Nie, nie mam zamiaru pisać o tym nudnym serialu, który miał zapewne być radziecką odpowiedzią na polską „Stawkę większą niż życie”, a stał się idealną porą, w której można było dać odpocząć i ostygnąć starym, lampowym telewizorom. Oglądali go bowiem wyłącznie obłożnie chorzy ludzie, którzy nie mieli siły, aby zwlec się z łóżka i wyłączyć odbiornik – piloty wtedy nie istniały.
Młodszym czytelnikom, nie pamiętającym czasów PRL, wyjaśniam, że serial ten opowiadał o nieustraszonym, a jakże, radzieckim agencie Maksymie Isajewie, głęboko zakonspirowanym w strukturach SS, gdzie przyjął tożsamość standartenfuehrera Maxa Ottona von Stirlitza. Coś jak nasz Hans Kloss. Tylko o ile polski serial oglądało się jak przygody Jamesa Bonda, o tyle Stirlitz dłużył się jak… Już nawet nie wiem, do czego to porównać. Przypominał bardziej przedstawienie teatralne – bowiem, co mnie szczególnie zdziwiło, nie było w nim nawet podkładu muzycznego. I słynny „Materiał do przemyślenia” – krótkie, retrospekcyjne wstawki, niezbędne do tego, żeby widz zorientował się, o co chodzi w danym odcinku, bo z fabuły nijak domyślić się tego nie mógł.
Dlaczego więc taki tytuł?
Bo tak się akurat złożyło, że dziś przypada pewna smutna rocznica. Już siedemnaście wiosen przeminęło od chwili, w której opuściła nas na zawsze nasza blogowa przyjaciółka Bogusia-Brydzia-Petronela. I tak mi się to skojarzyło.
Ktoś może stwierdzić, że zestawienie rocznicy śmierci i głupawego serialu jest co najmniej niestosowne. Ale jestem spokojny – ona by to nie tylko zrozumiała, ale jeszcze uznała za całkiem niezły żart. W naszym pokoleniu bowiem każdy znał ten serial i powiedzenie „Siedemnaście mgnień wiosny” funkcjonowało również w języku potocznym – zwykle użyte w żartobliwym kontekście.
I to chyba dobrze, że na jej wspomnienie chce mi się żartować, uśmiechać i czuć się tak, jakby nawiedził mnie dobry duch.
Nie znałam,ale wspominać zawsze warto.
OdpowiedzUsuńjotka
Zwłaszcza kogoś, z kim miło się dyskutowało.
UsuńSmutne, że po blogerach zostaje przeważnie tyle, co pamięć u innych blogerów, bo samo blogi po śmierci autorów przeważnie też szybko znikają z sieci.
OdpowiedzUsuńA to jeszcze było na Onecie - wszyscy wiemy, jak Onet potraktował blogi i blogerów.
UsuńAno niestety.
UsuńI można śmiało założyć, że kiedyś Blogspot i WordPress potraktują nas podobnie.
Smutna rocznica i tez wyrazam podobny zal, ze po wielu wspanialych autorach zostaje tylko pamiec w innych bloggerach, natomiast czesto ich blogi wraz z ich wspaniala literatura znikaja na zawsze ( choc podobno w sieci nic nie ginie, ale jednak ginie dla ogolu ). Wielokrotnie nawet prosilam paru zaprzyjaznionych bloggerow o wydanie ksiazki, ale zawsze konczylo sie to machnieciem reki...I tez paru z nich juz niczego nie napisze , a to co bylo, przepadlo 😓 Kitty
OdpowiedzUsuńBogusia nie była aż tak anonimowa. Z tego co wiem, wydała jakiś tomik poezji, ale nie dowiedziałem się nigdy, pod jakim pseudonimem i jaki nosił tytuł. Zresztą, poezja to absolutnie nie moja bajka.
UsuńPamiętam Bogusię. Wiesz, do dziś pamiętam Twój wpis o Twojej Anatewce. "Uwiodłeś" mnie nim.
OdpowiedzUsuńCoraz mniej spotykam ludzi, którzy ją pamiętają, tym większe moje zaskoczenie.
UsuńNo cóż, mogę jedynie dodać, że wpis ten był szczery w stu procentach. Może to ta autentyczność tak przez niego przemawiała?
Że co? 17 lat już minęło? Niemożliwe.... kiedy? 😵💫😵💫😵💫
OdpowiedzUsuńA wiesz, że tymi słowami zdradzasz, w jakim jesteś wieku? Bo przecież od pewnego momentu w życiu, lata zaczynają przemijać jak zwariowane.
UsuńJesteś jak notariusz pamięci.
OdpowiedzUsuńSerial kojarzę, ale nie oglądałam.
OdpowiedzUsuń