Pamiętam ten letni, słoneczny, czerwcowy dzień. Czasy pandemii. Siedziałem przy biurku, w niemal zupełne pustym pokoju, od południowej strony. To był jeszcze niedawno pokój chłopców, ale po ich wyprowadzce meble zostały wywiezione, ściany wyrównane i odmalowane. Nowe meble jeszcze się nie pojawiły, a ze starych zostawiłem sobie tylko jedno z biurek i używałem go do pracy. Bo tak się złożyło, że koronawirus wygnał nas z biur do domów i upowszechnił się u nas tzw. „Home Office”.
W tych czasach nie miałem wiele roboty. Cały dział w zasadzie przeżywał posuchę, bo ze względu na światową sytuację, w naszej branży gwałtownie spadła wszelka aktywność. A ja ze swoim zadaniem uporałem się dość szybko i nie miałem co robić przez resztę dnia. I wszedłem sobie na Steam… I sprawdziłem, jakie gry ma na udostępnionym koncie Pierworodny… I odkryłem fajną, survivalową gierkę „Conan Exiles”, która pozwoliła mi na jakiś czas zająć czymś umysł i pomogła wyjść z psychicznego dołka.
Dlaczego o tym piszę? Tak naprawdę wcale nie chciałem o tym, tylko o czymś zupełnie innym. W tamtym czasie przeżywałem straszny atak depresji. Do dziś nie mam pojęcia, co mnie tak bardzo zdołowało. Chyba miało to jakiś związek z przebytym wcześniej zakażeniem. Ten wirus obchodził się ponoć bardzo brutalnie z układem nerwowym. Doszła do tego permanentna samotność, bo Koleżanka Małżonka, w przeciwieństwie do mnie, na skutek idiotycznych rządowych decyzji, prawie nie wychodziła z pracy. Pusty pokój przypominał, że przestałem już być ojcem w pełnym tego słowa znaczeniu i nikt tak naprawdę mnie już nie potrzebuje. Śmierć Przyjaciela z lat szkolnych przygnębiła mnie jeszcze bardziej. W normalnych warunkach pewnie skończyłoby się kilkudniowym przygnębieniem, może chandrą, ale to nie były normalne okoliczności.
Pamiętam to, pamiętam także, że wyszedłem z tego dzięki ważnym dla mnie osobom. Dokonały tego cierpliwość i dobroć Koleżanki Małżonki, zaangażowanie obu synów, którzy nagle zaczęli do mnie wydzwaniać i zajmować krótkimi rozmowami. No i Wy, moi kochani! Tak, Wam też to zawdzięczam. Pamiętam słowa pocieszenia, współczucia i chęci pomocy – i nigdy Wam tego nie zapomnę.
I wczoraj właśnie zagrałem sobie w „Conan Exiles”. Nie sam. Z Pierworodnym! To nic, że był daleko – w sieci był tuż obok mnie. Buszowaliśmy razem po Ziemiach Wygnańców, najpierw usiłując przeżyć, a potem zabraliśmy się za budowanie schronienia. Razem zbieraliśmy potrzebne zasoby, razem wznosiliśmy fundamenty naszej budowli, razem wyposażaliśmy ją w niezbędne warsztaty. I czułem jego obecność – to, na czym najbardziej mi zależało.
Nie umiem rozmawiać przez telefon. Podziwiam osoby, które godzinami potrafią rozmawiać o niczym (np. Najważniejsza Kobieta w moim życiu). Ja potrzebuję tematu. Dla mnie telefon to narzędzie do przekazywania informacji, a nie do pogaduszek. Gdybym zadzwonił do Pierworodnego, skończyłoby się na paru zdawkowych uwagach, bez żadnego znaczenia.
A tutaj? Tu zawsze był temat!
- Gdzie jesteś? Bo cię nie widzę.
- Nad jeziorem, zbieram żelazo!
- Dobra, to ja zbiorę kamień i drewno na tę dobudówkę.
- Zbuduj przy okazji nową skrzynkę, bo w starej się już nic nie zmieści. Czekaj, ile my mamy sztabek?
- Dobra, skrzynka stoi! Moment, zajrzę do pieca. Mamy siedemdziesiąt dwie i jeszcze się wytapia, następne trzydzieści sześć. Zużyję trochę na sierp, bo trzeba zebrać włókna…
Tego typu rozmowa – zupełnie jak przy wspólnej pracy – choć pracą tego w żaden sposób nie można było nazwać. Ot, przyjemne marnowanie czasu we dwóch. I gdy zaczęły mi się już kleić oczy i przyszła pora pożegnania, obaj stwierdziliśmy, że tak rozgrzebanej bazy nie zostawimy i przy najbliższej okazji znowu się za nią zabierzemy. I znów się spotkamy – wirtualnie, ale zawsze.
To ta sama gra, co w czasach pandemii, a jednak… Jednak zupełnie inna. Coś się zmieniło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz