- No, tu stały! – jęknąłem. – Sam je tu wczoraj postawiłem. Zapakowane w otwarty karton, z karteczką „Nie rusz, nie tykaj, usiądź, zapal, odpocznij!”*
Bezradnie rozglądałem się po prototypowni. Przeszukałem każdy kąt, ale swoich części, przeznaczonych na próby, nie znalazłem. Odnalazły się dopiero jakiś tydzień później, w bardzo nieoczekiwanym miejscu.
Ta sytuacja miała miejsce ładnych parę lat temu, gdy zajmowałem się jeszcze organizowaniem produkcji prototypów. Potem przeszedłem do działu konstrukcyjnego i była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Żeby było śmieszniej, właśnie trwa reorganizacja i mój obecny dział zostanie połączony ze starym! Będzie to zresztą czysta formalność, bowiem po wielu przesunięciach, przeprowadzkach i przearanżowaniach, finalnie wszyscy wylądowaliśmy w nowym biurowcu, w dodatku w jednym pomieszczeniu i ten stan rzeczy trwa do dziś. Ważne, że znamy się dobrze, a ja szczególnie dobrze, w dodatku z obiema grupami.
Oni wciąż w grupie mają osobę, odpowiedzialną za prototypy. Mógłbym go nazwać swoim następcą, gdyby nie to, że to już któryś z kolei. I ten kolega pewnego dnia zaczął się żalić, że zgubiono jego części.
Odwróciłem się w jego stronę, aby posłuchać tej smutnej historii. Ech, jak ja dobrze to znałem! Niby nic wielkiego, jakieś części zostały omyłkowo umieszczone nie tam, gdzie znajdować się powinny. W tak wielkiej firmie, gdzie realizuje się setki tematów jednocześnie, od czasu do czasu zwyczajnie się to zdarza (choć nie powinno), bo człowiek jest istotą omylną. Dobrze przynajmniej, że dzieje się to stosunkowo rzadko.
- No i wiecie, gdzie w końcu się znalazły? – kolega kończył swą opowieść.
- Na Księżycu? – wyrwało mi się.
Uśmiechnął się.
- Prawie – odparł. – Wyobraźcie sobie, że odnalazły się w magazynie wysyłek! I to znalazły się tylko dlatego, że nie miały dokumentów wysyłkowych i magazynier zaczął wydzwaniać po różnych działach, żeby dowiedzieć się, co to jest i co z tym zrobić!
I zerknął na mnie, zapewne spodziewając się na mojej twarzy wyrazu niebotycznego zdumienia. Ale, choć nie miałem lustra i nie mogłem tego sprawdzić, byłem pewien, że zagościł tam jedynie znudzony i pełen wyższości uśmiech. Bowiem przypomniałem sobie sytuację, opisaną na samym początku tej notki.
- Ech, kolego – mruknąłem leniwie, jak najedzony tygrys, któremu nie chce się nawet zaszczycić spojrzeniem jakiejś potencjalnej ofiary, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że gdyby tylko zechciał, mógłby ją dopaść jednym susem. – Komu ty chcesz zaimponować?
O mało nie dodałem „dzieciaku!”, ale to tylko niepotrzebnie przypomniałoby kilku koleżankom, że jestem tu najstarszy, a wtedy nawet wciągnięty brzuch nie pomoże.
-Wiesz, gdzie znaleziono moje części? – mruknąłem, patrząc na niego spod wpółprzymkniętych powiek.
Aż byłem dumny z tego pomruku. Tak świetnie mi wyszedł! Szkoda, że Koleżanka Małżonka nie słyszała, na pewno w jej oczach stałbym się wyższy, szczuplejszy i potrafiący lepiej tańczyć.
- No, gdzie?
Ech, młodzież dziś nie zna się na opowiadaniu historii. Nic a nic nie potrafi stopniować napięcia. Żadnego okazywania emocji, żadnego przejętego tonu, tylko zwykłe, pospolite „No, gdzie?”. Musiałem sam zadbać o dramatyzm. Uczyniłem więc pełną napięcia pauzę, a w tle rozległ się przerażający motyw muzyczny. Na przykład, ze „Szczęk”, gdy rekin dopędza ofiarę…
- Nawet nie próbuj zgadywać. W Japonii!
Wyraz zaskoczenia pojawił się na jego twarzy. Ale nie tak wielkiego, jak się spodziewałem.
- Znaczy – bąknął niepewnie – w dziale X?
No, masz! Dział X (który oczywiście nazywa się zupełnie inaczej, ale wolałbym niepotrzebnie nie ujawniać wewnętrznych spraw firmy) wciąż nazywaliśmy „Japonią”, bowiem jeszcze niedawno pomieszczenia te wynajmowała japońska firma kooperacyjna z naszej branży, która kilka lat temu przeniosła się w inne miejsce.
I tak, niechcący, dział X zniwelował cały efekt, jaki zamierzałem osiągnąć. Jak pech to pech!
Ale jeszcze się nie poddałem. Pokręciłem głową.
- W Japonii! – podkreśliłem z mocą. – Tej prawdziwej! Azjatyckiej. Po drugiej stronie globu! Konkretnie, w Osace…** A zostawiłem je w prototypowni pod tablicą.
- Prawda – roześmiał się inny kolega z tego działu, pracujący w nim od lat. – Słyszałem, jak kiedyś o tym opowiadałeś!
Mój następca na stanowisku koordynatora prototypów*** otworzył szeroko oczy. A ja, nie czekając aż mu przejdzie, odwróciłem się do swego ekranu i zabrałem się do pracy.
I niech mi ktoś teraz powie, że Dilbert, autorstwa nieodżałowanego Scotta Adamsa, to fikcja!
____________
* Tak naprawdę ta karteczka była o wiele bardziej rozbudowana – ale znaczenie było właśnie takie
** Najprawdziwsza, stuprocentowa prawda!
*** Ha, a ja byłem wtedy jeszcze dodatkowo ich konstruktorem! Dzieciak nie dorasta mi do pięt, normalnie…****
**** Powiedziane tym samy tonem, tego samego tygrysa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz