Sentencja


Wszystko płynie... Ale nie sądzę, żebym to wszystko chciał wyłowić!

Informacje dla Gości

INFORMACJE DLA GOŚCI

Ponieważ nikt nie jest w stanie sprawdzać na bieżąco całego bloga, wprowadziłem moderację komentarzy do starszych wpisów. Nie zdziwcie się więc, jeśli Wasz komentarz nie pojawi się tam od razu. Nowe wpisy można komentować normalnie, tak jak dotychczas - bez moderacji.


wtorek, 3 grudnia 2013

Męski horror

     Młodszemu kiedyś bardzo podobała się gra „Sniper Elite”. To pozycja, w której gracz wciela się w postać snajpera, operującego w gruzach Berlina, w ostatnie dni wojny. Celem jest niedopuszczenie do zdobycia przez Rosjan wiedzy o niemieckiej technice rakietowej. Gra jest ciekawa, ma specyficzny nastrój, do łatwych też nie należy, wymagając nie tylko sprytu, ale i znajomości praw fizyki. Minusem jest to, co zawsze w grach wojennych – przemoc. Gracz musi bowiem  zlikwidować niektórych przeciwników – jak to snajper.
     Mimo wszystko, w grach wojennych jakoś ta przemoc mnie nie razi. To jest wojna, nie da się inaczej. Dlatego nie protestowałem, gdy Młodszy czołgał się po gruzach Berlina.
     A tu wyszła druga część! No cóż, miałem wątpliwości, czy to będzie dobry prezent urodzinowy dla Młodszego, ale pomyślałem, że jest już wystarczająco rozsądny i psychiki mu to nie wypaczy. To było rok remu. Ucieszył się, a jakże. A potem zgłębił się w świat, w którym życie ludzkie staniało tak, jak tylko może się to stać w czasie wojny.
     Kilka dni temu, gdy wieczorem wróciłem z pracy, zastałem pusty dom. Chłopcy pobiegli na trening i mieli wrócić dopiero późnym wieczorem. Koleżankę Małżonkę uszczęśliwiono nadgodzinami w pracy. Nie mając co robić, usiadłem do komputera. Poskakałem trochę po necie, ale nie chciało mi się niczego czytać – byłem za bardzo zmęczony. Wlazłem więc w gry. Pod myszkę podjechała mi ikonka ze „Sniper Elite V2”. Postanowiłem w końcu sprawdzić, czy druga część „Sniper Elite” jest tak samo udana, jak pierwsza.
     Zacząłem grać i… Przeraziłem się!
     Ale po kolei.
     Wypatrzyłem wrogiego snajpera na strychu, przymierzyłem, uspokoiłem oddech, poczekałem na wybuch pocisku i… Zdradziecki, podstępny pocisk pomknął w kierunku głowy zaczajonego myśliwego. W tym momencie stało się to, co w poprzedniej części – kamera oderwała się od moich pleców, spowolniła i powędrowała za kulą. Można było śledzić jej lot, podziwiać jak wiruje, słyszeć jak świszcze. I wreszcie pocisk trafia!
     I tu pojawiło się coś, czego nie było w pierwszej części. Ciało ofiary stało się przezroczyste i ukazała się jego czaszka. Pokazano dokładnie, jak kula ją gruchoce i wychodzi z drugiej strony. Okropność!
Wstrząsnęło to mną. Ci, którzy czytali poprzedni wpis, wiedzą doskonale, dlaczego. Mimo to, nie przerwałem misji, ciekaw, co zobaczę dalej.
     A dalej drogę zagrodził mi patrol żołnierzy Wehrmachtu. Nie sposób ich ominąć – trzeba było zlikwidować. I znów to samo – jedna czaszka rozprysła się na moich oczach, a drugiemu serce oderwało się od aorty. Aż mi się ciemno zrobiło przed oczami. „Przynajmniej szybka śmierć” – pomyślałem. Ale pozostał jeszcze jeden żołnierz. Nieostrożnie wybiegł zza osłony.
     Trafić szybko poruszający się cel ze snajperskiego karabinu nie jest łatwo. Nie do tego go stworzono. Zaryzykowałem jednak niski strzał, biorąc pod uwagę, że byłem dość daleko i nawet w przypadku pudła, żołnierz nie jest w stanie skutecznie dosięgnąć mnie ze swego MP40 – pistoletu maszynowego, mylnie zwanego Schmeisserem. Zdążę mu jeszcze wpakować kilka kul, zanim mnie dorwie. Jak wspomniałem, celowałem nisko, w tułów. Grawitacja dokończyła dzieła, obniżając jeszcze lot pocisku. To, co zobaczyłem, sprawiło, że czym prędzej tę grę wyłączyłem. Wybaczcie wulgaryzm, ale nie da się tego opisać przy pomocy medycznej nomenklatury. Otóż, w skrócie, ujrzałem jak… rozprysły mu się jaja!
      Bolało!…
     Gdy wrócili chłopcy, zastali mnie na kanapie, z kubkiem melisy, bezmyślnie skaczącego po kanałach telewizyjnych.
     - Grasz jeszcze w snajpera? – zagadnąłem Młodszego, próbując jakoś zacząć.
     - Już nie – odparł. – Przeszedłem to.
     Chrząknąłem znacząco.
     - I jak ci się podobało?
     Młody pokiwał głową na boki.
     - Trochę krótka. Przydałoby się jeszcze kilka misji.
     - Hmm… No, tak, oczywiście…
     Znowu chwila milczenia.
    - A, hmmm… tego… nie uważasz, że jest trochę drastyczna? Te kule, roztrzaskujące czaszki, rozrywające serca i… i w ogóle…
     - No, jest – przyznał mi rację Młodszy. – Ale w opcjach można to wyłączyć.
     Westchnienie ulgi.
     - Wyłączyłeś? – spytałem z nadzieją.
     - A, skąd! – odparł. – Zorientowałem się dopiero pod koniec.
     Znowu ciśnienie mi podskoczyło. Chyba nie zdołałem tego ukryć, bo Młodszy wbił we mnie zdziwione oczy.
     - Tato, to tylko gra! No i sam powtarzasz ciągle, że na wojnie robi się okropne rzeczy. Nie bój się, nie zrobi to ze mnie drugiego Breivika!
     I poszedł pod prysznic.
     A ja zostałem sam, z kubkiem melisy. Sam już nie wiem, czy przypadkiem nie popełniłem okropnego błędu, który może wiele kosztować. Nie mnie – Młodszego. Chociaż, nieraz słyszałem, jak mawia, „dobrze, że to tylko gra”. Sam przecież kiedyś bawiłem się w wojnę jako dziecko i psychopaty to ze mnie zrobiło. No i, skoro choć z animacji zna już okropności wojny, duża szansa na to, że zostanie pacyfistą.
     Tylko po co w takim razie zapisał się na kółko strzeleckie?
    Jedno jest pewne - ja już jestem za stary na współczesne gry. Trzeba było pozostać przy Super Mario.

13 komentarzy:

  1. albo przy Gameboy'u, w tetris pograć, albo w węża... :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łamigłówki i zręcznościówki jakoś mnie nie pociągały. Lubię gry, w których mogę zanurzyć się w innym świecie.

      Usuń
  2. Można jeszcze pasjanse układać, ja to robię gdy chcę coś przemyśleć, np. nowy projekt biżu. Dla mnie już Wolf był zbyt brutalny.No właśnie, po co mu kółko strzeleckie? Może lepiej zapisałby się do łuczników? A nie ma jakiejś gry z dronami? Bo drony to mi się podobają, zwłaszcza jako wersja poczty dostarczającej przesyłki Amazon'a.
    Miłego;)
    Naprawdę poczułeś ból tego faceta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pasjanse to nie moja melodia. Wolę gry przygodowe - ot, choćby wspomniany Mario.
      Kółko strzeleckie to fajna sprawa - ja sam byłem w szkole nie tylko aktywnym członkiem, ale i założycielem. To świetny sport.
      Łucznictwo też wciąga, ale w naszym mieście nie ma takiej sekcji, a i koszty dużo większe.
      Gier jest tyle, że pewnie i znalazłaby się jakaś gra z dronami - ale żadnej nie znam.
      Może to zabrzmi dziwnie, ale KAŻDY facet poczułby w tej chwili ból ;)

      Usuń
  3. Młodszy chyba jest już starszy? Na psyche mu raczej nie siądzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie siada, jak na razie. Punktuje teraz nasz wybór gier, gdy byli młodsi - tak przynajmniej sobie wlewam ;)

      Usuń
  4. Kółko strzeleckie to świetna sprawa. Facet powinien umieć się bronić. W pacyfizm nie wierzę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Wspaniale piszesz. Masz cudowny, lekki styl.

      Usuń
    2. Pacyfizm to tak naprawdę inna nazwa hipokryzji. Nie biorę broni do ręki, brzydzę się przemocą, ale chcę czuć się bezpiecznie, nie zważając na to, że jeśli nie ja, to ktoś inny musi odwalać brudną robotę. Narzekam na brutalność policji, ale niech tylko ukradną mi rower, krzyczę "Gdzie była policja!?".
      Prawda jest taka, że gdybyśmy w ogóle nie mieli armii, bylibyśmy podwójnie bezbronni. Raz, bo nie miałby nas kto obronić nawet, gdyby zaatakowała nas republika San Marino, a dwa - bo nie moglibyśmy być członkiem żadnego paktu wojskowego. Niestety, nie jesteśmy Szwajcarią i nie mamy szans na to, by się nią stać. Nikt nas nie potrzebuje aż tak bardzo, by bronić nas za wszelką cenę.
      Za komplement dziękuję ;)

      Usuń
  5. ja już jestem za stara na wiele rzeczy, coraz częściej powtarzam "świat zwariował" albo "Ja nie rozumiem tego świata"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O świecie wirtualnym nie wspomnę...

      Usuń
  6. Witaj ;)
    W jakim wieku są chłopcy?
    Wiele gier "spacza" psychikę młodych ludzi, podobno to dowiedziono.
    Chyba mądrze jest wychowany Twój syn i wie przez cały czas, że to wirtualny tylko świat?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. Są w takim wieku, że moje buty są im już za małe - a o moich stopach koledzy zwykli mawiać "płetwy"!
    Młodszy w styczniu skończy 14 lat.

    OdpowiedzUsuń