Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Teraz mogliśmy tylko czekać.
- Tu będzie najlepiej – mój towarzysz wskazał miejsce na schodkach miejskiego parku. – Stąd jest dobry widok na ulicę. Zobaczymy go z daleka.
- I nas nie będzie widać – przytaknąłem, obrzucając wzrokiem okoliczne krzaki, choć sam przyznałem później, że nie było powodu, aby się ukrywać. – Uwielbiam ten zapach!
- Jaki zapach?
- No, ligustru – wskazałem na pobliski krzew, obsypany drobnymi, białym kwiatkami. – Właśnie kwitnie.
Wciągnąłem w nozdrza przyjemną woń i poczułem się jak w rajskim ogrodzie. Mój towarzysz również to zrobił, ale skrzywił nos, jakby zapach nie przypadł mu do gustu.
- Śmierdzi – mruknął z dezaprobatą. – Jak rzepak.
Pokręciłem głową. Ja lubię zapach kwitnącego rzepaku. Szkoda, że już przekwitł.
- Masz dziwny gust – odparłem. – Kwiaty ci śmierdzą, ale śledziami się nie brzydzisz.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- O czym ty…
- O śledziach! – wpadłem mu w słowo. – Śledzie okropnie śmierdzą. A ty nie tylko nie brzydzisz się wziąć ich do ręki, to jeszcze się nimi zajadasz! Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy jedzą to świństwo.
- Mów ciszej – upomniał mnie. – Bo za bardzo zwracamy na siebie uwagę.
Prychnąłem z dezaprobatą, szczerze wątpiąc w jego intencje. Zwyczajnie, uciął temat, bo musiałby przyznać mi rację, a bardzo tego nie lubi. Śledzie śmierdzą gorzej niż dawno niesprzątana rzeźnia i to jest fakt niezaprzeczalny. Ale musiało go to nadal nurtować, bo odezwał się po chwili.
- A tobie tak śmierdzą – mruknął. – A rolmopsy wcinasz aż miło!
- Tylko te z fabrycznie zamkniętych słoików – odparłem. – Muszę mieć pewność, że leżały w tym occie odpowiednio długo. Jak dobrze przejdą octem i przyprawami, to nie śmierdzą już śledziem. Tylko takie mogę przełknąć. I tylko gdy jestem głodny. Z tym jest jak z bigosem.
Aż obrócił się w moją stronę.
- A co chcesz od bigosu? – spytał zaczepnym tonem. – Bigosu też nie lubisz?
- Bigos jest pyszny – odparłem. – Zwłaszcza ten, który robi Koleżanka Małżonka.
- Ale ci śmierdzi?
Pokręciłem głową.
- Gdy jestem głodny, to pachnie, delikatnie pieszcząc moje zmysły i przyprawiając żołądek o zwiększenie produkcjo soków trawiennych. Jeszcze do tego świeży razowiec – niebo w gębie!
Przyglądał mi się przez chwilę.
- To co chcesz od bigosu?
- Nie znoszę zapachu gotowanej kapuchy – oznajmiłem. – Gdy się najem, bigos zaczyna mi cuchnąć. Muszę go czym prędzej wynieść z pokoju.
Wzruszył ramionami i skierował wzrok na ulicę. Zacząłem wyciągać lornetkę z futerału.
- Zwariowałeś? – spojrzał na mnie z wyrzutem. – Po co ci ta lornetka?
- Żeby zobaczyć go z daleka, jak nadejdzie – odparłem. – Nie mam już takiego wzroku jak kiedyś. A tu widok na całą ulicę. Co zrobisz? Nic nie zrobisz! Wiek…
- Przecież wyglądasz jak jakiś podglądacz! – zdecydowanym ruchem złapał za moją lornetkę, którą już przykładałem do oczu i zmusił mnie do jej opuszczenia.
- Zawsze mogę powiedzieć, że obserwuję ptaki – odparłem próbując bezskutecznie wyrwać mu ją z ręki. – I nie paluchami po obiektywach!
- Taaa, ptaki – pokręcił głową. – Stoisz na skraju parku, zwrócony nie na park, tylko na ruchliwą ulicę i obserwujesz ptaki?
- No – zająknąłem się. – Jakiś gawron na pewno się tam znajdzie. To bardzo ciekawe stworzenia – uprzedziłem jego uwagę, gdy już otwierał usta.
Ale schowałem lornetkę. Miał rację, zwracałem na siebie uwagę. Przecież nawet osioł zauważy, że obserwuję przez nią ludzi na ulicy. Przez chwilę spokojnie czekaliśmy, aż nadejdzie nasz spodziewany gość.
- Czego się tak wiercisz? – spytał nieoczekiwanie.
- Sikać mi się chce – odrzekłem zgodnie z prawdą. – Nic nie zrobisz, wiek! Jak widzę toaletę, to korzystam. Też tak kiedyś będziesz miał.
Przewrócił oczami, ale ja nie czekałem na żadną kąśliwą uwagę. Wcisnąłem mu w ręce futerał z lornetką i szybkim krokiem udałem się w stronę tężni, za którą stał mały budynek, z kółeczkiem i trójkącikiem na drzwiach. Zawczasu przygotowałem sobie drobne. Nigdzie nie wychodzę bez kilku drobnych monet w kieszeni. Nie, nie jestem taki przewidujący – tylko doświadczony, ale wolałbym o tym nie mówić.
Wróciłem w samą porę. Mój towarzysz z uśmiechem wskazał skraj ulicy.
- Widzisz go?
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Kręciło się tam kilkunastu przechodniów.
- Który to?
- Ten w czarnej kurtce.
- Przynajmniej czterech takich tam widzę! – prychnąłem. – Harleyowcy się tam kręcą…
- Nie patrz na motocyklistów, tylko na tego gościa, który idzie w naszą stronę. Tego z parasolem.
Rzeczywiście, w naszą stronę powoli i dostojnie kroczył wysoki mężczyzna, ubrany na czarno. Sporych rozmiarów parasol miał złożony i niósł go jak laskę, opierając się nim o bruk. Dla mnie jednak wciąż było trochę za daleko, żeby go rozpoznać. Tak mi się chciało wyciągnąć lornetkę…
- Na pewno on? – spytałem. – Jesteś pewien?
- Jestem – uśmiechnął się. – Poznałbym go z daleka. Po ruchach, po sposobie, w jaki chodzi, jak trzyma parasol…
Uśmiechnąłem się również.
Długo czekaliśmy. Och, jak długo! Ale w końcu doczekaliśmy.
Ku nam, dostojnym i niewymuszonym krokiem szedł nasz przyjaciel Godot!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz