Praca dłuży mi się niemiłosiernie. Od kilku tygodni, dzień w dzień, klepię to samo. Nie pamiętam, żebym przedtem prowadził temat tak nudny, że na skali nudności strzałka zawędrowała na pomarańczowe pole, niebezpiecznie blisko czerwonego. A wszystko przez to, że dostawca kabla postanowił zakończyć produkcję jakiegoś prehistorycznego przewodu i zastąpił go innym. Moja osobista tragedia polega na tym, że ten kabel używany był powszechnie w wielu naszych wyrobach i teraz trzeba go zwyczajnie zamienić na ten nowy. W każdym z osobna. I każdy przeprowadzić przez żmudny i skomplikowany proces wprowadzania zmian.
A potem wprowadzenie zmian na rysunek. W standardowym programie byłaby to drobnostka. Wystarczyłoby kilka dni, no góra tydzień, żeby uporać się z wszystkimi wyrobami. Ale ja pracuję teraz w innym, archaicznym, nieintuicyjnym, skomplikowanym i zupełnie nieżyciowym, po prostu durnym i głupim programie. Kiedyś uczyniłem mu nawet zaszczyt, na który nijak nie zasłużył i napisałem o nim notkę. W tym programie każdy duperel urasta do problemu międzynarodowej wagi. W ciągu całego dnia roboczego jestem w stanie uaktualnić nie więcej niż dwa-trzy rysunki, a jest ich prawie sto. Toteż całymi dniami siedzę znudzony przed ekranem i próbuję zmusić się do tej bezmyślnej roboty, a myśli wciąż uciekają mi ku przyjemniejszym tematom i trudno mi się skupić. Zwłaszcza, gdy spojrzę w okno na ten padający śnieg i marzę o gorącej, karaibskiej plaży, na której prześliczna Kreolka podaje mi lodowate mojito, a w oddali, na kotwicy kołysze się lekko moja fregata.
Do pracy chodzę pieszo. Rowerem w tym śniegu nie da się jechać – choć bywają tacy ekstremalni kolarze, mijający mnie po drodze – a samochód chwilowo unieruchomiony. Owa drobna usterka okazała się być wcale nie taka drobna. Zatem fajerant wcale nie oznacza odpoczynku – bo trzeba jeszcze wrócić do domu. A tu zaspy, mróz, zimowy wicher, śnieg w oczy… Świat stał się nagle jakiś taki wrogi i nieprzyjemny. Zewsząd czyhają na mnie najróżniejsze niebezpieczeństwa. Oczyma wyobraźni już widzę watahę wilków, jak sunie przez park i przecina mi drogę. Próbuję uciec, ale zwykle wtedy ta zaspa, za którą miałem się ukryć, okazuje się być drzemiącym niedźwiedziem. Zza drzew wysuwają się Eskimosi, uzbrojeni w kościane harpuny i łuki, wykonane z kłów morsów. I wcale nie są przyjaźni, łakomie spoglądając na tłuszczyk, który mi się zupełnie przypadkowo odłożył tu i ówdzie. Kaczki, pływające w maleńkiej, niezamarzniętej jeszcze części stawu, czekają tylko na okazję, gdy nikt inny nie patrzy i z okrutnymi minami zieją na mnie swymi straszliwymi paszczami, szczerząc na mnie długie i ostre kły. A gdy już mnie przestraszą na amen, momentalnie przyjmują swoje niewinne minki i znów udają, że nie mają zębów. Iść dalej, czy zawrócić do biura? Bo kto mi zaręczy, że za kolejną zaspą nie przyczaił się syberyjski tygrys?
Ech, są sytuacje, w których bujna wyobraźnie ewidentnie się nie sprawdza i tylko utrudnia człowiekowi życie!
Dlatego, gdy już z wielkim wysiłkiem dotrę do swojego w miarę bezpiecznego azylu, nie mam siły na nic. Zmęczony wzrok nie chce się skupić na literkach i nie mam siły czytać, ani pisać. Toteż odzywam się raczej rzadko. I tak będzie, dopóki nie skończą się dwie rzeczy: zima i ta nudna robota.
Z niezmęczonych zmysłów pozostał mi tylko słuch. Prawdą jest, że śnieg tłumi dźwięki, więc moje uszy nie wysilają się w ciągu dnia. Męczę je sam, wieczorami, ze słuchawkami na głowie i wciąż usiłując zagrać melodie, które wciąż mi nie wychodzą.
No, ale podobno trening czyni mistrza, więc może jeszcze kiedyś zagram bezbłędnie riff do „Sweet child o mine” albo „Money for nothing”.
I nie, nie wrzucę próbki na blog! Nawet o tym nie wspominajcie!
Nuda w robocie jest gorsza od grypy, więc współczuję ci bardzo! Byle do wiosny!
OdpowiedzUsuń