Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


piątek, 11 sierpnia 2017

No i po wakacjach

     Zaczęło się od wielkiego zamieszania, jak zawsze przed wyjazdem nad morze. Zdziwili nas zwłaszcza synowie, którzy oświadczyli, że jadą z nami na wczasy. W pewnym wieku człowiek już się krępował jechać z rodzicami na wakacje, ale widać, niewydarzonych mam synów.

     - Bo jak zapominasz o zegarku i wypijesz drinka, to jesteś fajny!

      No cóż, warto było żyć, żeby usłyszeć od nich coś takiego… Koleżanka Małżonka też twierdzi, że na trzeźwo jestem maruda, pesymista, zmierzła menda i męczydupa. Ale za to mam żonę, która na każdej imprezie sama mi polewa i zachęca do picia. Kto z Was tak ma, cwaniaki?

      Trasę opracowałem w najmniejszych szczegółach. Nie mam GPS, więc skonstruowałem analogową nawigację. W Google Map wybrałem sobie trasę, po czym skorzystałem z faktu, że Polska jest świetnie wygooglowana i zrobiłem sobie zrzuty ekranu widoków ulicznych wszystkich punktów węzłowych. Nie ma szans, żeby się zgubić!
      Oczywiście, po drodze zgubiłem się, bo w jednym miejscu był objazd, którego nie przewidziałem. Wyprowadził mnie Młodszy, który zniecierpliwiony moim gapieniem się w mapę, uruchomił GPS w komórce i doprowadził nas, jak po sznurku, na miejsce. Ot, ta dzisiejsza technika. Na co to komu?...

      Domek znajdował się w lesie, co mnie bardzo ucieszyło. Od razu poszliśmy nad morze, wymoczyć spocone ciała (pomimo klimy!). Gdy wróciliśmy, znów skorzystałem z techniki zrobiłem przepiękne zdjęcie - widok z drzwi naszego domku na stół, przy którym co wieczór graliśmy w Chińczyka, remika i "Podróż po Polsce".

Pokój z widokiem na gacie

      - No i czego fotografujesz te gacie!? – obsztorcowała mnie Koleżanka Małżonka. – Myślisz, że to taki ciekawy widok?

      - Życiowy – odparłem z godnością. – Pokazuje prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. A poza tym, jeśli wrzucisz takie zdjęcie na sieć, od razu wszyscy zauważą, że gacie są mokre. Czyli, pogoda była! Niech nam zazdroszczą!

      Fakt, pogoda w tym roku dopisała jak nigdy. Całe dziesięć dni słońca i co najwyżej przelotne deszcze, nie trwające dłużej niż godzinę.

      Potem poszliśmy coś zjeść i wypić.

      - O, ta knajpa mi się widzi! – oświadczyłem. – Chociaż, sądząc po wystroju, ceny mają obłędne. Za to na pewno mają tam znakomite daiquiri!

No, czy nie wygląda jak świetny drink bar?

      - To jest kościół!

      Fakt, nie zauważyłem krzyża. Przywykłem, do tego, że kościół wygląda jak kościół. Tego budynku zaś za skarby świata nie skojarzyłbym z ucztą duchową. Już raczej cielesną i to baaaardzo cielesną! Mówiłem, że nie nadaję się na architekta…

      Zjedliśmy i wypiliśmy gdzie indziej. Może i nie w tak pięknym przybytku, ale ofertę gastronomiczną mieli na pewną bogatszą.

      I tak minęło kilka dni lenistwa. Rano śniadanko, wciągamy plaż-gatki i pędzimy na plażę, która znajdowała się zadziwiająco blisko.  Koleżanka Małżonka, oczywiście, wciągała strój kąpielowy, ale Wam nie pokażę jaki. Wystarczy, że we mnie krew się burzyła. Muszę koniecznie wytłumaczyć chłopakom, że w ich wieku to już jeździ się na wakacje z dziewczyną i to jak najdalej od rodziców. W końcu, każdy potrzebuje odrobiny swobody - rodzice też...

      Przy okazji stwierdziłem, że  tradycja w narodzie nie ginie. Mimo apeli w mass-mediach, nadal spora grupa Januszów odgradzała sobie parawanami po kilka hektarów plaży, by na środku położyć ręczniczek i torbę z piwem. Średnio, na jednego plażowicza, przypadały trzy parawany. Bo to jeden z prawej, drugi z lewej, a i wyjście trzeba było odgrodzić, tworząc specyficzny labirynt. Dlatego też, na plażę udawaliśmy się rano, gdy jeszcze był na niej dostęp do morza.

      Po kilku dniach takiego leniuchowania., udaliśmy się na całodzienną wycieczkę do Szczecina, na pokaz żaglowców. Jak co niektórzy wiedzą, jestem miłośnikiem portowej atmosfery. Mogę godzinami wpatrywać się w statki, przycumowane do nadbrzeża, wsłuchiwać się w skrzypienie odbojników, gwizd wiatru na olinowaniu, przeklinanie marynarzy i krzyk mew. Lubię nawet ten odór popsutych ryb, właściwy portom rybackim. Ale tam nie było tej atmosfery – za dużo wiary i żadnego klimatu.

      Za to zachwycił mnie Szczecin. Piękne miasto! I jeszcze piękniejsze żaglowce.

Dwa duże żaglowce na wprost to "Dar Młodzierzy" i po prawej "Sedov" (z czarnym kadłubem). Choć z tej perspektywy Dar wydaje się być większy, w rzeczywistości jest odwrotnie.

      Przy wejściu przywitał nas Dar Młodzieży. To nasza fregata – spora fregata, dodajmy. Miała jednak pecha – tuż obok cumował największy szkolny żaglowiec świata – rosyjski Sedov. Oczywiście, zwiedziliśmy go. Cóż, z bliska już nie robił takiego dobrego wrażenia. Co pordzewiałe, to pordzewiałe – kto by to czyścił! Toporny, jak stwierdzili moi synowie.

"Sedov" od rufy. Po prawej dziób "Daru Młodzierzy"

     - Taki jakiś ruski - stwierdził Starszy. - I ten Wania, w tym lotniskowcu na głowie, taki jakiś nie z tego świata...

Nawet w dzień, przy pięknej pogodzie trudno się w tym wszystkim połapać. Co to znaczy w nocy, podczas sztormu? Wielki szacun dla marynarzy "Sedova" - i nie tylko. 

      Im bardziej podobał się norweski Statraad Lehmkuhl, choć nieco mniejszy. Fakt, utrzymany wzorowo. Czyściutki, wypolerowany, no i załoga bardziej na luzie. Jacyś tacy normalniejsi, jak stwierdzili zgodnie moi synowie, którzy mieli nawet okazję sobie z nimi porozmawiać.

      Później już zaczęły mi się one wszystkie mylić, bo było ich sporo, ale kilka z nich wryło mi się w pamięć. Prawdziwym hitem była dla mnie zabytkowa, rosyjska fregata Sztandart. Choć otaklowana na bark, w dodatku z rzadkim dziś, łacińskim ożaglowaniem na bezanmaszcie, była to bez wątpienia fregata, w znaczeniu klasy żaglowca – jeden pokład artyleryjski, ciągnący się od dzioba do rufy. I wykonano ją z drewna, tak jak dawne żaglowce.

Zabytkowa fregata "Sztandart" - widok od rufy...

I rzut oka na jej takielunek - zachwycający klasyczną elegancją dawnych jednostek

      Zwiedziliśmy ich wiele. Nie mogło zabraknąć nam w kolekcji rosyjskiego Kruzenszetrna, jak i przepięknego pod żaglami, ale zupełnie niepozornego przy kei, Zawiszy Czarnego. Ten szkuner sztakslowy ma bowiem rzadko spotykane ożaglowanie, typu Va-Marie. Poszukajcie sobie w sieci zdjęcia Zawiszy pod pełnymi żaglami, to dowiecie się, co to takiego. No i przyznaję, po wizycie na Kruzenszternie, wydał mi się malutki. Scovron, choć nie wydaje mi się, żebyś to przeczytał, wielki szacun dla Ciebie, że odważyłeś się na rejs taką łupinką!

"Kruzensztern" to kolejny rosyjski gigant - czteromasztowy bark.

      Na  rosyjski Mir nie weszliśmy – za duża kolejka. Ale już z daleka widać, że ta fregata nie przypominała ani trochę dwóch poprzednich kolosów.  Choć spora, miała w sobie jakąś szlachetność linii, jakąś nieuchwytną królewskość. I nic dziwnego – zbudowano ją w Polsce! 

"Mir". Czyż nie jest podobny do "Daru Młodzierzy"? Piękna, trójmasztowa fregata.

      Absolutnym hitem był dla mnie czeski żaglowiec La Grace. Tak, dobrze widzicie - CZESKI! To replika historycznego statku, pływającego dla holenderskiej kompanii Wschodnioindyjskiej, będącego jednak własnością czeskiego armatora. Całe życie człowiek się uczy...

Zrobiłem zdjęcie, bo nikt by mi nie uwierzył

      Ale choć przeżyłem prawdziwą ucztę dla oczu, nie poczułem tego klimatu. Bardziej przypominało to festyn. Dlatego za rok pojadę gdzieś indziej, gdzie nie ma tłumów, są tylko statki przy kejach, chlupot martwej fali, skrzypienie masztów, krzyk mew i jakiś wolny pachołek, na którym można usiąść. I pełną piersią wdychać tę cudowną atmosferę, pachnącą wodorostami, słoną wodą, cuchnącą starym olejem, popsutą rybą i wodą zęzową. Kocham ten klimat!

piątek, 28 lipca 2017

Historia pewnego problemu

     Człowiek, który ma wybór między dobrem a złem, to człowiek szczęśliwy, choć nie zawsze zadowolony. Bywa jednak, że wybór mamy tylko między złem, mniejszym złem i z drugiej strony większym złem. Które wybrać?

     Wiadomo, wtedy trzeba wybrać mniejsze – ale które jest mniejsze skoro nie da się ich porównać?

     - Przestań mi tu filozofować i zrób z tym coś, bo oszaleję! – jęknęła Koleżanka Małżonka.

     - Oczywiście, kochanie, masz całkowitą rację – odpowiedziałem odruchowo, jak na te kilkadziesiąt lat wspólnego pożycia przystało. – Można prosić o powtórzenie pytania?

     Wszelkie burze przeczekuję, stosując styl wierzby. Są tacy, którzy stosują styl dębu, to znaczy ostro się stawiają. Nie polecam. Pod dębem, po każdej burzy, leżą połamane gałązki, twarde i nieustępliwe, którymi dąb próbował oprzeć się żywiołowi. Wierzba nie walczy z huraganem. Poddaje się, uginając swoje elastyczne gałązki i w ostateczności ze starcia wychodzi zwycięsko, bez najmniejszych strat.

     Na zgodę zrobiłem jej herbaty.

     A potem, zmarszczyłem brwi, czoło, podrapałem się po nosie, potem po czubku głowy, podparłem brodę – i zrobiłem najmądrzejsza minę, na jaką było mnie stać. A to już był wyraźny sygnał do społeczeństwa, że "jest problem do rozwiązania".

     Nie wiadomo, skąd się ten problem wziął. Problem był w istocie strasznie irytujący, brzęczący i zwyczajnie nieprzyjemny. Składał się z kilkudziesięciu podproblemów, całkiem małych, ale diabelnie szybkich. Podproblem nazywał się "mucha".

     Ale nie ta grzeczna, miejska, na pół udomowiona mucha, skrupulatnie przestrzegająca przepisów i prawidłowo, zgodnie z ruchami wskazówek zegara, krążąca wokół żyrandola (ponoć angielskie krążą w drugą stronę). Ta była dzika, niedouczona, bez ładu i składu tłukąca się po mieszkaniu, co chwilę uderzająca w szybę i tak szybka, że stracenie jej przy pomocy rakietki do badmintona okazało się zupełnie niemożliwe. No i było ich dużo. Za dużo, żeby to był przypadek.

     - Skąd one się wzięły? – pokręciłem głową. – Niemożliwe, żeby nagle, w ciągu kilku godzin, do mieszkania wleciało czterdzieści jednakowych much. Zwłaszcza, że od dwóch tygodni w oknach są siatki… One musiały zalęgnąć się tutaj!

     - Gdzie tutaj? – zaoponowała Koleżanka Małżonka. – Czy my w chlewie mieszkamy?

     - Wystarczy jedna – odparłem niepewnie. – Może jakaś mucha się tu dostała, złożyła gdzieś jaja i oto mamy skutek.

     Zrobiłem jeszcze mądrzejszą minę, jaką kiedyś widziałem u jednego polityka, opowiadającego o skutkach wybuchu bomby termobarycznej.

     - Tylko nie wiem, czym one się tu żywiły? – podrapałem się po głowie. -  Śmieci wyrzucamy praktycznie co drugi dzień. Czerwie (larwy, znaczy) musiały coś jeść. To chyba mucha plujka, a one żerują na psującym się mięsie. Gdyby tu gdzieś kawałek szynki wpadł pod szafę, umarlibyśmy od smrodu.

     A potem uznałem, że dość już wykładów i zacząłem zastanawiać się, jak się ich pozbyć.

     Nie lubię zabijać. Jedyne stworzenie, którego zabijanie przychodzi mi łatwo, to komarzyca. Te mogę plaskać bez wyrzutów sumienia. Nad każdym innym się lituję. I stąd mój dylemat z początku notki. Jeśli spróbuję je wypuścić, nie wiem jeszcze, jak, bo siatek zdejmować nie miałem zamiaru, to na zewnątrz czekało na nie całkiem spore stado jerzyków. Życia więc muchom nie ocalę ale przynajmniej na coś się przydadzą i zawsze będę mógł powiedzieć z czystym sumieniem, że dałem im szansę. No i miło byłoby zrobić przyjemność jerzykom, moim kumplom od dawien dawna. Ale jak mam je ocalić, gdy głupie stawonogi, zamiast lecieć do okna, otwartego na oścież, tłukły się po wszystkich innych, najczęściej w ogóle nie otwierających się, albo zabezpieczonych siatkami? W każdym pomieszczeniu stacjonował jakiś dywizjon, którego wypędzić niepodobna. Nie było rady – trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność za ich śmierć. Nie udało mi się zastosować teorii mniejszego zła. A to oznaczało tylko jedno: wojnę!

     Koleżanka Małżonka właśnie zaczęła zbierać się do dentysty. Wymogłem na niej, żeby po drodze kupiła muchozol. Niecałą godzinę później, z marsową miną, uzbrojony w aluminiowy pojemnik z bronią chemiczną, zamaskowany dla niepoznaki szarą szmatą i poutykanymi w nią liśćmi, zająłem stanowisko bojowe, między fotelem i oknem.

     - Zgodnie ze staropolską tradycją – odezwałem się poważnym tonem do najbliższego podproblemu, - powinienem wam najpierw podesłać dwa otwarte pojemniki z muchozolem i wezwać was do walki. Ale mam tylko jeden, sorry.

     Zgodnie z rycerskim obyczajem, ostrzegłem, co je czeka, jeśli natychmiast się stąd nie wyniosą, po czym uchyliłem balkonową moskitierę i dałem im kilka minut na opuszczenie pomieszczenia. Ale mucha pokazała mi tylko język i odwróciła się do mnie tyłem. Aż się we mnie zagotowało na tę zniewagę.

     - Wy kanalie! – ryknąłem wściekły. – Ubeckie mordy! Nie dość, że zamordowałyście prezydenta, to jeszcze mnie znieważacie!

     - Co ty bredzisz? – Koleżanka Małżonka na serio zaniepokoiła się stanem mojego umysłu.

     - Nic – warknąłem. – Biorę przykład z jedynego prawdziwego Polaka-patrioty. To przecież chwalebna rzecz!

     A potem wycelowałem w szybę i nacisnąłem główkę pojemnika spust.

     Zawsze w takich przypadkach boleję nad niską skutecznością takich środków. Owada dało się w nim utopić, ale uśmiercić go w inny sposób graniczyło z niemożliwością. Tym razem skuteczność muchozolu zdumiała mnie. Po pierwszym psiknięciu część much spadła od razu, jak sparaliżowana i zaczęła kręcić śmiertelne bączki na parapecie. Pozostałe wpadły w szał.

     No i co z tego, skoro wylecieć i tak nie chciały? Pozamykałem okna, popsikałem w kilka miejsc, po czym, próbując przekrzyczeć głośne i rozpaczliwe brzęczenie, oświadczyłem, że lepiej opuścić pomieszczenie.

     - Wciągaj buty, jedziemy na zakupy!

     Koleżance Małżonce tych słów nie trzeba powtarzać dwa razy. Wyciągnąć ją po południu z domu jest niezmiernie trudno. Jak nie migrena, to bolący kręgosłup, albo dużo prasowania. Ale słowo „zakupy” potrafi zdziałać cuda. Działa na nią jak zastrzyk adrenaliny. Była gotowa w kilka minut.

     Tymczasem wszelkie życie w naszym lokum powoli zamierało.

     Gdy wróciliśmy, wystarczyła miotełka i śmietniczka. Pogrzeb był skromny – wszystkie umieściliśmy we wspólnej mogile, w koszu na śmieci. Wywietrzono gruntownie i znów dało się żyć.

     A na drugi dzień, pod koszem z bielizną znalazłem dowody, że to nie był atak z zewnątrz, tylko zdradzieckie uderzenie od środka – skorupki po poczwarkach. Muchy wylęgły się tutaj! I nadal nie rozwiązałem tajemnicy, czym żywiły się u nas czerwie.

     Cóż, zawsze jest jeszcze możliwość, że trafiły tu przypadkiem, po prostu spacerując…