Słyszeliście kiedyś o zakazanych riffach?
Ja dowiedziałem się o tym stosunkowo niedawno i z rozpaczą stwierdziłem, że w kolejnej dziedzinie życia jestem przypadkiem beznadziejnym, godnym pożałowania i najwyższej pogardy. Zrozumiałe, że nie podniosło to mojej samooceny.
Ale dla tych co nie słyszeli, kilka słów wyjaśnienia.
Na początek, co to jest riff, bo nie każdy musi to wiedzieć.
Otóż, niektóre piosenki zaczynają się pewnym wyraźnym, rytmicznym, zwykle bardzo melodyjnym, instrumentalnym motywem muzycznym, który regularnie przewija się przez cały utwór. Dla lepszego zrozumienia, pozwoliłem sobie poniżej wrzucić kilka linków do kilku znanych utworów o wyraźnych riffach. Ta krótka melodia, którą słyszycie na samym początku i którą można usłyszeć także w późniejszych fragmentach, to jest właśnie riff. Coś jakby motyw przewodni danego utworu.
Riffy bywają przeróżne. Niektóre grane na syntezatorze (np. „Final Countdown”), inne na basie (np. „Another one Bites a Dust”), a często na gitarze solowej (np. „Sweet Child o’ Mine”). I właśnie o tych gitarowych jest ta notka.
Otóż, istnieje nieformalna lista tzw. „Zakazanych riffów”. Należą do nich między innymi początki takich utworów, jak „Stairway to Heaven” (Led Zeppelin), „Smoke on the Water” (Deep Purple), „Enter Sandman” (Metallica), czy wspomniana już piosenka „Sweet Child o’ Mine” (Guns n’Roses). Są miejsca, w których grać ich absolutnie nie należy, a najważniejszym z nich jest sklep z instrumentami muzycznymi.
Oczywiście, nie jest to zakaz formalny i absolutnie nie złamiesz prawa, jeśli w sklepie muzycznym próbując brzmienie gitary, zagrasz jeden z tych riffów. Ale to nie jest kwestia prawa, tylko dobrego smaku. Przy czym, nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, że owe riffy są kiczowate, czy coś w tym stylu – bo absolutnie nie są. Chodzi o to, że w złym tonie jest zagranie tego właśnie, w tym konkretnym miejscu! Jest to równoznaczne z nastawieniem ekipy sklepowej przeciwko sobie. Po czymś takim nie licz na ich szczere i życzliwe rady. Zachowałeś się wobec nich skrajnie nieuprzejmie, więc choć ich samych obowiązuje bezwzględna uprzejmość, dobre chęci, aby Ci naprawdę pomóc, momentalnie nurkują w przepaści niechęci.
Skąd się wzięła ta szczególna zasada savoir-vivre’u? Cóż, aby to zrozumieć, trzeba wejść w buty pracowników sklepu. Zrozumcie, oni muszą kilka-kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy dziennie słuchać tego rzężenia, najczęściej granego nieprawidłowo, często fałszywie, przez początkującego, niewprawnego, nie potrafiącego grać czysto, ale przekonanego o swoim niesamowitym talencie gitarzystę. I wszyscy ci potencjalni klienci grają to samo! Można oszaleć!
Ów „artysta”, przekonany, że właśnie sięgnął ideału i spodziewający się podziwu oraz entuzjastycznego przyjęcia swojej twórczości przez załogę sklepu, zwykle bywa zdumiony chłodnym i niechętnym przyjęciem. Gdyby ci ludzie mogli mu powiedzieć, co o nim myślą, zamiast spodziewanego „Ależ wirtuozeria! Brawo! Brawo!”, usłyszałby „Szlag! Kolejny beznadziejny szarpidrut!”. Zrozum człowiecze, że oni słyszeli to już setki razy i zwykle właśnie zagrane na Twoim aktualnym, całkowicie beznadziejnym poziomie!
Skąd wiem, że beznadziejnym? Ano stąd, że sam próbuję grać i wiem, jak trudna jest to sztuka. Gitara elektryczna to specyficzny instrument, na którym czystość dźwięku jest o wiele trudniejsza do uzyskania niż na poczciwym, klasycznym pudle. Słychać każdy nieprawidłowy ruch, każde przypadkowe muśnięcie struny, każde nie do końca prostopadłe uderzenie, każde niezbyt dokładne przyciśnięcie struny do podstrunnicy. A w dodatku pozostałe, nie trącane palcami struny, potrafią wzbudzać się same, pod wpływem drgań albo pola magnetycznego w przetwornikach, tworząc nieciekawe i bardzo niepożądane „tło”. Trzeba nauczyć się je odpowiednio tłumić. Przy włączonym przesterze, często dany dźwięk trwa też znacznie dłużej niż normalnie i potrzebny jest dodatkowy ruch palcem, aby go wyciszyć, przy czym ruch ten musi być lekki i delikatny, aby przypadkiem nie pobudzić struny do kolejnego, niepożądanego dźwięku. Przy energicznym szarpaniu pozostałych drutów, nie jest to łatwe. Innymi słowy, wzbudzanie dźwięków jest tu tylko połową czynności muzyka – druga połowa to ich umiejętne tłumienie.
No, chyba że jesteś prawdziwym wirtuozem! Ale w takim razie, Twoja gitara jest robiona na specjalne zamówienie i w sklepie muzycznym naprawdę nie masz czego szukać! Tutaj sprzedaje się towar dla początkujących, mniej wymagających instrumentalistów, zwykle dopiero uczących się na nich grać.
A skąd spadek mojej samooceny? Ano stąd, że wieczorami sam piłuję tę zakazane riffy i słyszę wyraźnie, jak bardzo mi nie wychodzą. Im bardziej się staram, tym większy hałas robię i osoba postronna miałaby sporo kłopotu, aby rozpoznać, co ja tak naprawdę gram próbuję grać.
Na swoją obronę przytoczę jednak dwa istotne fakty:
- nie robię tego w sklepie muzycznym, tylko w zaciszu własnego domostwa;
- używam wspaniałego wynalazku, który nazywa się słuchawki.
Przyznaję, ten drugi fakt raczej po to, żebym nie musiał się przed nikim wstydzić swojego rzępolenia.
swego czasu usłyszałem o sobie dość zgodną opinię, że gram na basie gorzej, niż Sid Vicious, co w pewnym sensie jest niezłym osiągnięciem, bo jest to ponoć niemożliwe... ale to też tłumaczy, że nie odwiedzam sklepów muzycznych /czy też raczej lutniczych/... świetnie jednak rozumiem o czym piszesz, o co chodzi w tekście... natomiast tak sobie pomyślałem, czy nie byłoby ciekawym pomysłem zorganizować w takich sklepach wygłuszonego pomieszczenia na wzór przymierzalni w sklepach odzieżowych... jakby nie było dzięki takim przymierzalniom personel nie jest zmuszony oglądać np. paniusiek, które usiłują wcisnąć swoje niekształtne cielska w nie pasujące na nie ciuchy...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Z pewnością w niektórych sklepach takie pomieszczenia są. Ale jest to trochę droższa sprawa niż przymierzalnia, bo tam trzeba umieścić cały osprzęt i instalacje do niego, żeby klient wchodził tylko z instrumentem. A jesli ktoś chce sprawdzić brzmienie pianina, jest to dość kłopotliwe. Dlatego w żadnym z odwiedzonych przeze mnie sklepów takiego pomieszczenia nie było. Ale nie wykluczam, ze w dużych salonach coś takiego mają.
Usuńspoko, zdaję sobie sprawę, że takie pomieszczenie sprawia więcej kłopotu technicznego, niż przymierzalnia, więc mój pomysł nie był stuprocentowo serio...
Usuńczy w sklepie wędkarskim łatwo jest o odpowiednie warunki, aby sprawdzić jak się rzuca spinningiem lub muchówką? :)
Nigdy niczego nie zagrałam, podziwiam wszystkich próbujących, nawet gdy fałszują.
OdpowiedzUsuńNawet na grzebieniu? Wierzyć mi się nie chce.
UsuńPopieram tan zakaz. W obronie pracowników innych sklepów powinien obowiązywać też zakaz grania kolęd od połowy listopada.
OdpowiedzUsuńRMF zwykle już drugiego listopada puszcza "Last Christmas" i redaktorzy są niezwykle dumni, że "znowu byli pierwsi!".
UsuńNa sklep muzyczny warto przygotować coś specjalnego. "Siedem dziewcząt z Albatrosa" powinno zrobić odpowiednie wrażenie. Ewentualni swojską wersję " El condor pasa"
OdpowiedzUsuńJest szansa, że wtedy poproszą o "Stairway to Heaven".
Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Wyobrażasz sobie, gdyby każdy potencjalny klient próbował zagrać (i zaśpiewać) "Przez te oczy zielone, zielone"?
UsuńAlbo, co gorsza, "Majteczki w kropeczki" i "Niech żyje wolność". Myślę, że wtedy świetnie na stanowisku sprzedawcy sprawdziłaby się sztuczna inteligencja.
UsuńCałe szczęście, że tych utworów grać nie trzeba - one grają się same na syntezatorach. Wciska się trzy guziki na krzyż - i melodia jedzie.
UsuńEee tam , pracownik sklepu muzycznego z zalozenia powinien kochac muzyke, a jeszcze bardziej pieniadze, ktore zarabia na sprzedanych gitarach czy perkusjach.. Co Ty sie Nitager tak litujesz , ze sparafrazuje Laskowika : " spiewac i grac kazdy moze , jeden lepiej , drugi gorzej :) " Kitty
OdpowiedzUsuńNo cóż, jestem człowiekiem i bardzo nie lubię bezinteresownie sprawiać przykrości innym ludziom.
UsuńA tego nie śpiewał przypadkiem Jerzy Stuhr?
A chyba faktycznie Stuhr... pokickalo mi sie :) Ale skad wiesz, ze to
Usuńim sprawia przykrosc? Sa jakies badania na ten temat? Rownie dobrze powinnismy w sklepach absolutnie zaprzestac mowienia " Dzien dobry" i " Do widzenia" do personelu , przeciez to mozna oszalec, musza tego sluchac dziennie po setki razy, i jeszcze z usmiechem odpowiadac. To dopiero tortura. Kitty
Skąd wiem? Bo słyszę! Wiem, jak ludzie potrafią żępololić i jak ja sam gwałcę muzykę. Tego się po prostu nie da słuchać!
UsuńA dzień dobnry i do widzenia to juz każdy mówi odruchowo, w ogóle o tym nie myśląc.
Hmm, dobrze, ze nie mieszkasz w Anglii...tu nie wystarczy " dzien dobry i do widzenia", tu kazdy sprzedawca czuje sie w obowiazku zapytac jak sie czujesz, czy wszystko w porzadku , a potem to juz leci... Ludzie wdaja sie przy kasie w rozmowki z kasjerami, od ktorych mnie skora cierpnie. Naprawde nie obchodzi mnie co oni robili w zeszly wikend, dokad jada na wakacje, do kogo ida na wesele , i ze corka brala udzial w przedstawieniu szkolnym, mysle, ze sprzedawcy tez nie obchodzi, slucha tego setki razy dziennie, a na koniec , kiedy zakupy juz przeszly przez kase i sa w koszu, oni nadal stoja i prowadza uprzejma konwersacje o dupie Maryni, a mnie w srodku po prostu roznosi... stoje i czekam, a ci ludzie nic, nue ruszaja z miejsca, a sprzedawca nadal z nimi gada, tu widocznie maja czas i maja gdzies, ze ktos czeka. I tylko nie wiem, czy ci sprzedawcy czynia to z ochota, czy tez sie mecza, ale wszyscy nadal podtrzymuja te tradycje... Mnie po prostu krew zalewa, bo stoje na ostatnich nogach zmeczona po pracy , probuje kupic cos na obiad i ugotowac go przed polnoca...🙈Kitty
Usuńw oryginale, na początku śpiewał Jonasz Kofta, który zresztą przedtem to napisał, dopiero potem przejął to Jerzy Stuhr i tak to obecnie funkcjonuje...
Usuńznaczy już nie funkcjonuje, bo oni obaj nie funkcjonują, ale teraz już wiecie oboje, jak to było...
Ależ ja rozumiem ten zakaz w pełni. To trochę tak, jakby mamusia przyprowadziła do mnie bąbelka i zachęciła go radośnie ‚powiedz coś pani po angielsku’😉
OdpowiedzUsuńAle jak taki bąbelek coś powie, to sama słodycz!
UsuńAż miodek tryska na prawo i lewo😂
UsuńTo chyba zalezy od wieku bąbelka. Bo taki trzy-czterolatek, to tylko wziąć i wyściskać. Jeśli się da...
UsuńPierwszy raz slysze o tym niepisanym a zakazanym zwyczaju. Jesli przed kupnem nie wyprobujesz instrumentu w sklepie muzycznym to gdzie? Przeciez to jakbys kupowal buty bez pozwolenia mierzenia kilku par bo sprzedzawcom nie chcialoby sie ich chowac spowrotem do pudelek! Moim zdaniem obsluga jesli sie podejmuje pracy w takim miejscu musi byc swiadoma koniecznosci sluchania tych samych riffow.
OdpowiedzUsuńJa moge sluchac Slasha w kolko Macieju :)
Slasha to ja tez ogę słuchac na okrągło. Ale gdy słyszę siebie samego, to nie wiem, czy chciałbym tego słuchać kilka razy dziennie.
UsuńTa lista to w dużym sensie żart. Zostało to zresztą uchwycone w jakimś filmie, chyba "Świat Wayna". Któryś z nich stwierdził, że ne ma schodów do nieba. Ale jak to tak na zimno rozpatrywać, to rzeczywiście sprzedawcy dzień w dzień przechodzą torturę.
Nie chcę Ci burzyć światopogladu, ale jak masz słuchawki wciśnięte na uszy, to gitarę nadal słychać tylko OKROPNIE. ;p elektryczna bez prądu jest (przynajmniej dla mnie) jak styropian po szkle. Gdybym była Twoją sasiadką, wolałabym słyszeć niedoskonałości ale normalnie ;p
OdpowiedzUsuńP.S. Ja też rzępolę Stairway to heaven. ;p Niech pierwszy rzuci kamieniem gitarzysta amator, który tego nie łupie. ;p Natomiast w sklepie - pełna zgoda, dramat.
Na jakimś filmie w sklepie muzycznym nad gitarami wisiała kartka ZAKAZ GRANIA STAIRWAY TO HEAVEN. ;p
Ten film to chyba "Świat Wayna". Choć pewności nie mam. Stairway to heaven to najłagodniejsza z tych melodii. I tak, też ją próbuję grać. Ale gdybym miał wysłuchiwać Smoke on the Water kilkanaście razy dziennie, przeniósłbym się do działu fortepianów.
UsuńA mojej gitary prawie nie słychać - to deska, solid body, wystarczy zamknąć drzwi od pokoju. Tak, że spoko, jak mawiają milenialsi, czy ktoś tam.
Mam "słoniowe ucho", nad tą słoniowością, jak zawsze boleję.
OdpowiedzUsuń