zeppelin), „Smoke on the Water” (Deep Purple), „Enter Sandman” (Metallica), czy wspomniana już piosenka „Sweet Child o’ Mine” (Guns n’Roses). Są miejsca, w których grać ich absolutnie nie należy, a najważniejszym z nich jest sklep z instrumentami muzycznymi.

     Oczywiście, nie jest to zakaz formalny i absolutnie nie złamiesz prawa, jeśli w sklepie muzycznym próbując brzmienie gitary, zagrasz jeden z tych riffów. Ale to nie jest kwestia prawa, tylko dobrego smaku. Przy czym, nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że owe riffy są kiczowate, czy coś w tym stylu – bo absolutnie nie są. Chodzi o to, że w złym tonie jest zagranie tego właśnie, w tym konkretnym miejscu! Jest to równoznaczne z nastawieniem ekipy sklepowej przeciwko sobie. Po czymś takim nie licz na ich szczere i życzliwe rady. Zachowałeś się wobec nich skrajnie nieuprzejmie, więc choć ich samych obowiązuje bezwzględna uprzejmość, dobre chęci, aby Ci naprawdę pomóc, momentalnie nurkują w przepaści niechęci.

     Skąd się wzięła ta szczególna zasada savoir-vivre’u? Cóż, aby to zrozumieć, trzeba wejść w buty pracowników sklepu. Zrozumcie, oni muszą kilka-kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy dziennie słuchać tego rzężenia, najczęściej granego nieprawidłowo, często fałszywie, przez początkującego, niewprawnego, nie potrafiącego grać czysto, ale przekonanego o swoim niesamowitym talencie gitarzystę. I wszyscy ci potencjalni klienci grają to samo! Można oszaleć!

     Ów „artysta”, przekonany, że właśnie sięgnął ideału i spodziewający się podziwu oraz entuzjastycznego przyjęcia swojej twórczości przez załogę sklepu, zwykle bywa zdumiony chłodnym i niechętnym przyjęciem. Gdyby ci ludzie mogli mu powiedzieć, co o nim myślą, zamiast spodziewanego „Ależ wirtuozeria! Brawo! Brawo!”, usłyszałby „Szlag! Kolejny beznadziejny szarpidrut!”. Zrozum człowiecze, że oni słyszeli to już setki razy i zwykle właśnie zagrane na Twoim aktualnym, całkowicie beznadziejnym poziomie!

     Skąd wiem, że beznadziejnym? Ano stąd, że sam próbuję grać i wiem, jak trudna jest to sztuka. Gitara elektryczna to specyficzny instrument, na którym czystość dźwięku jest o wiele trudniejsza do uzyskania niż na poczciwym, klasycznym pudle. Słychać każdy nieprawidłowy ruch, każde przypadkowe muśnięcie struny, każde nie do końca prostopadłe uderzenie, każde niezbyt dokładne przyciśnięcie struny do podstrunnicy. A w dodatku pozostałe, nie trącane palcami struny, potrafią wzbudzać się same, pod wpływem drgań albo pola magnetycznego w przetwornikach, tworząc nieciekawe i bardzo niepożądane „tło”. Trzeba nauczyć się je odpowiednio tłumić. Przy włączonym przesterze, często dany dźwięk trwa też znacznie dłużej niż normalnie i potrzebny jest dodatkowy ruch palcem, aby go wyciszyć, przy czym ruch ten musi być lekki i delikatny, aby przypadkiem nie pobudzić struny do kolejnego, niepożądanego dźwięku. Przy energicznym szarpaniu pozostałych drutów, nie jest to łatwe. Innymi słowy, wzbudzanie dźwięków jest tu tylko połową czynności muzyka – druga połowa to ich umiejętne tłumienie.

     No, chyba że jesteś prawdziwym wirtuozem! Ale w takim razie, Twoja gitara jest robiona na specjalne zamówienie i w sklepie muzycznym naprawdę nie masz czego szukać! Tutaj sprzedaje się towar dla początkujących, mniej wymagających instrumentalistów, zwykle dopiero uczących się na nich grać.

     A skąd spadek mojej samooceny? Ano stąd, że wieczorami sam piłuję tę zakazane riffy i słyszę wyraźnie, jak bardzo mi nie wychodzą. Im bardziej się staram, tym większy hałas robię i osoba postronna miałaby sporo kłopotu, aby rozpoznać, co ja tak naprawdę gram próbuję grać.

     Na swoją obronę przytoczę jednak dwa istotne fakty:

     - nie robię tego w sklepie muzycznym, tylko w zaciszu własnego domostwa;

     - używam wspaniałego wynalazku, który nazywa się słuchawki.

    Przyznaję, ten drugi fakt raczej po to, żebym nie musiał się przed nikim wstydzić swojego rzępolenia.


środa, 18 lutego 2026

Zimowego narzekania ciąg dalszy

     Praca dłuży mi się niemiłosiernie. Od kilku tygodni, dzień w dzień, klepię to samo. Nie pamiętam, żebym przedtem prowadził temat tak nudny, że na skali nudności strzałka zawędrowała na pomarańczowe pole, niebezpiecznie blisko czerwonego. A wszystko przez to, że dostawca kabla postanowił zakończyć produkcję jakiegoś prehistorycznego przewodu i zastąpił go innym. Moja osobista tragedia polega na tym, że ten kabel używany był powszechnie w wielu naszych wyrobach i teraz trzeba go zwyczajnie zamienić na ten nowy. W każdym z osobna. I każdy przeprowadzić przez żmudny i skomplikowany proces wprowadzania zmian.

     A potem wprowadzenie zmian na rysunek. W standardowym programie byłaby to drobnostka. Wystarczyłoby kilka dni, no góra tydzień, żeby uporać się z wszystkimi wyrobami. Ale ja pracuję teraz w innym, archaicznym, nieintuicyjnym, skomplikowanym i zupełnie nieżyciowym, po prostu durnym i głupim programie. Kiedyś uczyniłem mu nawet zaszczyt, na który nijak nie zasłużył i napisałem o nim notkę. W tym programie każdy duperel urasta do problemu międzynarodowej wagi. W ciągu całego dnia roboczego jestem w stanie uaktualnić nie więcej niż dwa-trzy rysunki, a jest ich prawie sto. Toteż całymi dniami siedzę znudzony przed ekranem i próbuję zmusić się do tej bezmyślnej roboty, a myśli wciąż uciekają mi ku przyjemniejszym tematom i trudno mi się skupić. Zwłaszcza, gdy spojrzę w okno na ten padający śnieg i marzę o gorącej, karaibskiej plaży, na której prześliczna Kreolka podaje mi lodowate mojito, a w oddali, na kotwicy kołysze się lekko moja fregata.

     Do pracy chodzę pieszo. Rowerem w tym śniegu nie da się jechać – choć bywają tacy ekstremalni kolarze, mijający mnie po drodze – a samochód chwilowo unieruchomiony. Owa drobna usterka okazała się być wcale nie taka drobna. Zatem fajerant wcale nie oznacza odpoczynku – bo trzeba jeszcze wrócić do domu. A tu zaspy, mróz, zimowy wicher, śnieg w oczy… Świat stał się nagle jakiś taki wrogi i nieprzyjemny. Zewsząd czyhają na mnie najróżniejsze niebezpieczeństwa. Oczyma wyobraźni już widzę watahę wilków, jak sunie przez park i przecina mi drogę. Próbuję uciec, ale zwykle wtedy ta zaspa, za którą miałem się ukryć, okazuje się być drzemiącym niedźwiedziem. Zza drzew wysuwają się Eskimosi, uzbrojeni w kościane harpuny i łuki, wykonane z kłów morsów. I wcale nie są przyjaźni, łakomie spoglądając na tłuszczyk, który mi się zupełnie przypadkowo odłożył tu i ówdzie. Kaczki, pływające w maleńkiej, niezamarzniętej jeszcze części stawu, czekają tylko na okazję, gdy nikt inny nie patrzy i z okrutnymi minami zieją na mnie swymi straszliwymi paszczami, szczerząc na mnie długie i ostre kły. A gdy już mnie przestraszą na amen, momentalnie przyjmują swoje niewinne minki i znów udają, że nie mają zębów. Iść dalej, czy zawrócić do biura? Bo kto mi zaręczy, że za kolejną zaspą nie przyczaił się syberyjski tygrys?

     Ech, są sytuacje, w których bujna wyobraźnie ewidentnie się nie sprawdza i tylko utrudnia człowiekowi życie!

     Dlatego, gdy już z wielkim wysiłkiem dotrę do swojego w miarę bezpiecznego azylu, nie mam siły na nic. Zmęczony wzrok nie chce się skupić na literkach i nie mam siły czytać, ani pisać. Toteż odzywam się raczej rzadko. I tak będzie, dopóki nie skończą się dwie rzeczy: zima i ta nudna robota.

     Z niezmęczonych zmysłów pozostał mi tylko słuch. Prawdą jest, że śnieg tłumi dźwięki, więc moje uszy nie wysilają się w ciągu dnia. Męczę je sam, wieczorami, ze słuchawkami na głowie i wciąż usiłując zagrać melodie, które wciąż mi nie wychodzą.

     No, ale podobno trening czyni mistrza, więc może jeszcze kiedyś zagram bezbłędnie riff do „Sweet child o mine” albo „Money for nothing”.

     I nie, nie wrzucę próbki na blog! Nawet o tym nie wspominajcie!