Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


środa, 5 grudnia 2018

Didżeje dla lwów!

     Jak żyję, zawsze unikałem czegoś, co zwało się wypoczynkiem zorganizowanym. Wojskowa dyscyplina i odpoczynek według zegarka, to zdecydowanie nie dla mnie. Moje okresy rozleniwienia i spinania się nijak nie współgrają z rytmem dnia organizatora. Nie znoszę żadnych wycieczek z przewodnikiem, który komenderuje, kiedy mam przystanąć, a kiedy iść dalej. Żadnych wczasów z wyżywieniem i śniadaniem o wyznaczonej, zwykle całkowicie nieludzkiej godzinie, albo gdy trzeba wyłazić z wody i zmykać z plaży tylko dlatego, że zaraz będzie obiad. Żadnych strzeżonych kąpielisk, gdzie facet w czerwonej czapce dmucha w gwizdek, gdy tylko człowiek zanurzy się głębiej niż po kolana. Do odpoczynku potrzebuję swobody.

     Dotyczy to również spotkań towarzyskich. O ile samo spotkanie w gronie rodzinnym może być miłe, o tyle nigdy nie przepadałem za spotkaniami zorganizowanymi, na przykład, typu wesele, w których dodatkowo na siłę wyciąga się mnie na środek, gdzie zmuszany jestem do poruszania nogą w takt hałasu, generowanego przez głośniki. I ten namolny didżej, czy inny wodzirej, co niby przedszkolanka dyktuje mi krok po kroku, co ja mam robić! A teraz rączki w górę, a teraz rączki w dół, a teraz klaszczemy, a teraz łapiemy się za rączki i robimy kółeczko. Czy nie widzi, że ma do czynienia ze starymi baranami, a nie z przedszkolakami? Co to jest, Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje? I dlaczego na każdej imprezie obowiązkowo muszą grać te cholerne „Kaczuszki”!?

     Nie mogę powiedzieć, żebym nie spodziewał się zaproszenia na czterdziestkę szwagrostwa. No, mamy w rodzinie takich smarkaczy, a to jeszcze wcale nie są najmłodsi. Rozpiętość wiekowa jest u nas spora, bo co niektórzy z poprzedniego pokolenia na stare lata nie umieli się ustatkować i poczuli się, jakby znów mieli po dwadzieścia lat. Rekordzista od niedawna dopiero może legalnie pić piwo, ale wciąż domaga się od moich chłopców, obu starszych od niego, żeby mówili do niego „wujku”.

     Pomyślałem, że nie będzie tak źle. Posiedzę trochę przy stole, poudaję, że bardzo mnie interesuje, co ostatnio zrobiła z włosami jakaś pani Irenka, czy inna Halinka, albo co jakaś tam Luśka Paciaciakowa powiedziała wczoraj o swoim mężu, Paciaciaku Mieczysławie, lat 53, po czym po cichutku wycofam się do pokoju dzieci i trochę się z nimi powygłupiam i pobawię. Potem mnie kilka razy zawołają, żebym przyrządził jakieś drinki, więc przynajmniej poczuję się potrzebny. Następnie zawołają nas wszystkich na wykwintną kolację i nie ma żadnego tłumaczenia, że ja o tej godzinie już nie jadam, bo potem nie mogę spać. Talerz trzeba ubrudzić, żeby dali spokój. Społeczeństwo nauczyło się już nie nakłaniać do picia alkoholu, ale musi się jeszcze wiele nauczyć w kwestii nienakłaniania do jedzenia, zwłaszcza wysokokalorycznych cienki*, o wysokim indeksie glikemicznym. Potem dzieci idą spać, więc towarzystwo do zabawy mi się wykruszy. Ale jakoś dociągnę do północy, a potem zaofiaruję teściowej podwózkę do domu. Jak znam Koleżankę Małżonkę, albo zabierze się z nami, albo oświadczy, że wróci później z Jadźką/Andzią/inną Małgosią – i mogę iść spać.

     A tu niespodzianka! Godzinę przed imprezą dowiedziałem się, że to będzie biesiada zorganizowana. W lokalu! Z tańcami. Do czwartej rano. I – o zgrozo – z didżejem…

     Aż usiadłem z rozpaczy. Z didżejem… Za jakie grzechy?!

     Nie wiem, jakiego gatunku przedstawicielami są didżeje. Na pewno jest to jakiś humanoid, bo ma ręce, nogi i wyrostek, przypominający głowę. Ale z której gałęzi ewolucji to się wywodzi, to już chyba tylko profesor David Attenborough jest w stanie zgadnąć. W każdym razie, nie wmówicie mi, że to człowiek. Gdyby to było człowiekiem, to by wiedziało, że istota ludzka ma uszy i słyszy uszami. Naprawdę nie trzeba dźwięku o takim natężeniu, żeby poczuć podskakujące trzewia. Poza tym, człowiek – w większości – ma pamięć dłuższą niż dziewięciosekundowa. Didżej nie. Każda prośba o przyciszenie tego hałasu, skutkuje niezauważalnym ściszeniem dokładnie na dziewięć sekund – ze stoperem w ręku. Człowiek nie zdąży usiąść, a głośne ŁUP! ŁUP! ŁUP! znowu osiąga poprzedni poziom, w dodatku zwiększony o pewien współczynnik, chyba dobrany losowo. Innymi słowy, z każdą prośbą o choćby lekkie przyciszenie, głośność zauważalnie się zwiększa. Po którejś tam próbie człowiek rezygnuje, z litości dla samego siebie. Musiała mi wystarczyć wizualizacja, jak wielkim, żelaznym młotem, który z trudem daję radę udźwignąć, rozwalam didżejowi łeb. Raz i jeszcze raz, i jeszcze raz! Żeby czaszkę przerobić mu na naleśnik! Ale de facto wielkiej ulgi mi to nie przyniosło.

     Ja rozumiem – są tańce, ludzie sobie stępią zmysły alkoholem i gorzej słyszą. Ale żeby do tego stopnia, że uszy wyłączają się całkowicie i trzeba te dźwięki odbierać podskakującymi podrobami? Sam lubię sobie czasem założyć słuchawki i podkręcić dźwięk, żeby muzyka dotarła do najdalszych zakątków ciała. Ale przecież nie na tyle, żeby to ciało rozerwać na strzępy! Sprzęt audio jak na koncert ACDC na Narodowym, a tu sala mała, ze wszystkich stron zamknięta, szczelna, urządzona w piwnicach starego budynku – nawet nie ma dokąd uciec.

     Chciało mi się płakać.

     A tu nie wolno! Tu trzeba udawać, że jest się szczęśliwym jak nigdy! W przeciwnym wypadku można się narazić na dotkliwe sankcje ze strony Żandarmerii Rodzinnej, która uważnie pilnuje, czy zdradzam odpowiedni poziom entuzjazmu. Każdy nieprzepisowy grymas jest skrupulatnie notowany w pamięci i przygotowany do użycia przy dowolnej okazji w przyszłości, jako niezbity dowód mojego podłego i wrednego charakteru.

     - No i co masz taką minę? – zgaduję z ruchu ust Żandarma. – Jakbyś tu był za karę!

     Nawet nie próbuję odpowiadać, bo przekrzyczeć tego hałasu nie jest w stanie nawet południowoamerykański wyjec. Ja się czuję, jakbym tu był nie tylko za karę, ale jeszcze wziął na swoje sumienie trzy czwarte przewinień mafiozów z całego świata. Czuję się, jakby mnie ktoś walił siekierą po głowie, a w brzuch wbijał mi parasolkę i co chwilę ją otwierał i zamykał. Nie, nie dam rady! Wychodzę.

     Na dworze zimno. Do kurtki nie dałem rady się dokopać, więc marznę. Ale zdecydowanie wolę ten rodzaj tortur. Najwyżej odchoruję sobie grzecznie w łóżeczku. Gdy już skostniałem, wszedłem z powrotem, trochę się ogrzać. Muszę też pilnować, żeby na zewnątrz nie przebywać za długo, bo wyjdzie po mnie Żandarm z pretensjami.

     Nie rozumiem – zawsze jest to samo. Koleżanka Małżonka doskonale wie, że nie znoszę takiego hałasu. I to nie jest żadne moje widzimisię. Mnie takie walenie młotem po uszach naprawdę boli! Szczerze mówiąc, ja nie potrafię zrozumieć, jak inni to wytrzymują i jeszcze sprawiają wrażenie, że wcale im to nie przeszkadza. Ja wtedy cierpię katusze i spodziewałbym się zrozumienia choćby od najbliższej mi osoby. Ale w takich sprawach ona jest jak SS-mann w Sobiborze – kompletnie nieczuła.  Za co ona mnie tak nienawidzi? Bo kiedyś, raz jeden, dawno temu, zdarzyło mi się nie utrzymać powagi na widok jej nowej fryzury?

     - Masz zamiar tu tak siedzieć cały wieczór? – pyta znów Żandarm. – Z nikim nie zatańczysz?

     Nie umiem i nie lubię tańczyć, ale czasem, dla miłej zgody, dam się namówić, zwłaszcza jeśli z głośników leci ładna muzyka. Ale tutaj nie ma muzyki. Tu jest hałas! Ogłuszający, trzepiący wnętrznościami, jednostajny hałas, jakiego nie uświadczysz nawet w fabryce garnków, przy prasie mimośrodowej. Boję się oderwać ręce od uszu. Gdy tylko to zrobię, czuję, jakby z obu stron wbijały mi się w głowę dwa sztylety. Od wielu lat pracuję w przemyśle i w hałasie. Mam już zauważalny ubytek słuchu, więc teoretycznie powinienem być na to mniej wrażliwy od reszty. A nie jestem! Nie potrafię zrozumieć, jak to jest, że tylko mnie bolą te ciosy, zadawane falami uderzeniowymi z głośników. Czy ja mam jakoś inaczej zbudowane uszy? Może u innych one dostosowują się do hałasu, jak źrenice do natężenia światła – tylko u mnie to nie działa? Może to ja jestem nienormalny?

     Nie pytajcie mnie, jak przetrwałem. Nie wiem. Niewiele pamiętam. Tylko to ŁUP! ŁUP! ŁUP! I zimno… I znowu ŁUP! ŁUP! ŁUP! I znowu zimno… I tak na zmianę.

     Od samego początku, od pierwszej minuty, wciąż czekałem, kiedy to się nareszcie skończy. A trwało to tyle, co szychta – bite osiem godzin. Od skazańca, na którym wykonywano wyrok łamania kołem, różniłem się tylko tym, że miałem nadzieję na przeżycie, aczkolwiek na pewno nie na zachowanie pełni zdrowia. Wiedziałem, że każda chwila, urwana z tej męczarni, będzie mi słodsza niż świętomarciński rogalik.

     Udało mi się z życia uratować godzinę. Namówiłem Koleżankę Małżonkę, żebyśmy pojechali do domu już o trzeciej. Po przyjeździe, wziąłem silne leki od bólu głowy i spróbowałem zasnąć, ale pod czaszką wciąż mi tupało. Gdy wreszcie zasnąłem, śniło mi się, że jestem tłocznikiem transferowym do produkowania tylnych pokryw silników elektrycznych, a stutonowa prasa co sekundę wali mnie w głowę z regularnością zegarka.

     Kiedyś, w ZSRR, działała złowroga organizacja SMIERSZ (Smierć Szplionom). Jestem o krok od utworzenia nowej organizacji, o nazwie ŚMIERD. Sami zgadnijcie, co to znaczy.


__________________
* Podobno to nazywa się tort, ale mam wątpliwości, bo gdy tylko dojdzie do krojenia, wszyscy wołają: „Cienki, cienki!”.

wtorek, 20 listopada 2018

Punkty za pochodzenie

     Zaczęło się całkiem zwyczajnie – od włączenia mapy wujka Google. Próbowałem oszacować, jak długo mniej więcej będzie trwał transport samochodowy z jednego miejsca na drugie, co pozwoliłoby mi zorientować się, kiedy będę mógł zacząć budować prototyp pewnego urządzenia.

     A ponieważ jedno z tych miejsc znajdowało się na południu Francji, gdy już dowiedziałem się tego, czego chciałem, nagle, nie wiadomo skąd, poczułem chęć, aby ujrzeć rodzinny dom pana d’Artagnan. Znalazłem go po krótkich poszukiwaniach, choć nie był – o zgrozo – zaznaczony na mapie. Znalazłem go dopiero po włączeniu widoku satelitarnego i to wyłącznie dlatego, że pamiętałem, gdzie się znajduje. Ale poznałem, po zabudowie i po charakterystycznej architekturze, przypominającej nieco katedrę, tyle że na planie prostokąta. Dziwiąc się, że Francuzi nie zaznaczyli na mapie obiektu tak osławionego – d’Artagnan to chyba najbardziej znany Francuz wszechczasów (no, może zaraz po Napoleonie) – pokręciłem kółkiem myszki, oddalając widok, by wrócić do Polski.

     Nagle moja ręka znieruchomiała. Ujrzałem bowiem zabawną nazwę miejscowości: Condom. Zgoda, może sama nazwa nie jest specjalnie śmieszna, ale zaraz wyobraziłem sobie, jak wyglądają rozmowy kogoś, kto pochodzi z tego miasta.

     W to że nadal tam mieszka, nie uwierzę nigdy. „Mieszkam w Condomie” – no jak to brzmi? Zapewne każdy mieszkaniec tej miejscowości wyprowadza się z niej czym prędzej. Ale przecież przeszłości nie zmieni. Dlatego rozmowa z kimś, kto stamtąd pochodzi, może brzmieć ciekawie. Zwłaszcza, jeśli druga strona nie bardzo wie, o co chodzi.

- Urodziłem się w Condomie…

- Chyba w probówce!

- Nie, w Condomie. Cała moja rodzina pochodzi z Condoma.

- Jak to możliwe? Chyba że dziura…

- No, mała, zapyziała dziura, nie da się ukryć.

- To byłoby jakieś wytłumaczenie…

- Mój ojciec nadal tam jest.

- Gdzie?

- No, w Condomie!

- Twój ojciec jest w kondomie?

- Tak, właśnie…

- A matka?

- Cóż, matka już dawno nie żyje. Prawie jej nie pamiętam.

- A ojciec wciąż w kondomie…

- Tak, właśnie.

- Cały czas?

- No, nie cały czas. Czasami wybiera się do Lagardere. Ma tam przyjaciółkę. Bardzo mila pani. Mówię mu nieraz, żeby się pobrali i zamieszkali razem, ale jakoś się na to nie zdecydowali.

- Zaraz, to gdy wybiera się do przyjaciółki, to już nie jest w kondomie?

- No, nie jest. Oczywiście że nie jest.

- Cóż, widać znają się dobrze… A gdy ona przyjedzie do niego?

- No, to wtedy jest w Condomie, to przecież logiczne.

- Wita ją w kondomie?

- Tak. Z honorami!

- Zadziwiające… A nie czuje się odrobinę skrępowany?

- Trochę. Bo to jednak dziura.

- Hm… Ten, tego… A dlaczego nie zamieni tego kondoma na inny?

- Jaki inny? Przecież nie ma innego Condoma!

- Nie ma?

- W całej Francji nie ma drugiego Condoma!

- To chyba jakiś specyficzny?

- Fakt panuje w nim specyficzna atmosfera.

- A ten kondom to z gatunku dużych, czy małych?

- Malutki! Przeludnienie nam nie grozi.

- No cóż, w kondomie to nie dziwota… Słuchaj, a czy ojciec nie zamierza zmienić kondoma na coś innego?

- Cały czas mu to powtarzam. „Tato, rzuć ten cały Condom, zmień coś w swoim życiu. Przecież to dziura!”.

- No właśnie, zwłaszcza ta dziura. Dlaczego on tak upiera się na tego kondoma?

- Nie wiem. Ojciec wciąż powtarza, że najlepiej czuje się w Condomie.

- Ale przecież nie można tak przez cały czas! Przecież to niezdrowe!

- Też tak uważam. Czasem trzeba zmienić klimat, odetchnąć innym powietrzem.

- Właśnie!

- Ale przekonaj tu starego uparciucha. On twierdzi, że Condom to cały jego świat. Nie wyobraża sobie życia bez Condoma. A w tym Condomie to przecież jeden syf!

- Oj, to może lepiej dla niego, żeby został w tym kondomie…



Jestem pewien, że każdy z Was potrafi dołożyć cegiełkę do tego dialogu!