Po raz kolejny dopadła mnie twórcza impotencja. Chciałbym pobawić się w składanie literek, a pomysłu brak. Już nawet nie Wielkiego Pomysłu, czy choćby nieco skromniejszego Pomysłu, ale nawet zwykłego, szarego, pospolitego pomysłu, przez małe „p”.
Bo w listopadzie wpadam w coroczną, jesienną apatię. Moje życie zamiera, niby w skutym przez lód jeziorze. Nic się nie dzieje, nic mi się nie chce, chęć do życia ulatuje jak dwutlenek węgla z rurki fermentacyjnej. Więc o czym ja mam pisać? Znowu o nalewce? Dajcie spokój! Ile można pisać jedno i to samo?
No, ale jeśli nie o nalewce, to o czym? Ech, mus to mus…
I tak wpadam w tryb telewizji powtórkowej, albo kolejnego sequela w miarę udanego filmu, którego jednak już od „trójki” w górę nie da się oglądać.* Niestety, jedyna rzecz godna uwagi, która wydarzyła się w ostatnich dniach, to kupaż smorodinówki – czyli nalewki na owocach czarnej porzeczki. A że nalewka ta jest prosta jak konstrukcja gwoździa, to nawet trudno tę czynność nazwać kupażowaniem, bo ogranicza się to do zmieszania dwóch składników. Stałych bywalców, którzy czytali to już ze dwadzieścia razy, upraszam o cierpliwość, bo może jakiś zabłąkany wędrowiec jeszcze o tym nie czytał.
No dobra, mieszamy dwa składniki, ale co to za komponenty i skąd one się wzięły?
I tu musimy się cofnąć o jakieś cztery miesiące (lipiec – oj, wtedy to żyło się pełną piersią!), kiedy to dokonałem zakupu pewnej ilości owoców i przepłukawszy je starannie na sicie, rozpocząłem żmudną operację deszypułkizacji. Znaczy, obierania z tych zielonych gałązek, na których upodobały sobie wisieć nasze owoce. Jakby nie mogły inaczej!
Tej czynności nie lubię najbardziej, bo łapska kleją się już po dziesięciu sekundach i potem trudno to zielone wyrzucić do pojemnika na odpadki. Przykleja się to-to złośliwie do paluchów i odpada w najmniej pożądanym momencie. I coraz częściej trzeba je wybierać ze słoja, w którym wylądować powinny wyłącznie oczyszczone owoce. Niestety, to konieczna czynność, bo szypułki nadają nalewce nieprzyjemny posmak surowizny.
Czynność tę powtarzamy tak długo, aż słój zapełni się w trzech czwartych pojemności. Trzy czwarte to dokładnie tyle, ile godzin trwa połowa konkursu piłki kopanej**. Następna czynność to zalanie owoców siedemdziesięcioprocentowym roztworem polihumorku etylowego. Tak, siedemdziesięcioprocentowym! Nie ma rady, trzeba rozcieńczać. Inaczej wytrącą się pektyny i całą naszą nalewkę będzie można wylać tam, gdzie zwykle lądują zdechłe rybki akwariowe. Chociaż nie wiem, czy w dobie wszechobecnego umiłowania zwierzątek to się nie zmieniło, bo akwarium miałem bardzo dawno temu. Być może teraz robi się to inaczej, aby nie naruszyć godności zdechłej zmarłej odszejdniętej na wieczność rybki siostry mniejszej…
Słój zalewamy pod korek, szczelnie zakręcamy i odstawiamy na trzy miesiące tam, gdzie nie będzie przeszkadzał, a sami zabieramy się za sprzątanie i pranie tego wszystkiego, co zostało uplamione rozdeptanymi i rozgniecionymi porzeczkami. W większości i tak nie da się tego sprać, więc nie angażujmy się zbytnio – tylko tak dla zachowania pozorów.
Po trzech miesiącach odgrzebujemy słój spod warstwy kurzu, przemywamy i szukamy noża z zaokrąglonym czubkiem, żeby podważyć wieczko – rzadko kiedy daje się to otworzyć inaczej. Odcedzamy owoce, a zlany nalew umieszczamy w innym, szczelnym naczyniu (np. mniejszy słój). Owoce trafiają z powrotem do tzw. „słoja pierwotnego”. Tam trzeba je teraz przesypać cukrem. I tu właśnie tkwi tajemnica dobrej nalewki.
Znam pewną osobę, która stosuje jakąś kosmiczną zasadę, że na kilogram owoców daje dwa kilo cukru! Nie wiem, jak potem nazywa taką nalewkę („cukrówka”?), ale zdecydowanie polecam zmianę proporcji, najlepiej dwudziestokrotną. Ja od lat stosuję taką: na kilogram owoców daję 100 g cukru. Na moje czterolitrowe słoje wychodzi po 0,3 kg. To sprawia, że nalewka jest naprawdę tradycyjną nalewką, a nie ciężkim i przeraźliwie słodkim likierem. Ma konsystencję wina, jest lekka i wytrawna, a przy tym aromatyczna. Słój powtórnie zakręcamy i odstawiamy na kilka tygodni, aż cukier nam się całkowicie rozpuści, a owoce puszczą sok.
I w takim właśnie momencie dopadła mnie sobota. Sok grzecznie puszczony, zatem bierzemy się za odcedzanie owoców. Po zlaniu syropu dostałem ochrzan od Koleżanki Małżonki – nie, wcale nie za to, że wszystko wokół się kleiło i kuchnia przybrała barwę bordo, wpadające w fiolet, a gdzieniegdzie nawet w błękit, bo do tego zdążyła przywyknąć. Podniesione ciśnienie zostało spowodowane przez dramatyczne zgięcie przyrządu do krychania pyrów sporządzania puree ziemniaczanego. Użyłem go, żeby z owoców wycisnąć trochę więcej syropu, a że teraz wszędzie króluje chińska tandeta, to trochę mi się wygiął, gdy przyłożony wektor siły okazał się za duży. Nie moja wina – gdyby odlano go z żeliwa, na pewno by się nie zgiął! Ale skoro użyto cienkiej blachy, to potem takie są skutki. Obiecałem, że to odegnę – ale chyba skończy się na zakupie nowego narzędzia, bo nigdzie w okolicy nie ma tak wielkiego imadła, żebym mógł ten przyrząd wkręcić, celem odgięcia rączki.
Sam kupaż to bardzo prosta czynność – po prostu zmieszałem nowo powstały syrop z surowym nalewem, zlanym przed miesiącem. Spróbowałem – ohydne***, jak każda świeża nalewka – przefiltrowałem przez płótno, w celu pozbycia się nadmiaru pektyn, zlałem w słój i odstawiłem do klarowania i dojrzewania.
I westchnąwszy jak Syzyf, gdy kamień wymsknął mu się z rąk po raz trzeci****, zabrałem się za sprzątanie kuchni.
_________
*„Dwójka” zwykle rozczarowuje, ale daje się obejrzeć i zapomnieć.
**To moja prywatna zemsta na wielbicielach footballu, za „rajd formuły pierwszej”.
***Jak z ohydnego nalewu powstaje pyszny napój, opisałem w innej notce, ale jeśli ktoś nie pamięta, chętnie wyjaśnię. Lubię się wymądrzać dzielić się wiedzą z ludzkością.
****Dwa pierwsze razy przypuszczalnie poskutkowały potokami niecenzuralnych słów.
Masz tak jak florydzkie iguany - sa w pelni zycia gdy nagrzane goracym sloncem a gdy obecnie slonce chlodniejsze, noce tez, to traca energie, wpadaja w letarg ktory powoduje ze spadaja z drzew - przynajmniej to Ci nie grozi.
OdpowiedzUsuńMoze przez to ze jestem niealkoholowa nie chcialoby mi sie robic nalewk w domu (takze dzemow czy powidel). Rozumiem ze te Twego wyrobu bardziej Ci smakuja ale sa bardzo brudna robota i czasochlonna - nie dla mnie.
Jednego razu, jeszcze w Polsce i nie bardzo pamietam powodu a mogly nim byc puste polki, zrobilam zupelnie przyzwoity jajokoniak a pech chcial ze gdy bylam w pracy meza odwiedzil kolega, jakby z dala wyczuwajac moj wyrob - i we dwoch wypili calosc, nie zostawiajac mi ani kropli. Tak mnie to zbulwersowalo (co oczywiscie odbilo sie na mezu ze taki hojny ) ze juz nigdy wiecej nie powtorzylam eksperymentu.
Zawsze mialam slaba glowe, gdy musialam wypic toast to pol kieliszka dawalo mi zawrot glowy. Lubie Krupnik ale nie mam gdzie go kupic. Sklepy alkoholowe maja trunki z calego swiata - oprocz polskich.
Zycze by trunek wyszedl dobrze a nawet jeszcze lepiej!
P. S. Jak na letargicznego Nitagera to wpis wyszedl Ci wspaniale !
Lubisz krupnik - pisałaś już o tym. A czy w USA można dostać w sklepach spirytus? Taki zwykły, 95%? Bo jeśli tak, to mogę Ci dać przepis na naprawdę pyszny krupnik, jaki robię już od wielu lat. Pozostałe składniki na pewno są w USA dostępne, jak w każdym cywilizowanym kraju, tylko nie wiem, jakie są przepisy, dotyczące spirytusu, bo z tym w różnych krajach bywa różnie.
UsuńSpirytusu w postaci jakiej znamy nie widzialam, sa jakies czyste rosyjskie wodki ktore nie mam pojecia czy bylyby odpowiednikiem.
UsuńDziekuje za oferte ale nie chcialoby mi sie robic.
Czasem kupuje niemiecki miodowy likier, niby przeznaczony tylko dla mnie i moglby mi sluzyc kilka lat skoro upijam go kroplami ale trzymam u corki jako ze u niej celebrujemy wszelkie okazje - i historia sie powtarza - bo wciaz wpada do niej ktos znajomy wiec trzeba go poczestowac i wiadomo czym - mamy likierem - bo ona trunkow nie trzyma . Co kupie to zaraz znika i najczesciej nawet nie skosztowany przeze mnie. Moj polski sklep ma Advocat - kupilam jak mecyje a okazal sie tak stary i zgestnialy ze nie mozna go bylo nalewac do kieliszka i calosc poszla na smieci.
Przyjelam to wszystko jako znak ze alkohole nie sa mi przeznaczone. Nawet Margerity - dawniej zdarzalo mi sie wypic od czasu do czasu, teraz jednen lyk robi mnie oszolomiona a przeciez jestem kierowca wiec juz sie ich nie tykam.
Dodam jeszcze ze nienawidze wina, nawet jego zapachu gdy ktos pije. Tak mam i juz.
Wódka się nie nadaje - krupnik to jeden z tych trunków, które trzeba robić na spirytusie. Advocat tak ma, że gęstnieje - ale to wcale nie znaczy, że jest niezdatny do spożycia. Trzeba go wytrząsnąć z butelki - i jest smaczny.
UsuńMargerita nie należy do moich ulubionych koktajli, aczkolwiek obrzydzenia we mnie nie wzbudza. A jak można nienawidzić najszlachetniejszego trunku na świecie - zabij, nie pojmę.
Dobra, pojmę, bo ja sam nienawidzę whisky - i wszyscy moi przyjaciele kiwają nade mną głowami i nie potrafią tego zrozumieć, co jakiś czas próbując mnie przekonać do jakiegoś tam jacka danielsa, czy innego johny walkera. A mnie odrzuca sam zapach!
Nie inaczej jest z potrawami - pierwszy i dobry przyklad to flaki. Niektorzy uwielbiaja, innym sie zbiera na wymioty na sam widok. Podobnie z "owocami morza" czy sushi - moja cala rodzina kocha a ja ledwie moge zniesc ich widok.
UsuńWybacz mi moje nie lubienie wina - nie zmienie tego , tak mam od zawsze.
A czym zechciałbyś podać przepis na najszlachetniejszą narodową nastojkę Krupnikiem zwaną? bo ten nędzny erzac pod ww etykietą... w języku cywilizowanego człewieka- jak mawiał kpt Zapasiewicz= nie ma słów na określenie tego badziewia. Zechciej jedynie zaznaczyć jaki miód ma być, bo różnymi dysponuję.
Usuńukłony, Weronika
ps. nowy ubijak do ziemniaków wymaga inwestycji ca 40zł żeby był solidny i jest ale-dostępny. Tańszych nie dotykamy, co stwierdzono po 3x próbach oszczędnościowych.
UsuńAkurat krupnik (ale krupnik, nie te wielosmakowe pypry!) w handlu jest całkiem przyzwoity, tylko trzeba go znaleźć w tym gąszczu różnych cukrowych wyrobów. A że jest ich wiele, o pomyłkę nietrudno. Pamiętam czasy, kiedy był to JEDYNY trunek o nazwie Krupnik - i uważam go za wyrób bardzo wysokiej jakości.
UsuńAle domowy zawsze lepszy. Przepis nie jest bardzo skomplikowany, ale jest dość drobiazgowy i jego opis to trochę za obszerny tekst na komentarz. Czy możemy zrobić tak, że podasz mi adres e-mai, a ja wyślę Ci przepis pocztą? Jeśli nie chcesz podawać go na forum, to po prostu napisz do mnie - mój adres jest na górze, po lewej stronie, nad winietą smoka.
Chętnie skosztowałabym Twojego "rozwewselacza":)
OdpowiedzUsuńI ja ostatnio zgięłam kilka kuchennych przyrządów.
Pozdrawiam, dziś ze słońcem w roli głównej:)
U Ciebie słońce? Zazdroszczę. A co do rozweselacza - kiedyś trzeba się za to zabrać, żeby za dwa latka było czym się rozweselić. Może jednak spróbujesz zrobić jakiś nalew? Z Twoim kulinarnym talentem może wyjść naprawdę coś pysznego.
UsuńWiesz, że nalewki robię co rok, to nowe. Zapraszam na degustację ostatniej o nazwie "Nalewka aptekarza, farmaceuty😊
UsuńTo ja Morgana🤗
UsuńDomyśliłem się, że to Ty. A zdradzisz, co to za nalewka? Mnie nazwa kojarzy się z pewną ziołową, zupełnie nieudaną, smakującą jak lekarstwo na kaszel, którą kiedyś, dawno temu, umieszałem z tego, co miałem pod ręką.
UsuńNie gustuję w nalewkach, ale lubię czytać opisy Twoich działań z nimi związanych. :D
OdpowiedzUsuńBo na pewno nigdy nie piłaś dobrej nalewki. Nie siły, żeby pośród tylu najróżniejszych odmian tego szlachetnego napoju nie znaleźć czegoś, co by Ci zasmakowało. Ja przecież też nie wszystkie lubię, dlatego robię tylko te, które mi smakują. No i trochę innych, w ramach eksperymentów.
Usuńw temacie nalewek jestem amatorem, niewiele ich w sumie popełniłem, ale pamiętam, jak za małolacko-studenckich czasów nie wiedzieć czemu uroiłem sobie, że spirytus musi być ten najmocniejszy, bo najwięcej "wyciągnie", co jest rzecz jasna kompletną bzdurą... na przykład pewien mój wujek robił cytrynówkę na skórkach i on te skórki zalewał wódką 40 wolt... dopiero po jakimś czasie, gdy już produkt nabrał pewnej treści ostrożnie manewrował podczas butelkowania... do jednych butelek dodawał spirytusu, do innych wody, a przy okazji też cukru tworząc odmiany męskie i kobiecie różnego stopnia...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Spirytusu nierozcieńczonego można używać do niektórych nalewek (np, na żurawinie, czy sporządzając krupnik). Nalewki owocowe zwykle wymagają rozcieńczenia. Poza tym, zbyt mocna nalewka jest po prostu niesmaczna. A przypominam, że tych szlachetnych napojów nie leje się w gardło (ani w szyję, jak to robi Prezes Pan Nasz), tylko służą one do powolnego sączenia, smakowania, degustowania i zachwycania się nimi. Dlatego dobrze jest robić je ściśle według tradycyjnych przepisów - choć nabrawszy nieco doświadczenia, można (i trzeba) sobie trochę poeksperymentować.
UsuńPróbować lubię, ale jak dla mnie za dużo roboty, a już porzeczki ... mój teść miał ich tyle na działce, że już zrywanie śniło mi się po nocach. Namawialiśmy, by część zamienił na krzewy malin, ale uparty był...
OdpowiedzUsuńJakby co, malinówkę też zrobiłem. Ale ta jeszcze przed kupażem. Nie wiem tylko, czym wycisnę z nich ten syrop - przecież Koleżanka Małżonka już mi swoich narzędzi nie pożyczy.
UsuńHmmm... Ja zawsze najpierw czyściłem porzeczki z liści, szypułek, a dopiero później brałem się do mycia. I nic mi się wtedy nie kleiło.
OdpowiedzUsuńTeż kiedyś tak zrobiłem, w ramach eksperymentu. Ale wtedy to kleiło się dosłownie wszystko, więc trudno mi uwierzyć w Twoje doświadczenia. Na pewno były to porzeczki, a nie np. pigwa? ;)
UsuńKlik dobry:)
OdpowiedzUsuńW twórczej impotencji trwam już bardzo długo. Przede wszystkim nie chce mi się stukać w literki na klawiaturze komputera. Piórem na papierze piszę chętniej.
Nalewki kiedyś robiłam, ale nie było komu pić, więc przestałam.
Twoje opisy produkcji nalewek bardzo lubię, więc wcale nie czuję przesytu w upajaniu się nimi.
Pozdrawiam serdecznie.
To mamy coś wspólnego. Ja też lubię przyrządzać nalewki i co roku mi ich do piwniczki przybywa, ale ubywa raczej niewiele. Jakoś tak mało jest okazji do raczenia się akurat tym rodzajem napitku.
UsuńPamietam z chemii lekcje o spirytusie. Nasza wspaniala chemiczka( ktorej zawdzieczam to, ze nigdy nie placze przy krojeniu cebuli) tlumaczyla nam , ze chemicznie rzecz biorac najmocniejsze stezenie to 70% - nie 95%.( Albo 75% vs 90% , ale chodzi o zasade ) Tak wlasnie. Chodzi o uklad wiazan , w tym nizej procentowym uklad wiazan powoduje , ze efekt i sila dzialania jest silniesza , niz w tym 95%. Byc moze to tlumaczy fakt dlaczego wisniowka, ktora zrobilam na takim wlasnie " dzwinym" spriytusie 70% , bo tylko taki mieli na lotnisku, wyszla jakby lepiej? I byc moze o to wlasnie chodzi z tym rozcienczaniem:)) I byc moze dlatego ci co leja w gardlo prosto 95% nie padaja trupem na miejscu:)) W kazdym razie przypomniales mi, ze Twoja produkcja nalewek to proces dokladnie odwrotny do produkcji mojej. Ja zaczynam od umycia owocow i zasypania ich cukrem na trzy dni, jak puszcza cudowny sok, wtedy zalewam to wszystko spirytusem na trzy miesiace , potem odcedzam , dolewam gorzalki , aby rozcienczyc , troche sie naciaga i gotowe. A owocki spirytusowe sa genialne do lodow czy ciast, choc czesto zostaja pozarte luzem. Jednakze kazdy przepis nalewkowy , ktory sie udaje uwazam za godny zachowania i zapisanua dla potomnosci. Zapisuje wiec sobie Twoj, i jak tylko bedzie szansa go wykonac , to sie chyba skusze ... P.S. Tylko znartwilo mnie to , ze w polowie roboty przy smakowaniu produktu stwierdziles, ze swinstwo? A ja mi takie zostanie ? 😅Kitty
OdpowiedzUsuńJa się tego na chemii nie uczyłem i nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Może zagłębiłbym się w temat bardziej, ale hasło "wiązania" powoduje u mnie paraliż. Nigdy tego nie mogłem zrozumieć. Niby jasne - atom traci elektron i próbuje go odzyskać, przyłączając się do innego - ale im dalej w las, tym więcej było drzew i tym więcej ciemności.
UsuńJa kiedyś też robiłem nalewki na Twój sposób, ale później odkryłem ten i stwierdziłem, że jest dużo lepszy, nalewka smaczniejsza i bardziej wytrawna, jak lubię.
A świństwo - każda świeża nalewka jest ohydna w smaku: kwaśna i ostra. Ten trunek musi trochę poleżakować, dojrzeć, jak wino. Wtedy kwasy zamienią się w estry, nalewka straci swoją kwasowość, a zyska aromat. Dlatego nie pijam młodszych niż dwuletnie - od chwili butelkowania.
No nie, to nie na moje nerwy :)) 2 lata czekac na nalewke???🙈 W takim razie jednak bede sie trzymac mojego przepisu , po 3 miesiacach wychodzi boski napoj , gotowy do spozycia. Szkoda, ze nie mozesz sprobowac. Kitty
UsuńZawsze to samo. Każdy, gdy tylko słyszy o dojrzewaniu, zaraz w krzyk i "To nie dla mnie!".
UsuńA co za problem zrobić dwie nalewki? Jednym i drugim sposobem! I tę "wczesną" popijać sobie po kilku miesiącach, a tę właściwą i jedynie słuszną schować do piwniczki, żeby dojrzała?
Jak mi sie kiedys jeszcze uda dorwac tyle owocow i spirytusu to
Usuńmoze sie pokusze... Poki co krakowskim targiem , nie bedzie zadnej nalewki, a jak mnie juz mocno przycisnie , to pojde do polskiego sklepu i kupie sobie Nalewke Babuni, sa pyszne 👌Kitty
P.S. Aha, no i nie mam piwniczki , wiec tu moze byc problem. Mniemam, ze nalewka powinna dojrzewac w stalej temperaturze? Moja spizarka sie nie nadaje , bo latem goraca, zima zimna i na przemian. Strych podobnie. Coz wiec robic? U sasiadow podobnie, nikt tu piwnicy nie posiada...Kitty
UsuńNalewka babuni to mdła, poślednia wódka z rozpuszczonymi w niej wiśniowymi landrynkami. Z prawdziwą nalewką nie ma absolutnie nic wspólnego. A z temperaturą nie przesadzajmy - moje nalewki dojrzewają w mikrokuchni, gdzie latem gorąco, a zimą też gorąco, dopóki nie otworzę okna. Po prostu, nalewki muszą poleżeć - i tyle.
UsuńO przepraszam, no chyba ze zmienili producenta, ale w zadnym wypadku nie wypilabym mdlych rozpuszczonych landrynek! Absolutnie czulam smak prawdziwych wisni, to byl napoj 20% przyrzadzony owszem na wodzie ( przez U ) , ale z prawdziwa esencja wisniowa, badz porzeczkowa, badz pigwowa. Nie do wypicia to np. Nalewka Lubelska , na ktora dalam sie nabrac poprzez sliczny obrazek wisienki, smakujacej dokladnie jak mydlana landryna 🙈 ale nie dam slowa powiedziec na Babunie. Az pojde chyba sprawdzic, czy ktos i tego nie zepsul ... Kitty P.S. w walizce mam juz dwa Krupniki z Pigwy , sprawdzone! Niebo w gebie 😇
UsuńKrupnik z pigwy!? Toż to najgorsza z możliwych herezji! Krupnik to krupnik - likier miodowo-korzenny - a nie żadna pigwówka. To jest właśnie ewidentny przykład, jak przemysł poszedł w komerchę i tradycyjny polski i litewski napitek (krupnik) przemianował na markę, pod którą sprzedaje różne pypry.
Usuńa'propos pigwy. czy można uczynić coś procentowego z aktualnej pigwy, podmarźniętej, podsuszonej ale nie zdechłej. bo aż żal taką przeoczoną ilość wyśmiecić, a wypestkować nie idzie.
UsuńNie nie , nie chodzi o prawdziwy krupnik, tak nazywa sie firma produkujaca nalewki i wodki. I w porownaniu z np. nalewkami Soplicy, ktore sa czystym ulepkiem, Krupnik produkuje duzo duzo lepsze👌Kitty
UsuńZalej te bidule spirytusem i rob jak zwykle... pestki maja duzo cennych wlasciwosci, nie zaszkodzi. Wypestkuj jak sie troszke podmaceruja... Tak mysle - ja bym sprobowala .🤞Kitty
UsuńO zgrozo! Krupnik to firma produkująca nalewki... Straszne. To tak, jakbym ja założył firmę o nazwie "Jubiler" i zaczął produkować plastikowe sygnety i bransoletki z ciętych kawałków rury PCV.
UsuńŚwiat upada. Jeszcze tego nie wie, ale z tego już się nie podniesie.
🤣🤣🤣ale w miedzyczasie wypije sobie pyszna pigwowke :)) Kitty
UsuńA ja odwrotnie.
OdpowiedzUsuńNastrój swój jesienny opisałem w jednym wierszu który zaczyna się od słów:
Mam w sobie taką moc pędzoną winem
Że czuję się kapitanem, czuję się adminem
Dowódcą Santa Marii lub karaweli Pinta
I tak dalej i tak dalej.
Teraz kończy mi się czas ogrodu, zasiadam więc do książek i nadganiam lektury w sezonie zimowym.
Coś tak się jednak dzieje w moim życiu, bo coś tam od czasu do czasu publikuję.
Życzę radości z życia a jeżeli się da to nawet entuzjazmu, by obecnej porze roku nie dać satysfakcji.
Pozdrawiam serdecznie
Zazdroszczę nastroju. Ale gdybym ja mógł sobie pozwolić na szklaneczkę wina z samego rana, może też poczułbym się przyjemniej. Bo w winie, oprócz prawdy, jest jeszcze spora zawartość radości.
UsuńBroń boże, nigdy nie pijam wina z rana, tylko na podsumowanie dnia. Andrzej Zaucha śpiewał - "Koniec dnia czerwonym pachnie winem" i tu się z nim i autorem tekstu Jonaszem Koftą w pełni zgadzam.
UsuńI tak pozazdrościć. Uwielbiam zapach - głównie zapach - czerwonego wina i lubię jego wyrafinowany smak. Ale nie mogę sobie pozwolić na zbyt częste spożywanie. Niestety, wzrastają od niego parametry, które właśnie próbuję zdusić.
UsuńNalewki nie robiłam ale soki tak i do tej czynności odzyskiwania samych owoców bez szypułek wpierw owoce płukałam a potem je odrywałam ręką uzbrojoną w .....rękawiczki gumowe i nic mi się nie kleiło.
OdpowiedzUsuńTo może ja jakieś inne porzeczki mam, że mnie się łapy zaczynają kleić już po pierwszych szypułkach. Albo inne łapska - też możliwe. W sumie, to mnie trochę zmartwiłaś, bo właśnie uzmysłowiłem sobie, że mam lepkie ręce - i nic z tego nie mam!
UsuńCzarna porzeczka prosto z krzaka żadnych trudności w szypułkowaniu nie robi - ręczę rękoma własnymi, zaprawionymi w konfiturowaniu. Podobnież na młodych pędach czarnej porzeczki też się naleweczkę sporzadza, listkówką zwaną. W.
UsuńWychodzi na to, że albo robię coś nie tak, albo te moje łapska jakieś niewydarzone.
UsuńZe względu na spodziewane skutki uboczne (zmęczenie, syf większy, niż to konieczne do życia), nie robię nie tylko nalewek, ale też żadnych, absolutnie żadnych przetworów. Nie jestem w stanie się zmusić, gdy wszystko można nabyć drogą kupna ;-) Mam wystarczający problem ze spędzaniem długich godzin w pracy zarobkowej, by jeszcze dokładać pracy domowego przetwórcy.
OdpowiedzUsuńTyle tylko, że drogą kupna można nabyć rzeczy, które tylko nazywają się podobnie, ale smakują zupełnie inaczej. Nalewki w handlu to zwykle jakieś nalewy rozcieńczonej wódki na landrynki, z nalewkami nie mające wiele wspólnego. Jak wspomniałem wyżej, świeża nalewka jest niesmaczna - ostra i kwaśna - dlatego w przemyśle dodaje się do niej nieprawdopodobne ilości cukru, przez co powstaje ulepek, który niektóre Panie dadzą radę wypić. Co to ma wspólnego z lekką, wytrawną nalewką o konsystencji wina? Nazwę - i nic więcej.
UsuńI to jest jeden z powodów, dla których robię to sam - nie, nie ma tego w handlu.
No, ale co to może obchodzić kogoś, kto w ogóle nie używa alkoholu?
Sam tego nie testowałem, to nie wiem, ale zawsze mi się wydawało, że przemysł alkoholowy dostarcza każdy towar, tylko trzeba zapłacić odpowiednią cenę. Być może się mylę, być może polski monopol spirytusowy olał tak samo tradycyjne nalewki, jak polski przemysł muzyczny olał tradycyjny folklor, nie upieram się. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że np. w Irlandii trzymają się tradycyjnego wyrobu whiskey i chlubią się tym, że nie mieszają tego napoju ze spirytusem, wszystko pochodzi z naturalnych procesów, wszystko jest odpowiednio długo leżakowane w odpowiednich warunkach, a nie jak w wypadku szkockich, gdzie przyspieszają proces uzupełniając brakujące procenty spirytem.
UsuńWolandzie, dziekuje za cenna informacje, a takie mialam dobre zdanie o szkockiej whiskey. No coz. Dobrze wiedziec, ze nalezy sie kierowac na irlandzka👌Kitty
Usuń@Kitty, Do usług, Jeżeli chcesz znaleźć szkocką wytwarzaną tradycyjnie, musisz szukać etykiety z wyraźnym napisem SINGLE MALT. Natomiast irlandzka whiskey jest z definicji trunkiem wyłącznie z naturalnych procesów, nawet jeśli jest mieszana, to z innymi naturalnie wyprodukowanymi whiskey, a niez ordynarnym spirytusem.
UsuńWidać różnicę w mentalności - w Polsce przemysł produkuje to, co schodzi, a nie zalega w magazynach, czy dojrzewalniach. W handlu nie spotkałem jeszcze ani jednej nalewki, która miałaby z nalewką cokolwiek wspólnego - wyłącznie słodkie, ciężkie likiery. Do tego z tradycyjnych trunków zrobiono marki, pod którymi sprzedaje się absolutnie wszystko. Kiedyś krupnik to był tradycyjny likier miodowo-korzenny, a żubrówka - ziołową, aromatyczną wódką o smaku turówki wonnej. Teraz jedno i drugie masz odmieniane przez wszystkie przypadki i z wszystkimi możliwymi domieszkami. Są karmelowe, orzechowe, pigwowe, wiśniowe, cytrynowe i wiele wiele innych (chociaż głównym składnikiem jest i tak cukier), a z prawdziwym krupnikiem, czy żubrówką nie ma to nic, ale to nic wspólnego.
UsuńWolandzie, zdecydowanie zawsze kupowalam single malt, chyba intuicyjnie, nie do konca wiedzac, co to naprawde oznacza, jak widac slusznie. Szacunek dla Irlandczykow, ze jeszcze nie spsili swoich narodowych trunkow, jak inne nacje👌Kitty
UsuńNitager, mentalnosc , aby sprzedac szybko i duzo zarobic , nie jest polska specjalnoscia. Znam inne nacje, duzo w tym lepsze, szczegolnie jedna.Jesli wezmiesz pod uwage, ze wiekszosc naszych najlepszych polskich firm jest wykupiona przez zachodnie koncerny , to masz odpowiedz, dlaczego nasze produkty juz nie przypominaja dawnych. Przywiozlam pysznie wygladajace czekolady " Wedla" i zostawily tylko niesmak. Sa okropne ! Takich produktow jest masa lacznie z piwem ( Zywiec juz dawno nie jest zywcem , a 'polskie " alkohole nie sa polskie ) Firma ma przyniesc szybki i latwy zysk, a ludzie wszystko kupia ...A ze smak i wspaniala jakosc zagubiono po drodze, to co to ich obchodzi? Kitty
OdpowiedzUsuńNajbardziej boli, że wartościowe produkty giną w tłumie tandety, a ludzie nie potrafią się w tym tłoku poruszać i nie odróżniają jednego od drugiego. Reklamy jeszcze bardziej zaciemniają rzeczywistość.
UsuńInna sprawa, że ludzie dzisiaj w ogóle niewiele wiedzą. Po co mają się uczyć czegokolwiek, jak mogą sobie na bieżąco znaleźć w necie? A w necie na pierwszych miejscach totalne śmieci, dopiero głębiej ukryte są jakieś wartościowe informacje.
Zgadzam sie w calej pelni . Kitty
Usuń