Za długo był spokój. No, za długo! Chyba kilka całych tygodni! Skandal! Prawie dwa miesiące bez żadnego remontu? No ludzie, kto to widział!
No i znów złośliwy Los zniecierpliwił się na mój spokojny żywot i dał mi coś do roboty, żebym czasem się nie nudził, albo – broń Panie Boże – odpoczął po pracy. Nie ma tak dobrze! Chaos musi być!
Jesteście gotowi na kolejną, długą, nudną i pełną narzekań historię? Zdradzę Wam w sekrecie, że to było pytanie retoryczne – bo i tak ją opowiem. Gdzieś muszę wylać swoją frustrację i permanentny żal do całego świata, że nie chce o mnie zapomnieć.
Ale, jeśli jeszcze na to nie wpadliście, mogę Wam zdradzić, że wcale nie musicie tego czytać. Genialne, prawda?
Zatem uwaga, zaczynam. Tylko sobie odchrząknę…
Zaczęło się od demontażu termy. Pisałem o tym TUTAJ. W sumie, jestem z tego zadowolony, chociaż przyzwyczajenie daje o sobie znać kilka razy dziennie. Gdy odkręcam wodę, czy to nad umywalką, czy nad zlewem, czy pod prysznicem, zawsze czekam, aż mi się terma zapali. Od połowy lat osiemdziesiątych zawsze w łazience miałem termę – czy to w Starym Domu, czy w Nowym Miejscu. I zawsze po odkręceniu ciepłej wody słyszałem ten cichy wybuch, który paradoksalnie nastrajał mnie optymistycznie. Teraz tego nie ma, a ja wciąż na to czekam. Chyba się nie odzwyczaję.
Ale, żeby nie było za pięknie, spółdzielnia znowu wpadła na jeden ze swoich „genialnych” pomysłów i nagle wywiesiła ogłoszenie, że odbędzie się demontaż liczników gazu i sprawdzanie szczelności instalacji. Obecność w mieszkaniu obowiązkowa. Za dwa dni! Bo przecież oczywiste jest, że wszyscy lokatorzy to przewidzieli i zawczasu załatwili sobie urlop! Każdy tak przecież robi…
I pech chciał, że w naszej instalacji „wykryto nieszczelność”. Jak to zrobiono bez uprzedniego demontażu licznika, nie wiadomo. To tajemnica lasu i pewnego mniej więcej osiemdziesięcioletniego dziadziusia ze spółdzielni, który uparł się wymienić nam rury. Nie byłoby w tym nic dziwnego ani strasznego, gdyby nie kilka faktów:
1. Nie wiedział, bo nie mógł wiedzieć, w którym miejscu instalacja jest nieszczelna. Może w naszych rurach, a może jeszcze przed licznikiem. A jednak uparł się i żadnego głosu rozsądku nie chciał słuchać.
2. Chciał z marszu wymieniać rury, choć przepisy wymagają, aby uprzednio wykonać projekt i przedstawić go gazowni. Niczego takiego nie zrobił.
3. Jeszcze poprzedni właściciel mieszkania zabudował rury ze wszystkich stron, tworząc pawlacze. Dziadziuś stwierdził, że trzeba je „zdemontować”, ale w tym przypadku oznaczało to po prostu rozwalić je, bowiem demontaż nie został przewidziany w ich konstrukcji. I mielibyśmy na to jakieś pół godziny.
Koniec końców, zwietrzyliśmy tu jakiś podstęp. Najbardziej prawdopodobne wersja wygląda tak, że dziadziuś chciał wykonać zupełnie niepotrzebną fuchę na koszt spółdzielni i zgarnąć za to pieniądze. Dogadać się z nim nie dało. Na moje pytania odpowiadał zupełnie nielogicznie, jakby brakowało mu przynajmniej połowy mózgu. Zniecierpliwiony, wygnałem go z mieszkania, ale jeszcze długo słyszałem jego odgrażanie się, że „zostaniemy bez gazu, bo on niczego nie podpisze”.
No dobra, pozbyliśmy się dziadka, ale co teraz? Gazownia nie chciała się tym zająć. Musielibyśmy poszukać kogoś innego, kto sprawdzi nam szczelność instalacji. Gazownia potrzebowała też opinii kominiarza o stanie przewodów wentylacyjnych. Teraz, w czasie rozpoczęcia sezonu grzewczego, kiedy to kominiarze są urobieni po łokcie!
Padł pomysł – olać dziadziusia, gazownię i kominiarza (ale tego ostatniego tylko symbolicznie, bo nic tu nie zawinił) i kuchnię wymienić na elektryczną. Dobry pomysł? No pewnie! Był tylko jeden problem – nasza instalacja elektryczna pamiętała czasy PRL.
A potem, gdy zaczęliśmy zagłębiać się w temat, okazało się, że byłem niepoprawnym optymistą. Jeden problem? JEDEN? Chopie, weź się ogarnij! Kto zrzuci na ciebie tylko jeden problem? Szkoda zachodu. Jak już sypać problemami, to serią – taką filozofię wyznaje Los.
No, ale o tym w jednej z kolejnych notek. Na pewno nie w następnej, bo ta będzie – miejmy nadzieję – optymistyczna. Mam zamiar opisać w niej wyjazd, który planowaliśmy już od wiosny, gdy tylko dowiedzieliśmy, że w Warszawie będzie koncertował ulubiony zespół Koleżanki Małżonki – Europe. I będzie to koncert z okazji czterdziestej rocznicy wydania przebojowej płyty „The final count down”.
Cóż, ona ze mną pojechała na Guns n’ Roses, to ja z nią pojadę na Europe. Zresztą, też lubię ich piosenki, a „Rock the night” mam nawet w swojej playliście na YT. Zatem, szykuje się jeszcze jedna chwila wytchnienia i rozrywki.
Jak cisza przed burzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz