Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


piątek, 12 czerwca 2026

Wydarzenie III – czyli: Nowe szaty cesarza

      Tak naprawdę, to ani nie szaty, ani nie cesarza, ale „nowy pojazdblogera” brzmi idiotycznie.

     Tak, dorosłem do tej decyzji. Stwierdziłem, że kolejna naprawa starego, wysłużonego roweru, nie ma najmniejszego sensu. Naprawię jedną rzecz, a za tydzień zepsuje mi się druga. Mechanizmy bowiem, oprócz wielu zalet, jak na przykład prostota, szerokie możliwości jednoczesnego przenoszenia ruchu i sił, harmonia z siłami kosmosu i długa tradycja, ustanowiona jeszcze w czasach Isaaca Newtona, mają też wady. A najpoważniejszą jest fakt, że zwyczajnie się zużywają. No i zużyły się do tego stopnia, że przestały poprawnie działać.

     Poprzedni rower kupowałem w czasach Wielkiego Rodzinnego Kryzysu Finansowego. To wtedy musiałem na gwałt zmienić miejsce zamieszkania, zadłużyłem się i, jak wielu innych, wpadłem w pułapkę kredytu frankowego. Dzieci były jeszcze małe i ich potrzeby też niemało nas kosztowały. Nieoceniona Babcia zafundowała wtedy chłopcom nowe rowery. My postanowiliśmy kupić sobie tańsze, używane, aby móc wspólnie jeździć na wycieczki po okolicy. Ponaprawiałem w nich, co się dało i jakoś to szło. To było chyba siedemnaście lat temu – szmat czasu, jak na używany rower, w dodatku użytkowany codziennie.

     Dziś finansowo stoję nieco lepiej. Dzieci się usamodzielniły, a kredytu pozbyłem się z hukiem raz na zawsze. I – to niesamowite – udało mi się przełamaćswój ośli upór do tego stopnia, że nowego roweru zacząłem szukać nie na bazarach z używanymi sprzętami, jak dotychczas, ale w sklepach z rowerami. 

    Objechałem całe miasto i odwiedziłem większość placówek, trudniących się dostarczaniem społeczeństwu ekologicznych i poprawiających krążenie krwi pojazdów. Ku swojemu zdumieniu stwierdziłem, że wybór jest całkiem spory. Wprawdzie jakieś osiemdziesiąt procent oferty to dziwaczne pojazdy, o grubych oponach, pozbawione błotników, bagażników, światełek i całego pozostałego osprzętu. To podobno „rowery górskie”. W sam raz na miasto płaskie jak naleśnik.

     Ale dostępne były też rowery klasy „Z” (zwykłe).

     Wybrałem. Pan w sklepie budził zaufanie. Bez wątpienia wiedział, o czym mówi, gdy przedstawiał mi swoją ofertę*. Wyprowadził wybrany przeze mnie rower na zewnątrz, na niewielki plac i polecił trochę pojeździć.

     Rower podobał się do tego stopnia, że nie zwracałem uwagi na to, że był jednak trochę za duży. Czułem się trochę, jakbym z osobówki przesiadł się do busa – nie umiałem robić tak ciasnych zakrętów jak na starym i nie poruszałem się tak zwinnie. Nie czułem, że stanowię z nim jedność, tylko że wyraźnie „prowadzę pojazd”. Ale może to pora również na zmianę stylu jazdy? Zdecydowałem. Kupiłem.

     Pan wypisał mi książeczkę z gwarancją, nakleił na nią etykietkę z fabrycznym numerem ramy (w celu identyfikacji, na wypadek kradzieży) i poradził, aby zrobić kilka zdjęć, żeby w razie tej nieprzyjemnej sytuacji mieć co pokazać policji. A wiedziałem, że ma rację – w końcu, przechodziłem przez to, bo już jeden rower mi ukradziono.

     Rower prowadzi się znakomicie. Cichutko, leciutko i ma prześliczny kolor, który trudno mi określić. Coś pośredniego między popielatym, a ciemnoniebieskim, o metalicznym połysku. W książeczce ma wpisane „morski”.

     Kilka dni temu po raz pierwszy pojechałem nim do pracy. Niesamowite, jak cicho potrafi chodzić rower! Bez zgrzytów, bez szmeru łańcucha, nawet opony miał cichobieżne. Jechałem o wiele szybciej niż zwykle. Bo nie dość, że rower chodzi lżej, to jeszcze można było mocniej naciskać pedały, bez ryzyka, że grzechotka przeskoczy, a ja uderzę zębami w kierownicę. Wyjechałem o tej samej godzinie co zawsze, a do biura dotarłem prawie trzy minuty wcześniej. 

     Muszę go jeszcze tylko wyposażyć w prędkościomierz – bo jakoś tak przywykłem do tego drobnego urządzenia. I nie, nie odkręcę go ze starego roweru! Kupię nowy! Ha, tak się zmieniłem! I wcale nie dlatego, że stary jest przyklejony…

     I w uchwyt na bidon. Nie, nie używam bidonu! Ale ten uchwyt i tak się przydaje. Nie wierzycie? Ja go używam ze dwa razy dziennie. Uchwytu, nie bidonu!Jest przynajmniej za co złapać przy znoszeniu roweru do piwnicy.

     I to już można odkręcić od starego…

_______________

*Później dowiedziałem się, że gość jest policyjnym konsultantem technicznym w zakresie kradzionych rowerów

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz