Jak ja nie znoszę zimy!
Poranek, piąta dwadzieścia. Axl szepce do ucha: „When you’re talking to yourself…”. Trzeba go szybko wyłączyć, bo jeśli tego nie zrobię, Slash zaraz dowali taki riff, że obudzi się cały blok.
Rzut oka za okno – biało, sypie, zimno… Jejku, jak bardzo chciałoby się wrócić pod kołdrę! Ale nie można, trzeba wstać. I na początek udać się do przeraźliwie zimnej łazienki. Spółdzielnia z jakiegoś dziwnego powodu stwierdziła, że tam ogrzewanie nie jest potrzebne. Skutek – rury od kilku dni zimne, a skoro one, to kaloryfer też. Interweniowaliśmy, na razie tylko telefonicznie. Na zakup kos i osadzenie ich na sztorc jeszcze przyjdzie czas, ale pomysł wśród sąsiadów już padł. Trochę pomogło. Dziś rury miały temperaturę świeżego nieboszczyka. Może do jutra się nagrzeją.
Po ablucji, przygotowaniu sobie kanapek i goleniu, czas na szybką decyzję: jak dziś trafię do roboty. Mam kilka możliwości.
Po pierwsze i najprostsze – pieszo. Zalety – sporo ruchu. Wady – o, tych jest znacznie więcej! Na „iście” w obie strony stracę jakieś półtorej godziny. W dodatku chodniki w przeważającej większości dopiero zaczynają się odśnieżać. Możliwość kilkukrotnego wywinięcia orła oceniłem na całkiem sporą. Jeśli jeszcze zacznie padać śnieg z deszczem – dodatkowo zmoknę i po całej szychcie w mokrych ciuchach dostanę zapalenia płuc i umrę. I na dodatek zwykle wtedy ujawniają mi się, zupełnie nieznane w innych okolicznościach, kłopoty z pęcherzem: trudno mi wytrzymać tak długi czas, a po drodze nie ma gdzie (nawet park jest oświetlony i monitorowany). Co ciekawe, tak pęcherz reaguje wyłącznie w drodze z pracy do domu. W tamtą stronę jest OK, w każdych innych okolicznościach mogę łazić godzinami i nic – a z pracy do domu zwykle od połowy drogi już biegnę, choć w biurze pilnuję, żeby nie pić za wiele. Taki figlarz z niego. Dlatego rozejrzałem się za innymi możliwościami.
Rower? Pokręciłem głową. Ścieżki rowerowe w jeszcze gorszym stanie niż chodniki. Na dwóch kółkach o upadek nietrudno, a ścieżka przy samej szosie – co jeśli przewrócę się pod nadjeżdżający samochód? Przy tej pogodzie może nie wyhamować na czas. Narażać życie w środę? W poniedziałek, to jeszcze rozumiem, ale w środę o wiele bliżej do weekendu! Nie opłaca się.
Autobus? W kierunku, który mnie interesuje, autobus odjeżdża na tyle późno, że w taką pogodę, gdy pojazdy suną 20 km/h, raczej nie zdążę na czas. Zwłaszcza że sporą część drogi muszę iść pieszo, bo bezpośredniego nie ma, a przesiadki wydłużają tę podróż do zupełnie nieakceptowalnego poziomu.
Pozostaje samochód. I dlatego właśnie wyszedłem dziś z domu wcześniej – bo wiedziałem, co mnie czeka na parkingu.
Najpierw poszukiwanie właściwego pojazdu. Ręką zdążyłem odśnieżyć pięć tabliczek rejestracyjnych, zanim trafiłem na swoją. Wóz na szczęście dał się otworzyć, więc wyciągnąłem z niego zmiotkę do śniegu i westchnąwszy tak głęboko, że śnieg, gdyby tylko miał odrobinę empatii, sam by spadł z tego samochodu, zabrałem się za usuwanie tej zaspy z dachu, szyb i maski.
To lepsza gimnastyka niż poranny aerobik. Pod koniec ręce bolały mnie tak, że ledwo tą zmiotką ruszałem. W dodatku, no cóż, do olbrzymów nie należę i ramiona mam proporcjonalnie długie do swego wzrostu. Musiałem wspinać się na palce, żeby dosięgnąć niektórych miejsc. A i tak w niektórych miejscach przymarznięty śnieg nie dał się usunąć.
I wtedy wzrósł we mnie bunt. Co za debil wymyślił ten przepis, że nie wolno uruchamiać samochodu na czas odśnieżania? Śnieg, choć z wierzchu schodził jako tako, przy samej blasze był już przymarznięty i nijak nie chciał zejść. I co mam zrobić? Wyjechać z tym lodem na dachu, żeby ten, gdy już odmarznie, niespodziewanie zsunął się komuś pod koła? Odkuć go nie dam rady. Nie o tej godzinie, kiedy temperatura powietrza wciąż jeszcze się obniża! Co tu robić? Wybór miałem jedynie między złem i mniejszym złem. Nie lubię łamać przepisów, ale w desperacji postanowiłem olać bzdurne przepisy i odpaliłem silnik, włączając opcję ogrzewania szyb i wewnętrzną cyrkulację powietrza. Mój samochód wyposażony jest w system, który przy uruchomionym silniku bardzo szybko nagrzewa wnętrze, a skoro wnętrze, to i przewodzącą ciepło karoserię. Wystarczyła minuta, aby śnieg zaczął zsuwać się z szyb, a trzy dalsze, by dał się choć częściowo usunąć również z karoserii.
Wyjechałem ostrożnie na drogę. Niestety, dopóki pada śnieg, będzie ślisko, choćby pługi przejeżdżały tam co pół godziny. A ja, jadąc wolniutko, podobnie jak samochody przede mną, rozmyślałem o tym, jak łatwo człowiek może zejść na ścieżkę przestępstwa.
Bo kimże w tym momencie byłem? Wstydliwym wrzodem na ciele prawomyślnego społeczeństwa! Bandziorem, który wydalił w atmosferę dodatkową porcję dwutlenku węgla, przez co poziom mórz znowu się podniesie, biedni Holendrzy znów będą musieli podwyższyć Wielką Tamę, a plaża w Kołobrzegu zniknie pod wodą. Kanalią, która w bezduszny i pozbawiony wyższych uczuć sposób doprowadziła do zagłady dinozaurów mamutów skoczogonka białobrzeżka*! Pospolitym przestępcą, który w niecny sposób wykorzystał nieuwagę okolicznej ludności i dopuścił się straszliwej zbrodni! Wrednym warchołem, mającym gdzieś komfort biednych staruszków, śpiących na parterze, których zbudziłem ledwo słyszalnym spod maski i czapy śniegu pomrukiwaniem agresywnym i wybijającym szyby w oknach rykiem silnika. Łotrem, zasługującym na to, by zostać powieszonym za miastem i wisieć, dopóki sam nie spadnie.
Ale gdy już od tego samobiczowania zaczęła mi pękać skóra na plecach, przypomniałem sobie, że gdzieś tam słyszałem... że podobno kobiety mają słabość do drani, gangsterów, piratów i innych typów spod ciemnej gwiazdy, czy jakoś tak.
I postanowiłem: gdy tylko wrócę do domu, zrelacjonuję ze szczegółami cały ten ranek Koleżance Małżonce. Może zyskam w jej oczach chociaż +5 do atrakcyjności!
_________
*Jest w ogóle coś takiego?
Skoczogonków może być nawet 50 tys. gatunków, więc jeśli nawet białobrzeżek nie został jeszcze opisany (do 2024 roku opisano około 9500 - podaję z Wikipedią) nie wykluczone, że kiedyś zostanie.
OdpowiedzUsuńBardziej interesuje mnie, kiedy wyginie, bo to mnie za to powieszą.
UsuńChyba nie było tak źle, śnieg dobrze tłumi wszystko!
OdpowiedzUsuńU nas sypie od rana, jutro to chyba nikt nie wyjedzie z parkingu!
U nas to samo. Jutro chyba będę musiał wstać o 4:00, żeby odkopać ten samochód!
UsuńZrelacjonuj, tylko się wprzódy upewnij, że Małżonka nie jest tajną agentką. Takie rzeczy się zdarzają.
OdpowiedzUsuńStanąłeś przed klasycznym dylematem tragicznym i wybrałeś mniejsze zło, bo gdybyś jednak nie pozbył się lodu, a on walnął w kogoś, to by było dopiero niefajnie. Jak to dobrze, że żyję w kraju, w którym opad śniegu powoduje czerwony alarm pogodowy i odwołanie pracy. Tzn. Jest takie zalecenie i wszyscy się go trzymają, wypłacając pracownikom normalną wypłatę, bo gdyby się nie trzymali, a któremuś z pracowników stałoby się kuku lub co gorsza ziaziu w drodze do pracy, to by ich dopiero walnęło po kieszeni.
A wiesz - o, wciurności - że to całkiem możliwe? Ona o wszystko się tak szczegółowo dopytuje, wszystko musi wiedzieć, że chwilami mam dylemat: czy ona mnie szpieguje, czy ja może żyję w jakimś Truman Show?
UsuńNie dalej niż wczoraj oglądałem dokument o Amerykanach XXL Nie idzie tu nawet o masę własną ale o ekstremalne zainteresowania. Na pierwszy rzut jedzenie kilkukilogramowych befsztyków na czas, potem bractwo które kocha spaliny aut dieslowskich , by jak najbardziej dymiły na czarno, maksymalne paliwożerne monster trucki a na koniec pasja do broni poczynajać od pistoletu a na strzelaniu z dział czołgowych dla frajdy. Po drodze jest też helikopter jako środek transportu. Wszyscy oni albo nie wierzą w globalne ocieplenie, albo atakując poprzedniego prezydenta Bidena, uważają że Ameryka jest wspaniała bo na swojej ziemi można robić wszystko czy to się komuś podoba czy nie.
OdpowiedzUsuńWobec tego co widziałem Twój dymek z samochodu z europejską homologacją to tak zwany mały pikuś.
Poza tym nie jestem gangsterem tylko człowiekiem w wyższej konieczności.
To że Ameryka zapadnie się niedługo pod ciężarem jej mieszkańców, jest pewne, jak 2x2=4. Wiem, że nie istnieją tam żadne przepisy ochrony przyrody, a raczej owszem, istnieją, ale jest prawo znacznie od nich ważniejsze: prawo własności. W skrajnych przypadkach możesz sobie kupić górę i zrównać ją z poziomem morza, jeśli masz taki kaprys i wystarczająco dużo zielonych.
UsuńU mnie jak na razie jest całkiem kulturalnie- śnieg jako taki padał tylko raz kilka dni temu jakoś tak wieczorem i rano gdy wybywałam z chaty to już nie było ani śladu śniegu. Wczoraj to padał deszcz ze śniegiem ale krótko i jakoś tak fartownie że nie wtedy gdy ja byłam poza domem.
OdpowiedzUsuńObawiałem się mrozu, szklanki na drogach i kolejnych opadów - a tu śnieg grzecznie sobie topnieje. Jeśli taka pogoda utrzyma się do jutra, przeproszę się z rowerem.
UsuńZapomniałes o istnieniu ubera. ;p
OdpowiedzUsuńNine zapomniałem. Nie wiem, czy na skutek rachunku ekonomicznego (w moim mieście są najtańsze taksówki w Polsce - tak przynajmniej twierdził urzędnik, podbijający homologację taksometru i znajomego taksówkarza), czy też zwykłego niedopatrzenia - w moim mieście NIE MA Ubera! Wyobrażasz sobie?
Usuńw mojej okolicy też nie ma Ubera, bo nie ma w ogóle miasta, znaczy dużego miasta, a wielkiego to już wcale... najbliżej jest miasteczko nawet nie powiatowe, a w nim funkcjonuje tylko jedna taksówka, której właściciel ma monopol na takie usługi w promieniu iluś tam kilometrów, zaś opłaty za kurs pobiera w ramach umowy o dzieło, której warunki on dyktuje kompletnie randomowo zresztą, LOL...
Usuńp.s. jechałem z nim tylko raz w sytuacji wyższej konieczności i w porę ugryzłem się w język, bo gość zaczął mi referować swoje poglądy polityczne skutkujące ostrą awanturą, gdybym się wtedy odezwał choć słowem, ale opłatę i tak pobrał bandycką, a ja niczym pewien prezydent "nie miałam kart" w ewentualnej dyskusji...
Usuńp.s. 2 aha, a Uber w Warszawie oszukuje... siostrzenica zamówiła mi kurs, zapłaciła z góry, a po dojeździe beżowy opancerzony barierą językową kierowca zażądał dutków, tą samą sumę zresztą... nie byłem asertywny, użyłem zwykłego "NIE", akurat w tej konkretnej sytuacji to ja "miałem karty"...
UsuńJa chyba jeszcze nigdy nie korzystałem z Ubera. Rzadko zresztą korzystam z usług tego typu. Ten raz, czy dwa razy do roku mogę zapłacić za taksówkę, zwłaszcza że są tanie, a moje miasto - nie tak wielkie.
Usuńsą ludzie, nawet dość wielu, którzy strzelają fochy, gdy ktoś ich nazwie "przestępcą", tymczasem to słowo wcale nie musi być negatywnie oceniające... przestępca to człowiek, który postąpił wbrew prawu (karnemu), zaś prawo, jakiś jego element, przepis, czasem bywa złe lub głupie, to zaś oznacza, że jeśli komuś zdarzy się zrobić coś wbrew takiemu prawu, to taki czyn wcale nie jest czynem złym...
OdpowiedzUsuńoczywiście prawo stanowione warto znać, także te złe i głupie jego fragmenty, ale to nie znaczy, aby dawać mu się ogłupiać, pozwalać robić z siebie legalistę, androida bez własnego systemu wartości, któremu za ów system służy właśnie owo prawo...
p.jzns :)
100% racji, ale mimo wszystko czuję się dziwnie, gdy postępuję wbrew prawu. Wiem, są ludzie, którzy czuliby dumę, mogąc oszukać system, ale ja chyba mam w sobie coś z Niemca i Anglosasa - staram się szanować przepisy, o ile się da. Bo nie zawsze się da, jeśli np. widzę dwa sprzeczne ze sobą znaki drogowe. Wiem, że w wielu przypadkach mamy zbiór bzdur, zamiast rzetelnych przepisów - i wtedy nie mam wyrzutów sumienia. Ale wczoraj miałem niemałe.
Usuńakurat są niektóre sytuacje, choćby te przepisy ruchu drogowego, gdzie ja nie polemizuję z tymi przepisami... ale to raczej dlatego, że nie znam się na organizacji tego ruchu i zdaję się na mądrzejszych... aczkolwiek czasem bywa, że nie będę stał jak idiota na czerwonym gdy naprawdę nic nie jedzie z boku... chociaż tu też jest różnica... jak jestem sam, to jestem bardziej skłonny do ryzyka... ale gdy wiozę lub prowadzę kogoś, szczególnie zwierzaka, czy dzieciaka, to wtedy nie ryzykuję, bo nie odpowiadam wtedy tylko za siebie...
Usuńale...
w legalizmie nie chodzi wcale o to, jak często ktoś łamie, czy przekracza prawo... można nie być legalistą, ale nigdy tego prawa nie złamać, żadnego, bo wynika to z kalkulacji ryzyka u takiej osoby... to, czy ktoś jest legalistą, czy nim nie jest wynika z jego motywacji... legalizm jest wtedy, gdy priorytetowym argumentem jest "bo takie są przepisy", niezależnie od tego, jakie te przepisy by nie były...
natomiast nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tą dumą... żadna duma tu raczej nie ma nic do rzeczy...
Jak to nie ma? Małoż to razy nasłuchałem się przechwałek, jak to jeden pustak z drugim "oszukał system"? I jeszcze nie zapłacił mandatu! I kto mu podskoczy?
Usuńto może inaczej... mnie nie wprawia w żaden przypływ dumy, jeśli czasem, sporadycznie zresztą, zdarzy mi się popełnić jakieś wykroczenie, czy też przestępstwo... ale z drugiej strony poczucia winy, czy wstydu również nie odczuwam...
Usuńto "sporadycznie" trzeba podkreślać, bo gdy się mówi o swoim racjonalnym podejściu do prawa, to ludzie od razu tworzą sobie jakieś skrajne, fantasmagoryczne wizje osoby, której wręcz treścią życia jest łamanie jednego przepisu za drugim...
komunikat "nie jestem legalistą" nic nie mówi na temat, jak często komuś się zdarza jakieś naruszenie prawa...
zaryzykowałbym nawet odwrotną tezę: jeśli ktoś jest dumny z popełnienia jakiegoś czynu zabronionego prawem, albo źle się czuje, gdy coś takiego mu się zdarzy, to właśnie jego można posądzić o legalizm, bo to prawo jest jednak dla niego zbyt ważne i ów ktoś tworzy sobie z niego problem...
p.s. dodam jeszcze, że jest w polskim prawie element, który choć powinien istnieć, to powinien zostać opracowany i sformułowany zupełnie inaczej, właściwie prawie od nowa... obecnie państwo - prawodawca jest współodpowiedzialne za śmierć i cierpienia ofiar tego błędnego prawa... swego czasu wróciłem do swojej dawnej pracy, długo zresztą namawiany przez niektórych, aby pomagać tym ofiarom, jeśli nie jestem w stanie tego prawa zmienić... była to jak najbardziej legalna pomoc, ale jeśli czasem wiąże się ona z jakimś naruszeniem prawa stanowionego, to nie jest to dla mnie żaden argument, aby tej pomocy zaniechać...
Usuńinna sprawa, że ostatnio nieco spraw się u mnie pozmieniało, nie mam zbytniej styczności w omawianym tematem, ale jeśli chodzi o poglądy i gotowość do dalszej ewentualnej pomocy, to nic się u mnie nie zmieniło...
Żeby odczuwać dumę z samego faktu łamania prawa, trzeba mieć pod czaszką trochę więcej pustej przestrzeni, więc nie dziwię się, że akurat TY tego nie odczuwasz. No, chyba że prawo jest idiotyczne, a bywa, bywa...
UsuńNo wiesz Nitager takich rzeczy sie po Tobie nie spodziewalam, przestepca?! Tyle lat sie ukrywales , no niezle, niezle ...😉 Jak to pozory potrafia zmylic. Nie wiem jak zareagowala Kolezanka Malzonka , ale wg mnie uzyles zdriwego rozsadku. O wprowadzeniu tego przepisu w PL czytalam dosc dawno temu, od razu w duchu przeklinajac ustawodawce i buntujac sie przeciw temu calym jestestwem. Jak mozna w ogole wprowadzac taki przepis w kraju, gdzie zima temp. spada do minus 20, pada snieg i lod scina wszystko? Jak w takich warunkach mozna odpalic auto i ruszyc w droge? Przy okazji lamiac drugi przepis, ze nie wolno ruszyc przy braku widocznosci ( zalodzone szyby) ..Zielona agenda mocno rzucila sie komus na glowke ... Ten przepis moglby obowiazywac caly rok , poza miesiacami zimowymi, wtedy moglabym go szanowac. Prawo, ktore zmusza czlowieka do jego lamania, w celu ochrony wlasnego zycia i zdrowia nie jest prawem a uciskiem , i absolutnie nie moge takiego prawa szanowac. Kitty
OdpowiedzUsuńTo nie do końca tak. Lód z szyb TRZEBA zeskrobać - ale trzeba zrobić to "na zimno", bez uruchamiania silnika. A jeśli już uruchomisz, to wolno to zrobić jedynie na minutę - trochę mało, żeby nagrzać szyby. I wtedy nie wolno wyjść z samochodu - trzeba cały czas siedzieć za kierownicą. A wiadomo, siedząc na miejscu kierowcy trudno się odgarnia śnieg z dachu.
UsuńZdradzę Ci w sekrecie, że gdy tylko się da, skrobię ten wóz na zimno. Ale czasem po prostu się nie da. Zdarza się lód o takiej konsystencji, że nie daje się zeskrobać, tylko co najwyżej można połamać skrobaczkę. I wtedy trudno - schodzę na drogę przestępstwa.
Wspolczuje sytuacji pamietajac podobne gdy mieszkalam w Polsce. A to ze nie miales ogrzewania w lazience to mi sie w glowie nie miesci!
OdpowiedzUsuńPamietam rowniez ze w zimie - a i w lecie tez jako zabezpieczenie przed zlodziejami samochodow - wyjmowalam z auta akumulator by sie nie rozladowal i przez noc stal w przedpokoju.
Nie ma jak u nas, choc mieszkam w wynajetym apartamencie - jednym kliknieciem zmieniam klimatyzacje na ocieplenie, drugim ustawiam temperature jaka chce.
Nie uwierzysz ale tak mialam ostatniej nocy gdy to zapowiedziano zimna noc bo tylko 17 C stopniowa - mnie by nie przeszkadzalo ale balam sie ze kotu bedzie zimno wiec ustawilam na lekkie ogrzewanie. A to znaczy ze na dzien znowu musze przestawiac na klimatyzacje bo bedzie to co codziennie: 28 albo 30.
Zycze lepszej pogody.
Chciałaś mnie wkurzyć, to Ci się udało!😉
UsuńPowiem jak Franz Maurer z "Psów": "Co Ty wiesz o odśnieżaniu?". Przy 30 stopniach!
A mówiąc poważnie - pierwszy raz zdarzyło się, że rury zimne w listopadzie. I to pomimo przymrozka, bo jak jest na dworze więcej niż 15 stopni, to normalne. Chyba mają jakąś awarię.
Myślę, że ten pomysł wprowadzenia Małżonki w tryb "Łobuz kocha najbardziej" był najlepszym z pomysłów :)
OdpowiedzUsuńI jak poszło, wzrosły twoje akcje? :)
E tam! Ona chyba nie ma pojęcia, jak poważne popełniłem przestępstwo. Nie wiem, czy ona w ogóle wie, że do skrobania szyb nie wolno odpalać samochodu!
Usuń