Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


czwartek, 25 lutego 2016

Jak z niczego zrobić coś

     Znacie ten program? Emituje go TVN Turbo. Wzorowany jest trochę na słynnym „Zrób to sam” Adama Słodowego. Zasadnicza różnica polega na tym, że tutaj na samym końcu pokazywany jest kosztorys i porównanie kosztów zmajstrowania danego gadżetu do ceny podobnego, dostępnego na rynku. Zawsze wychodzi około 2 – 3 razy taniej, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie niesamowity garaż prowadzącego Wojtka Nekandy-Trepki, w którym zawsze można znaleźć najdroższą część.

     Chcesz zrobić elektrownię jądrową? Nie ma problemu! Potrzebujesz: reaktora jądrowego, pięć metrów kabla, trzy przełączniki, dynamo od roweru, turbinę od samochodu, stary czajnik, siedem metrów rury trzy czwarte cala, pięć kolanek i pakuły. Wojtek kupił więc kable, przełączniki, kolanka i rury, co wyniosło go 234 złote. Stary czajnik i tak był do wyrzucenia, więc nic go nie kosztował, podobnie jak dynamo i stary wentylator. Również reaktor jądrowy miał za darmo, bo znalazł go w garażu, między starą oponą i butlą przepalonego oleju.

     Natchniony tym programem, postanowiłem również zrobić sobie coś niesamowitego. W necie znalazłem plany wehikułu czasu.

     Potrzebne były: krzesło bez tapicerki, kilkanaście plastikowych opasek, pół kilo gwoździ, akumulator od samochodu, cztery przełączniki trójpołożeniowe, wiaderko od farby, dwa pojemniki po wodzie destylowanej, trzy cytryny, proszek do prania, kromka razowego chleba, pudełko spinaczy, trochę części elektronicznych, oraz najważniejsza rzecz, serce całego urządzenia: dystrybiligiwinator ultrasoniczny, napędzany energią rozkładu bozonów Higgsa. Zabrałem się do konstruowania i budowania, razem z synami, których szczęśliwie udało mi się na ten czas odspawać od komputerów oraz Jasiem - małym bratankiem, który wiecznie nam przeszkadzał, połykając oporniki i przeżuwając kabelki.

      Zbudowaliśmy wehikuł bez napędu. Nie miałem bowiem najważniejszej części. Po napęd udałem się ukradkiem do garażu Wojtka. Nie chcąc go denerwować, przeszukałem pomieszczenie bez jego wiedzy, ale i tak przecież miałem zamiar zwrócić wszystko po eksperymencie. Zresztą, znalazłem aż dwa dystrybiligiwinatory, zawinięte w woskowany papier, czyli na pewno jeszcze nie używane. Gdyby Wojtek potrzebował drugi do programu, to mu zawsze jeden zostanie.

     - To dokąd się najpierw wybrać? – zacząłem się zastanawiać. – Może najpierw próba.

    Ustawiłem czas na godzinę do przodu. Przełączyłem, nadepnąłem, zakręciłem i wiuuuuuuuuuu… Słońce za oknem nagle przeskoczyło o piętnaście stopni! Zegar nad drzwiami przesunął się o godzinę. Młodszy zmienił rękę, którą się podpierał przy komputerze. Koleżanka Małżonka oglądała już następny kryminał. A na moim łóżku leżał jakiś ubłocony osobnik i chrapał w najlepsze, aż gawrony z sąsiedniego drzewa pouciekały.

     Gniew mnie ogarnął. Co obcy facet robi w moim łóżku? W dodatku taki uśnioprany!

     - Hej, ty… - trąciłem go w ramię. – Może byś się najpierw umył!

     - Spierdalaj… - mruknął, nakrywając głowę poduszką.

     No proszę, godzinę mnie tu nie było, a tu już taki upadek obyczajów! Stwierdziłem, że te czasy nie dla mnie i czym prędzej wróciłem do chwili, z której przybyłem.

     - Nie udało? – spytał mały Jasio.

     Nie wie jeszcze, co to czasowniki zwrotne…

     - Udało się, udało – zapewniłem. – Właśnie wróciłem.

     Chyba mi nie uwierzył, bowiem wpatrywał się we mnie z powątpiewaniem, nie przestając przeżuwać sznurowadła, które wyciągnął z buta Starszego.

     A ja zacząłem zastanawiać się, dokąd się tu wybrać…

     Zawsze chciałem zobaczyć początki mojego miasta. W czasach, gdy stał tu jeszcze drewniany, słowiański gród, otoczony wałem. Czy to prawda, że był wyspą, położoną na bagnach? Ponieważ wszyscy domownicy mieli to głęboko w dupie niewiele się tym interesowali, opowiedziałem o tym tylko Jasiowi.

     - Lujek, ale to nie uda!

     - Wujek, nie lujek – mruknąłem. – A czemu ma się nie udać? Uda się. Tylko muszę się inaczej ubrać.

   Włożyłem cieplejsze ciuchy, dobre buty, kurtkę. Pomyślałem jeszcze, żeby zabrać jakąś broń. Wprawdzie bronić się za bardzo nie umiałem, ale jakbym przed jakimś średniowiecznym wojem wyciągnął zapalarkę do grilla, to bym go na pewno wystraszył. Jeszcze dezodorant – zrobię mu miotacz ognia, to zwieje, gdzie pieprz rośnie.

     - Ale lujek, to nie uda!

     - Uda się, na pewno! – stwierdziłem, kładąc rękę na przełączniku.

     - Nie uda, bo…

     Nie wiedziałem, co powiedział, bo zakręciło się wokół mnie i nagle poczułem, że… spadam!

   Leciałem kilkanaście metrów, zanim plasnąłem w wodę. Całe szczęście, że w wodę, bo to mnie uratowało. Zapomniałem na śmierć, że mieszkam na czwartym piętrze! A tysiąc lat temu daremnie takich bloków szukać.

     Woda nie była głęboka, za to mulista. Ledwo się wygrzebałem na pobliski brzeg. No, ale co z moim wehikułem? Spoczywa właśnie na dnie i cała instalacja mu moknie! Chcąc nie chcąc, wlazłem do wody i zanurkowałem. Widać nie było nic, bo woda nie za ciekawa. Nie mogłem go namacać. Nurkowałem i nurkowałem – i nic. A tu zaczyna się robić ciemno. Ogarnął mnie strach. Przyjdzie mi spędzić resztę życia w średniowieczu! Nigdy już nie wrócę do swoich… Łzy pokulały mi się z oczu. Usiadłem pod drzewem z ciężkim sercem. Byłem przemoczony, zmęczony, ubłocony i skazany na dożywocie poza cywilizacją. Jak ja sobie tutaj dam radę?

     Myślicie, że wpadłem w czarną rozpacz? No cóż, w sensie teoretycznym tak, wpadłem. Ale tylko na chwilę. Bo nagle obok mnie coś zabąbliło i… mój wehikuł wypłynął na powierzchnię. Zapomniałem na śmierć, że dystrybiligiwinator produkuje dużo dwutlenku węgla, który zgromadził się w pojemnikach i wypchnął całe urządzenie na powierzchnię. Wskoczyłem do wody i wyciągnąłem go na brzeg.

     Miałem zdecydowanie dość tej przygody. Usiadłem na siedzisku, przełączyłem, pokręciłem, drżąc o to, czy przemoczone urządzenie będzie działać. Ale termokurczliwa izolacja, założona przy pomocy opalarki, zdała egzamin. Już po chwili siedziałem na środku ulicy, a jakieś BMW wpadło w poślizg, próbując wyhamować i uderzyło w latarnię. Czym prędzej porwałem urządzenie i zwiałem do klatki schodowej. Pal licho samochód. Jeśli stać go na BMW, to stać go też na naprawę samochodu i latarni.

     Gdy zmarnowany do granic nieprzytomności, wtargałem to na czwarte piętro, Jasio kończył już przeżuwanie sznurowadła.

      - Mówiłem, że nie uda! – zawołał na mój widok. – Bo mieśkaś za wysioko!

     Machnąłem ręką i rzuciłem się na łóżko. Gdzieś miałem, że jestem ubłocony i mokry. Byłem tak zmordowany, że zapadłem w sen niemal natychmiast. I spałem jak kamień. Nic mi nie przeszkadzało – ani krakanie gawronów, ani blubranie Jasia do siebie samego.

     Tylko raz jakiś palant próbował mnie obudzić i wysłać do łazienki. Odesłałem go do wszystkich diabłów i nakryłem głowę poduszką.

15 komentarzy:

  1. Cha, świetne! :-) Ale do wehikułu nie wsiadłabym za nic! Nawet z Tobą..... :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet, gdybym przedtem dmuchnął w alkomat?

      Usuń
  2. Ostrzegają przed podróżami w czasie i maja rację
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta podróż wyglądała tak jak wszystkie moje podróże - masa planów na zwiedzanie, a jak przyszło co do czego, to szybko, szybko, bo nie ma czasu, albo siły.

      Usuń
  3. Super!!!! Jakbyś zrobił wersję przenoszącą w przyszłość to chętnie bym z Tobą pojechała.
    Miłego,;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On działa w obie strony. Ale celowo przeniosłem się tylko o godzinę. Nie chcę znać przyszłości - przynajmniej można pomarzyć, a tak, byłoby to jedno wielkie rozczarowanie.

      Usuń
  4. A może ten Jaś był Tobą z przeszłości, może już wcześniej udało mu się skonstruować maszynę czasu, tylko doznałeś wstrząsu i tego nie pamiętałeś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle nie podobny. Chyba nie. Zarówno szwagier jak i szwagierka twierdzą, że to ich syn - chyba wiedzą co mówią.

      Usuń
  5. z wehikułem czy nie, ważne, że wróciłeś... :))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko połowicznie. Teraz dla odmiany brak mi czasu na blogi.

      Usuń
  6. Stąd płynie wniosek: Wiwat pacyfizm! Pamiętaj, nigdy nie bij brudnych i ubłoconych śpiących ludzi, nawet jeśli śpią w Twoim łóżku, bo może się okazać, że sam sobie sprawisz omłot!
    Ten Twój brak czasu staje się jakiś zaraźliwy. Dotarł i do mojej spokojnej Irlandii!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podsunąłeś mi pomysł na nowy post. Bardzo głupi post, dodajmy. Jeszcze głupszy od tego. Ale skoro już żyjemy w idiotycznych czasach, lepiej przeczekać je metodą "na Szwejka".

      Usuń
    2. Wielka duma mnie rozpiera:
      Inspiruję Nitagera!

      :-)))

      Usuń
  7. Hahaha, świetne :)
    Oglądałeś to?
    https://www.youtube.com/watch?v=rzHn2H2V8N4
    Nie wiem, jak u Ciebie z angielskim, ale zobacz chociaż gdzie dotarł i co narozrabiał. :)

    OdpowiedzUsuń