Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


środa, 4 lipca 2018

Pomysł na biznes

     - Mam świetny pomysł na biznes!

     Spojrzałem w jego stronę. M. siedział przy biurku, z dłonią pod brodą i wpatrywał się w dal. A właściwie w regał z oficjalną dokumentacją konstrukcyjną, jednak na pewno jej nie widział. W jego okularach odbijał się ekran komputera, zapełniony jakimiś tabelkami.
     
     Powoli przekręcił głowę w moją stronę. Obraz w okularach zmienił się – tabelki poznikały, za to pojawiły się w nich przysłonięte żaluzjami okna biurowca.

     - Będę odczyniał szczepionki – oświadczył.

     Uśmiechnąłem się, wyczuwając żart, ale on pozostał poważny, jakby w myślach już kalkulował koszty takiego przedsięwzięcia.

     - Przecież nie da się odczynić szczepionki – odparłem. – Gdy organizm raz nauczy się zwalczać dane drobnoustroje…

     - Ojej, nic nie rozumiesz! – parsknął. – A wróżka jest w stanie przewidzieć przyszłość? Nie jest, ale od klientów nie może się opędzić. Głupota ludzka nie zna granic. Uwierz mi, będę musiał robić zapisy na dwa miesiące naprzód.

     - Czyli chcesz zwyczajnie oszukiwać ludzi?

     Wzruszył ramionami.

     - Sami chcą być oszukiwani. Różni pseudoterapeuci mają pełne gabinety, byle poplotli coś o energii i prostowaniu jej kanałów. Ja dam gwarancję na odczynienie szczepionki, a sprawdzić tego i tak nie ma jak. Bo co, będą składać reklamacje, że dziecko nie zachorowało na odrę, chociaż powinno? Nawet jeśli, to da się to wytłumaczyć wrodzoną odpornością, albo faktem, że wszyscy wokół są zaszczepieni i pacjent nie miał się od kogo zarazić. Zarejestruję jako usługi ezoteryczne, albo coś w tym rodzaju, żeby żadna kontrola nie mogła się przyczepić. Pacjentom wytłumaczę, że przepisy nie pozwalają na rejestrację jako gabinet medyczny, bo odczynianie szczepionek budzi sprzeciw lekarzy, którzy wyczuli zagrożenie dla własnych interesów. Ludzie uwierzą.

     - A sama terapia? – spytałem. – Zdradzisz jakieś szczegóły? Czy też jest to ścisła tajemnica zawodowa, starannie strzeżona przed szpiegami, agentami i wścibskimi sąsiadkami?

     - Urządzę sobie gabinet – zaczął. – Na wzór stomatologicznego, tylko z innym wystrojem, żeby nie odstraszać pacjentów.

     - To może lepiej na wzór kozetki psychologa – podsunąłem.

     - Nie, nie – pokręcił głową. – To musi sprawiać wrażenie, jakby był tam specjalistyczny sprzęt.

     - Na przykład jaki?

     - Coś jak te dawne, wielkie suszarki u damskich fryzjerów, co to wyondulowane strojnisie z tortownicami na głowach siadały pod ścianą, łeb w kokitkę i można rozpocząć plotki.

     - Lub czasopisma – podsunąłem. – I co by to miało robić?

     - Nic – wzruszył ramionami. – To ma tylko sprawiać wrażenie. W środku umieściłbym niedużą, ledową lampę, najlepiej fioletową, taką, żeby się wokół głowy wytworzyła lekka łuna. Dobrze, żeby coś drgało…

     - Można w oparciu umieścić wibrator – podsunąłem. – Zwykły, elektryczny silniczek, z mimośrodowo osadzonym ciężarkiem na osi.

     - Dobry pomysł – skinął głową. – Przy okazji pacjent się zrelaksuje. No i musiałby jednak coś wypić, żeby wyglądało bardziej profesjonalnie. Coś o nieokreślonym smaku, ale żeby było zupełnie nieszkodliwe.

     - Woda…

     Pokręcił głową.

