Orlęta to po prostu dzieci orła. Więc można też nazwać tak skutki jego niedawnego wywinięcia.
Moje ostatnie popisy akrobacyjne na zlodowaconym, firmowym parkingu, nie pozostały bez echa. Dość głośnego echa, dodajmy. Ale nie tego delikatnego, tajemniczego, pełnego uroku, jakie możemy napotkać w sosnowym borze. Przeciwnie, to echo było metaliczne, klekoczące i mocno wkurzające. Tak mocno, że postanowiłem je czym prędzej zlikwidować.
Owo echo odezwało się, gdy tylko dosiadłem swojego rumaka na pedały. Odezwało się tuż za mną, w postaci klekoczącego bagażnika. Okazało się, że mój upadek uszkodził bagażnik, a konkretnie ów pręt, który podpiera go w okolicy osi tylnego koła. Oczko, przez które pręt był przykręcony do okolic piasty, uszkodziło się i pręt wisiał sobie luźno, przemawiając do mnie donośnym, metalicznym głosem, za każdym razem, gdy najechałem na jakąś nierówność. A że ścieżki rowerowe zwykle są wybrukowane kostką, rozumiecie sami, że gęba mu się nie zamykała.
Żeby jeszcze mówił z sensem – ale pitolił trzy po trzy! Kle-kle-kle-kle – chyba chodziło mu o to, że niby bociany już przyleciały, ale przecież każdy wie, że to wierutna bzdura. Wystarczy wyjść na zewnątrz, żeby się o tym przekonać.
Zatem oczywiste jest, że – jak mawiał klasyk – Halynka, tak być nie bedzie!
Miałem do wyboru – albo wnieść ten ubłocony welocyped na czwarte piętro, albo co chwila biegać przez pięć* pięter po jakieś narzędzie, śrubkę, czy inne coś-tam-coś-tam. Zdecydowałem się na to pierwsze, postanawiając, że przy okazji go umyję, bo trudno już było rozpoznać kolory. Cóż, pogoda nie rozpieszcza, a piach i sól, którymi wysypano chodniki i ścieżki rowerowe, z przyjemnością i rzadko spotykanym w służbach publicznych zaangażowaniem przyczepiają się do wszystkiego, co tylko wejdzie z nimi w bliższy lub dalszy kontakt.
Rower szorowałem z drżeniem serca. Miałem ku temu aż dwa powody. Pierwszy – co się stanie, jak Koleżanka Małżonka zobaczy to błoto w przedpokoju? Mimo ciągłego operowania miotłą i mopem, nie dało się utrzymać podłogi w jako-takiej czystości. No i drugi – co się stanie, jeśli po zlikwidowaniu warstwy błota okaże się, że to nie mój rower?
Ale miałem szczęście –gdy już wyszorowałem go do czysta i cofnąłem się o pół kroku**, by objąć go wzrokiem, okazało się, że to moja srebrno-błękitna strzała!
Niby naprawić miałem tylko bagażnik, ale jak zwykle, pojawiło się kilka rzeczy, które można było zrobić „przy okazji”. Takie tam, zwyczajne prace konserwatorskie. Lewy pedał zaczął się telepać. Jest mocowany na stożek i widocznie trochę się już wyrobił. Trzeba go dokręcić. Łańcuch już zaczyna trochę skrzypieć – trzeba go nasmarować. Hamulce i przerzutki chodziły z oporami – zapewne do osłon linek dostała się wilgoć, zamarzająca w niższych temperaturach – trzeba je nawudeczterdzieścić...
Zacząłem od końca. Wziąłem WD-40 i psiknąłem sobie w buty. Nieumyślnie – celowałem w przerzutkę, ale nie zauważyłem, że główka jest trochę przekręcona i zamiast przerzutki, zakonserwowałem sobie schnące obok buty. Do tej pory czuję ten zapach i nie muszę się nawet schylać. Dalej poszło lepiej – rykoszetem dostały tylko szafa, podłoga, kawałek tapety i moje kapcie. Smarowanie łańcucha przebiegło za to w miłej i pełnej wzajemnego zrozumienia atmosferze– tylko pędzelek nie będzie już służył do niczego innego, poza nakładaniem towotu. Za to okazało się, że pedał sprawia więcej kłopotów.
Pominę opis mocowania pedału (nietypowy dość) i nie będę Was zanudzał sposobem jego naprawy. Wspomnę tylko, że tu już musiałe3m użyć szlifierki kątowej.
Operacja się udała, pacjent żyje i ma się dobrze. Gorzej z chirurgiem, który dostał należną nagrodę porcję ochrzanu od Najwyższych Władz Partyjnych i Państwowych***, za nadmierną emisję hałasu w godzinach wieczornych.
Trudno, oka nie wyjmiesz – jak mawiała nieodżałowana Joanna Kołaczkowska. Nie wynaleziono jeszcze cichobieżnej gumówki, ale gdy tylko takowa pojawi się na rynku, obiecuję solennie zaopatrzyć się w nią jak najprędzej.
______________
* Tak, pięć, to nie pomyłka! Przecież dochodzi jeszcze piwnica.
**Więcej się nie da – ten przedpokój jest naprawdę malutki.
***Koleżanka Małżonka
P.S. Zapomniałem o najważniejszym – bagażnik też naprawiłem! Przykręciłem dziada na siłę za resztkę oczka i jakoś się trzyma. W każdym razie, dzisiaj się nie odzywał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz