Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


czwartek, 27 kwietnia 2017

O profanacji

     Nie da się ukryć, że ogarnęła mnie nostalgia. Przypomniały mi się czasy, gdy zaczynałem swoją przygodę z blogiem. Byłem wtedy jednym z – jak to nazywam – „blogerów zaangażowanych”, na bieżąco komentujących wydarzenia, jakie miały miejsce wokół mnie. Oczywiście, sporo czasu poświęciłem ówcześnie panującej ekipie rządzącej, przypadkowo niemal tej samej co obecnie. Rzeczywistość zatoczyła koło i znów znalazłem się w podobnej sytuacji, jak dziesięć lat temu.

     Pamiętam naszą, blogową ekipę, mówiąca wtedy może nie wspólnym, ale bardzo zbliżonym głosem, zlewającym się w całkiem przyjemny akord. Wielu już nie ma między nami, że wspomnę tylko Marię-Dorę, Pragmatyka, czy Trockiego. A szkoda, bo dziś znów byłaby okazja, aby wspólnie spróbować zrozumieć, co niektórzy  z naszych miłościwie nam panujących mają pod czaszkami zamiast mózgów.

     Jednemu z posłów – litościwie nie wymienię jego nazwiska – nie podoba się przechodzenie przez jezdnię po zebrze, bo uważa, że pieszy depce barwy narodowe, co jest oczywistą profanacją. Nie wydaje mi się, aby barwy przejścia dla pieszych odpowiadały tym, które uznano za narodowe – nie jest to bowiem dowolna czerwień. W dodatku, po przejechaniu kilku aut prze taką zebrę, barwa biała również traci wiele ze swych narodowych właściwości. Ale są w naszym kraju przypadki o wiele bardziej oczywiste i aż dziw, że pan poseł ich nie zauważył. Ja bowiem dostrzegałem je już w czasie pierwszej „dobrej zmiany”, w latach 2005-2007 i zdaje się że nawet coś na ten temat napisałem, ale pewności nie mam, bo to było dawno. 

     Dziś bowiem dokonałem już nie tylko profanacji, ale nawet czegoś, co niektórzy jedyni prawdziwi Polacy uznaliby za bluźnierstwo, a nawet za zbrodnię. Przejechałem kołami samochodu po najświętszym symbolu – krzyżu.

     Rzadko jeżdżę do pracy samochodem – tylko wtedy, gdy pada deszcz. Zapewne dzięki temu jeszcze nogi mnie noszą i moja nadwaga mieści się w granicach ogólnie uznanych za wybaczalne. Dziś jednak padało na tyle mocno, że po czterdziestu minutach marszu przemoczyłoby mnie do suchej nitki. Z powrotem to nie problem – w domu człowiek zrzuci mokre ciuchy, przebierze się w suche, napije się gorącej zupy, czy herbaty i jest zadowolony. Ale siedzieć w pracy w przemoczonych rzeczach przez cały dzień – to już może skończyć się tygodniem L-4.

     Dziś więc pojechałem do pracy samochodem. Przejechałem jedną zebrę, drugą… Ot, łaziły sobie zebry po ulicy, to je przejechałem, a co! Po co się szwendają po jezdni? A potem wjechałem na skrzyżowanie. I stało się, popełniłem tę zbrodnię. I to niejedną! Koła mojego wysłużonego wozu bezlitośnie, jak maczuga oprawcy, zaczęły gnieść świętość, urągając wszelkiej przyzwoitości i bluźniąc przeciwko jedynemu prawdziwemu bóstwu, bo, jak powszechnie wiadomo, tylko ten jeden jest prawdziwy, a inni to zwykłe wymysły. Pogląd to panujący w tak wielu częściach świata i w tak wielu religiach, że chyba prawdziwy. Bogiem a prawdą, gdyby zebrać wszystkich jedynych bogów, ciekaw jestem, jak wielki można by z nich utworzyć oddział. Muszę to kiedyś przeanalizować. Wykonać w Excelu listę wszystkich wierzeń, przefiltrować monoteistyczne i zsumować. Lubię Excela…

     Całe to wydarzenie nie byłoby warte wycierania paluchami literek na klawiszach laptopa (literki są już ledwo widoczne, choć kilkakrotnie pociągnięte olejowym pisakiem), gdyby nie to, że w pewnym momencie mnie olśniło i znalazłem łatwy sposób, aby owych profanacji uniknąć. Bo twierdzenie, że nie było innego wyjścia, to zwykły gest Piłata, to pójście na łatwiznę, to nieudolna próba zrzucenia winy na samorządy, które zaplanowały  układ miejskich arterii (ech te samorządy – czy to nie jest dobry powód, aby w ogóle je zlikwidować i zastąpić ekipami działaczy z nadania jedynej prawdziwie polskiej partii?). O, nie! Nie będzie tłumaczenia, że „ja tylko wykonywałem rozkazy”! Trzeba działać!

     Otóż, skrzyżowania należy przebudować. Jak? W sposób oczywisty – budując ronda!

     Nie dość, że dodatnio wpłynie to na płynność ruchu ulicznego, to jeszcze zniknie codzienna, wiele tysięcy razy dokonywana profanacja. Bowiem krzyż, dotąd leżący na drodze, nie zniknie wprawdzie, ale zamieni się w krzyż celtycki. A ten, jak powszechnie wiadomo z nauk naszego świętego i absolutnie nieomylnego Kościoła (niezorientowanym przypominam, ze to ci panowie, którzy uważali, że Ziemia jest płaska i Słońce krąży wokół niej i dopiero niedawno zrehabilitowali gościa, który udowadniał, że jest inaczej) jest znakiem szatańskim. Tak, tak! Nie wiedzieliście? Wstyd! Było wywieszone w gablocie pod kościołem, trzeba było poczytać.

     Profanować znak Złego, to przecież nic złego. Brzmi jak sentencja, trzeba zapamiętać… Z lubością rozjechałem szatański znak, czując, jak spływa na mnie łaska pańska. Zwłaszcza, że im dalej jechałem, tym mniej krzyży, a tym więcej owych znaków Szatana. W ekstazie nawet zapiszczałem oponami – niech diablę wie, gdzie je mam! I co mi zrobisz, rogaczu?!

     I tylko jedno nie daje mi spokoju.

     Otóż, niektórzy naukowcy twierdzą, że krzyż – mówię tu o narzędziu kaźni, nie o figurze geometrycznej – wcale nie był krzyżem, tylko czymś, co przypominało literę T. Ponoć skazaniec, który sam musiałby wnieść swój krzyż na miejsce egzekucji, nie byłby w stanie tego zrobić. Sam pomagałem kiedyś w tartaku, więc jestem gotów zgodzić się tu z nimi, bo taka belka to jednak swoje waży. Dwóch ludzi się zasapie, przenosząc ją zaledwie o parę kroków. Skazaniec, ich zdaniem, niósł jedynie tzw. patibulum, czyli deskę poprzeczną, z wyciętym w niej podłużnym otworem, który nakładano na odpowiednio ukształtowany czop na czubku kolumny krzyża. Był do niego przywiązany, więc porzucić go w żaden sposób nie mógł. Na miejscu czekała na niego wkopana już w ziemię kolumna wielorazowego użytku, na którą patibulum, wraz ze skazańcem, dźwigano za pomocą lin i długich drągów, by zawiesić je na czubku, ku uciesze gawiedzi, szczęśliwej, że spotkało to kogoś innego.

     Cóż, nie moja sprawa, jak w przeszłości pastwiono się nad ludźmi, jeśli jednak naukowcy mają rację, to po drodze przejeżdżam przez wiele rozwidleń w kształcie litery T. Nadal zatem będę bluźniercą.
Cała nadzieja w tym, że naukowcy racji nie mają. Nie mogą jej mieć. Nigdy jej nie mieli. Nauka nie wie wszystkiego i na pewno się myli. Naukowcy to w ogóle swołocz warta popędzenia batem do jakiejś pożytecznej roboty. Wiecznie tylko kwestionowaliby Prawdę! Jak ten cały Darwin, czy inny komuch…




     Post, napisany po dyskusji i za natchnieniem ze strony szwagra mojego szwagra, zagorzałego katolika, narodowca, gorącego orędownika wspomnianego wyżej pomysłu pana posła i człowieka nastawionego na tyle wrogo do takich niepotrzebnie marnujących tlen ladaco jak ja, że aż dziw, iż zniżył się do rozmowy ze mną. Cóż, przechodzi trudny okres. Jako jedyny w rodzinie, właśnie się rozwiódł. Uznał, że traktat o przemocy w rodzinie to bluźnierstwo, atak na nasze tradycyjne wolności i wartości oraz ewidentna próba zniewolenia Polaków i zniszczenia tradycyjnej polskiej rodziny przez nasłaną przez lobby żydowskie Angelę Merkel. Uważał, że w żaden sposób i do niczego go on nie zobowiązuje. Jego była uważała inaczej. I to ona, nie kto inny, jest winna rozpadowi tego świętego i nierozerwalnego związku, bo dość miała bycia bitą po pysku, w dodatku na oczach dziecka. Przewrażliwiona jakaś! Ot, takie myśli głupim babom przychodzą do głów, gdy się ich od czasu do czasu porządnie, tradycyjnie po polsku nie spierze.

     Sorry, jakoś musiałem odreagować. Wiem, że nie wszyscy katolicy są tacy i mam nadzieję, że nie poczuli się urażeni.

sobota, 15 kwietnia 2017

Wesołych Świąt

     Sam tych świąt nie obchodzę - ograniczam się do sprawiania pozorów przed Koleżanką Małżonką i do wyrzeźbienia barana. Szczerze mówiąc, nie lubię tych świąt, z powodu ciągłego pośpiechu i napięcia, że "jeszcze tyle jest do zrobienia". Ale wiem, że dla niektórych z Was są one ważne.

     Dlatego życzę Wam wszystkim Wesołych, albo Spokojnych - zależnie od osobistych preferencji - Świąt.

     Smacznego jajka - podobno na miękko jest zdrowsze, ale ja wolę na twardo, z  majonezem Winiary - nie biorę do ust innego. Baranek jest z masła, bo Koleżanka Małżonka nie zgodziła się na barana ze smalcu (a szkoda, bo byłby biały). No i pomyślcie tylko - świeży razowiec ze smalcem, a na to kilka plasterków kiszonego ogórka! Cóż może być lepszego?

     I żeby Was w poniedziałek zdrowo zmoczyło. A w ogóle, to następny tydzień jest o jeden dzień krótszy i już to samo warte jest świętowania.

     Na razie jakoś nie czuję zewu, ale nie mówię nie - może jeszcze wrócę. Za długo mnie tu nie było, aby mieć do Was pretensje, że przestaniecie mnie odwiedzać, Cóż, jestem gotów wypić do dna ten kielich goryczy. Nie pierwszy on i nie ostatni. Przeżyję. Sam sobie jestem winien. Ale proszę choć o próbę zrozumienia. Wiem, że na Was zawsze mogę liczyć pod tym względem. Nie macie pojęcia, jak Was dzisiaj potrzebuję.

     Wiosna się już zadomowiła, a wiosną zawsze czuję przypływ sił witalnych. Ot, taki ze mnie meteopata. Nie chcę składać obietnic bez pokrycia, ale myślę, że przylot jerzyków ogłoszę już bez żadnych ceregieli.

     Wiem, ostatnio nie pokazuję tego na co dzień, ale wszyscy jesteście dla mnie ważni. Źle mi było bez Was. Już wiem - wrócę. Już niedługo.

     A na razie - życzę Wam jakiegokolwiek zająca - bo to już jednak rzadkość.