     - Na wodę nikt się nie nabierze.

     - Owszem, nabierze – odparłem. – Woda musi przez jakiś czas postać na specjalnie podświetlanym uchwycie, żeby się „zjonizowała”. Nie dodawałbym niczego. Jeszcze trafisz na kogoś, kto jest na to uczulony i będziesz miał kłopoty.

     - Dobre! – strzelił palcami. – Zjonizowana woda! Znów kłaniają się fioletowe ledy.

     - A gdybyś i tam dał mały wibratorek, to na powierzchni wody pojawiłyby się ciekawe wzorki – dodałem. – Taka fala w postaci kratki. I musiałbyś mieć wskaźnik stopnia zjonizowania. Przecież fachowiec zawsze sprawdza, czy wszystko ma prawidłowe parametry. Po pewnym czasie musiałoby to zacząć migać i wtedy woda jest gotowa do użytku.

     - Chyba cię wezmę na wspólnika – oświadczył. – Masz jeszcze jakiś pomysł?

     - Ludzie są różni – odrzekłem. – Jeden potrzebuje większej dawki, inny mniejszej. Musisz mieć jakiś dozymetr, czy coś.

     - Fakt – podrapał się po głowie. – Jakieś pomysły?

     - Termometr – podsunąłem. – Taki do ucha. Wkładasz do ucha, pikasz i odczytujesz. I oceniasz, czy już wystarczy, czy jeszcze jakieś cztery minuty. Tylko naklej sobie na tym jakąś bardziej fachowa nazwę, jaki bulbulator, czy coś w tym rodzaju.

     - Masz niezłe pomysły – pokiwał głową. – Trzeba pomyśleć nad reklamą. Ludzie uważają, że szczepionki powodują autyzm. To muszę wykorzystać.

     - Nie możesz – pokręciłem głową. – Najlepiej w ogóle nie podejmuj tego tematu. Ktoś może cię oskarżyć o wprowadzenie w błąd. A do tego gabinetu będą przychodzić nie tylko ci, co w to uwierzą, ale też ci, co będą chcieli ci udowodnić szarlatanerię i oszustwo.

     - Masz rację… No cóż, ja nie będę leczył z autyzmu – odrzekł. - Ja tylko będę odczyniał szczepionki. Jeśli u dziecka zdiagnozują autyzm, to można powiedzieć, że za późno się do mnie zgłosili. Albo że jest szczególnie podatne i bez szczepionki też by zachorowało. Jak myślisz, co mam im mówić.

     - Prawdę – odrzekłem. – Powiedz im, że nie ma jednoznacznych dowodów na to, że to szczepionki powodują autyzm. A przekonanych i tak nie przekonasz. Będą chcieli ją odczynić i tak.

     Podparł głowę.

     - Wiesz – zaczął. – Ten gość, który napisał, że szczepionki powodują autyzm, wziął za to kilka milionów funtów. Został zresztą pozbawiony prawa do wykonywania zawodu przez izbę lekarską, ale będąc milionerem, nie musi pracować. Opłacało mu się. A ludzi łatwo oszukać. Wyższą wykrywalność autyzmu można łatwo skorelować z większą dostępnością szczepionek.

     - Szkoda, że akurat z tym – mruknąłem. – Mógł napisać, że autyzm jest od zbyt długiego oglądania telewizji, albo spożywania nadmiernej ilości cukru.

     - Ale wtedy nie dostałby tych kilku milionów – westchnął. – A ludzie uwierzą w każdą bzdurę. W moją też. Tylko moja im nie zaszkodzi. W końcu, poza przeświadczeniem o zlikwidowaniu szczepionki, nie będzie miała żadnych innych skutków.

     Zatem, jeśli ktoś z Was wpadłby kiedyś na podobny pomysł, pamiętajcie, że to mój kolega był pierwszy i trzeba będzie mu płacić za licencje.


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Oficjalne oświadczenie

     O, nie, ja nie miałem z tym nic wspólnego!

     Tak zgadza się, przynoszę pecha naszym sportowcom. Wcale tego nie kryłem. Ale przecież o tym wiem!

     Pozwolę sobie zamieścić tutaj oficjalny komentarz do ostatnich wydarzeń sportowych.

     W związku z kierowanymi pod moim adresem oskarżeniami, jakoby to z mojego powodu nasze Orły Reklamy dały wczoraj dupy przegrały wczorajszą rywalizację, pragnę zapewnić i potwierdzić to przysięgą na Wielkiego Roe*, że nie oglądałem ŻADNEGO meczu, nie tylko meczów z udziałem smartfonu wody toaletowej  pianki do golenia któregoś z polskich piłkarzy.

     Oświadczam, że sam doskonale zdaję sobie sprawę z własnej przypadłości, polegającej na przynoszeniu niesamowitego pecha polskim zawodnikom, we wszelkich dyscyplinach sportu.  A mając w rodzinie dwoje kibiców, naraziłbym się na straszliwe szykany z ich strony, gdybym tylko spróbował oglądać jakąkolwiek relację. Nie oglądam nawet powtórek, bo zdarzało się, że polscy zawodnicy po czymś takim, mimo wygranej, zostawali później zdyskwalifikowani.

     Zapewniam, że będąc świadomym zupełnie niezrozumiałego, jednak niewątpliwie prawdziwego – bo wielokrotnie sprawdzonego empirycznie – mechanizmu przynoszenia pecha, wyraźnie czuję ciążącą na mnie odpowiedzialność i zawsze zapobiegam jego wystąpieniu, poprzez staranne unikanie telewizora. Przy czym podłą insynuacją jest, jakobym ukradkiem zerkał na mecz, wykorzystując w tym celu ekran komputera. Zapewniam, że walka marines z kosmitami nie jest i nigdy nie była symulacją meczu piłki nożnej. Aczkolwiek i tam miały miejsce sytuacje żenujące i bywało, że snajper chybiał, choć strzał wydawał się całkowicie pewny.

     Ostatnio dotarły do mnie zarzuty wyjątkowo podłe i szkalujące, jakobym chciał w trybie przyspieszonym doprowadzić do przeceny produktów z wizerunkami Mistrzów Reklamy i nabyć je za obniżoną cenę. I w tym pono celu zerknąłem na mecz, aby wyeliminować jak najprędzej polską reklamę reprezentację. W jednym z poprzednich postów informowałem już, że Mundial zmęczył mnie, jeszcze zanim się zaczął, w związku z tym wszelki produkty z wizerunkami Mistrzów Reklamy staram się omijać z daleka. Poza tym, absolutnie nie wierzę w najnowszy dogmat, jakoby jogurt z Nawałką smakował lepiej od jogurtu bez Nawałki i nie czuję najmniejszej potrzeby, obalania go empirycznie i organoleptycznie.

     A poza tym, uwierzcie mi proszę, że żadna siła** nie jest w stanie zmusić mnie do gapienia się przez półtorej godziny na dwudziestu dwóch wyfryzowanych lalusiów, kopiących się wzajemnie po goleniach.

     Istotnie, przyznaję, podczas wieczornej rozmowy użyłem sformułowań „oczywiście, że oglądałem!” oraz „mój faworyt wygrał dziś z palcem w nosie”, ale zarówno palec, jak i nos, należały do Louisa Hamiltona, który pewnie zwyciężył wczoraj w Grand Prix Francji. Tam Polacy nie jeżdżą, więc mi wolno***.

___________________
* Wielki Roe – za Woodym Allenem: Straszliwy potwór o głowie lwa i ciele lwa, ale nie tego samego lwa.
** Po namyśle muszę przyznać, że całkowity paraliż, włącznie z powiekami zablokowanymi na stałe w pozycji „otwarte”, mógłby jednak mieć jakieś szanse. Ale tylko chwilowe, bo szybko bym wykitował przez uduszenie.
*** Co prawda w krykieta ani w polo też nie grają, ale miejcież litość nade mną!