Ech, niewesołe jest życie staruszka…
Dopadły mnie kłopoty ze zdrowiem. Wszystko przez mój brak asertywności.
Tak mi się nie chciało jechać na to Wygwizdajewo, tak marzyłem o zaszyciu się pod kocem z filiżanką pysznej herbatki… Za oknem ziąb, zimowy wicher i biało jak w Arktyce – komu by się chciało wychodzić? No, ale jak się nie ma zdolności aktorskich, to trzeba życie przyjmować na klatę. Koleżanki Małżonki jakoś nie przekonały moje nagłe bóle w krzyżu, zawroty głowy, udar, skurcz żołądka, czy otwarte złamanie paznokcia i nie udało mi się od tego wykręcić. W dodatku tak słodko poprosiła, że stopniałem jak sopel lodu w mikrofalówce. No, nie pomyślałem, że przecież ktoś i tak musi ją tam zawieźć.
A na miejscu, znaczy w tym Wygwizdajewie, gdzie nasza kuzynka obchodziła urodziny, było jeszcze zimniej, jeszcze mocniej wiało i jeszcze do tego akurat ja, jako kierowca, nie mogłem się rozgrzać pysznym (podobno) i aromatycznym (na pewno) grzańcem! A tak ładnie pachniał…
No i jeszcze te moje problemy z ciśnieniem. Otóż, przyjmuję leki, obniżające ciśnienie krwi. I od kiedy je przyjmuję, poznałem zupełnie nowe zjawisko: marznące ręce. Nigdy nie marzły mi ręce ani stopy, a teraz, gdy zbito mi ciśnienie, krążenie krwi chyba nieco osłabło i ręce zaczęły mi marznąć. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Zwłaszcza, że jako osobnik nieznający tego zjawiska, nie zaopatrzyłem się w żadne rękawiczki, bo nigdy ich nie potrzebowałem. A tu: proszę! Niespodzianka zimowa!
Dość, że zwyczajnie zmarzłem i po kilku dniach poczułem tego skutki. Doznałem bowiem zdradliwego ataku Straszliwego Przeziębienia I Niemal Końcowej Agonii (w skrócie SPINKA). Nie śmiejcie się, to poważna choroba! Przez jeden dzień (na pewno dłużej, ale nikt dziś już nie robi takich porządnych termometrów) miałem straszną gorączkę, nawet chwilami powyżej 37 stopni – wystarczy, aby każdego chłopa posłać na deski. A już na pewno wystarczy do tego, żeby chwycić papier, pióro i spisać swą ostatnią wolę. Nie pamiętam, co tam komu zapisałem, bo mi tak oczy łzawiły, że w ogóle niewiele widziałem. Nie pamiętam już, kto odziedziczy moją tokarkę, a kto gitarę, zresztą, jak zwykle, wszyscy i tak to totalnie olali i nie było nawet komu podpisać jako świadek.
Niestety, ubocznym skutkiem owego przeziębienia był też Wielki I Niespotykany Katar Ogólny (skrót nie oddaje istoty sprawy). Nie mam pojęcia, skąd się tyle tego świństwa w człowieku bierze, ale karton chusteczek wystarczał mi zaledwie na dwie godziny. Ubocznym skutkiem było tak intensywne łzawienie, że nawet trudno było mi czytać. Więc głównie spałem usiłowałem spać. I właściwie ta senność nie przeszła mi aż do tej chwili. Mógłbym przespać całą tę zimę i wcale nie byłoby mi jej żal.
Jak ja nienawidzę zimy!
I to straszliwe choróbsko trzymało mnie aż do wczoraj. Prawie na dwa tygodnie zamieniłem się w człapiące, charczące, zgarbione i bez przerwy marudzące zombi, które z łatwością można było zatrzaskać suchą szmatą, gdyby tylko komuś chciało się to zrobić.
Dziś zaczynam powrót między żywych. Mam nadzieję, że mi się uda zakotwiczyć między nimi jeszcze na jakiś czas. W każdym razie, Kostucha, gdy mnie zobaczyła, wzruszyła tylko kościstymi obojczykami i oznajmiła mi, że jeśli jeszcze raz będę wzywał jej imienia nadaremno, wybierze najbardziej tępą i zardzewiałą kosę z całego swego arsenału "i mi pokaże" - cokolwiek to znaczy.
aha, czyli zbyt ostro, zbyt zdecydowanie odmówiłeś założenia rękawiczek?... jakbyś asertywnie odmówił, to chyba też byś się zaziębił...
OdpowiedzUsuńp.jzns :)
Zdrowiej szybko.
OdpowiedzUsuńJa bardzo lubię zimę. No ale bez rękawiczek to się nie da...