Tak, wiem, powinienem częściej pisać.
Ale o czym, skoro wokół cały świat zamarł w zimowym śnie? Jest zima i nic ciekawego się nie dzieje, przynajmniej w moim życiu, które w tym okresie zwyczajnie zamiera.
Niedźwiedzie – o, te mają fajnie! Mogą sobie zasnąć na całą zimę i smacznie przespać tę niegościnną i na każdym kroku wkurzającą porę roku. Nie muszą rano zrywać się do pracy! I nie muszą, przed wyjściem ze swej gawry, gacić się w ciepłe kurtki, ocieplane buty, czy wełniane czapki! A w tych grubych ciuchach człowiek ledwo się rusza! I gdy rano wyjdzie na zewnątrz, i tak robi mu się zimno. Dopiero po kilkunastu minutach marszu robi mu się cieplej, a pod koniec jest spocony, jak tężnia solankowa. Latem! I co wtedy zrobić? Rozpiąć kurtki nie można, bo jak zawieje, to rwa kulszowa pewna.
No i szkoda tego czasu, bezpowrotnie straconego na to maszerowanie. To jednak trwa, w obie strony, jakieś półtorej godziny. A gdy jeszcze wliczymy w to ubieranie i rozbieranie, strata czasu zwiększa się znacząco.
I jeszcze ten irytujący piach, wciąż chrzęszczący pod nogami! Niewiarygodne, ile piachu do mieszkania nawnosi się zimą na podeszwach. Za każdym razem trzeba biegać z miotłą, bo człowiek czuje się, jak na pustyni. Doszło do tego, że piach zamiata się w kąt, bo nikt nie ma siły bez przerwy biegać z szufelką. Raz lub dwa razy dziennie zmiata się z tego kąta i wynosi do kubła – na więcej nikt już nie ma siły. A piach i tak wciąż chrzęści…
W czasie mrozów nie jeżdżę do pracy rowerem. Ale raz wydawało mi się, że już można i ruszyłem w drogę swoim wysłużonym welocypedem. Tak jak przypuszczałem, ścieżki rowerowe odśnieżono bardzo niestarannie, ale zachowując ostrożność i unikając gwałtownych skrętów, udało mi się dojechać pod samą firmę. Dopiero tam, na parkingu, oblodzonym i mokrym, śliskim jak świeżo wyciągnięta z wody ryba, wywinąłem takiego orła, że poczułem się jak Galileusz, patrzący przez teleskop. Zobaczyłem tyle gwiazd, że musiałem ujrzeć nie tylko naszą, ale jeszcze co najmniej kilka sąsiednich galaktyk. Kurtka do prania, spodnie do prania, a lampka w rowerze do naprawy lub wymiany – o tym miałem zadecydować, gdy już odzyskam zdolność ruchu. Na domiar złego, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście tego ranka zdecyduję się na rower, wyszedłem na tyle wcześniej, żeby w razie stwierdzenia, iż warunków na kolarstwo nie ma, zabawić się w Roberta Korzeniowskiego i pójść pieszo. Wskutek tego, w biurowcu jeszcze ciemno – byłem pierwszy. A na parkingu nikogo! Żadnej pomocnej dłoni, żadnego lamentującego nad moim losem głosu, żadnej żywej istoty, która w razie potrzeby mogłaby uratować mój nieszczęśliwy (z powodu zimy) żywot.
Poleżałem sobie trochę, pokontemplowałem światło miejskich latarni, ale przejmujące zimno od pleców zmusiło mnie do powstania na nogi, a potem zaczął się żmudny proces wstawania z kolan, aczkolwiek w bardziej dosłownym sensie. Pozostało jeszcze kilka siniaków i odbite kolano.
No i te wieczne ciemności! Człowiek w ogóle nie widzi słońca, chyba że przez okno w biurze. Ale wtedy ono jakoś nie cieszy, bo nasuwa niemiłą refleksję, że człowiek marnuje tu czas, który można było przeżyć znacznie weselej, w słonecznym blasku – bo nie cieple.
I ten samochód, wiecznie uwalany od błota, soli i ptasich kupek. Co go człowiek wyszoruje, od razu pokrywa się wszechobecną brudną mgłą, a ptaszyska od razu dokładają starań, żeby nie był tak przeraźliwie i bezwstydnie czysty.
I jeszcze chyba pękł mi jakiś przewód paliwowy i paliwo kapie na jakiś gorący element, bo gdy się silnik rozgrzeje, tak śmierdzi w nim paliwem, że kręci mi się w głowie. Zajrzałem pod maskę, ale gdzie tam cokolwiek zobaczyć! Poupychane tam tego wszystkiego tak, że trzeba by chyba rozkręcić pół samochodu, żeby dostać się do jakiegoś miejsca potencjalnej awarii. Muszę go oddać do mechanika, ale znowu nie mam kiedy, bo tak się akurat składa, że wciąż potrzebuję samochodu! Bywa, że stoi na parkingu cały tydzień, nie ruszany, ale bywa i tak jak teraz, że potrzebuję go codziennie.
Niemniej, w tym tygodniu będę musiał go oddać, bo taki wyciek może być niebezpieczny. Niby to diesel, ale jak się olej podgrzeje, też potrafi się zapalić.
Wszystko przez tę zimę. Latem przewód by nie popękał! Na pewno! Pękł od mrozów – jak nic. Pewnie wytrąciła się parafina i zatkała przewód, a pompa paliwowa dokonała reszty. Nic, że paliwo zimowe – też zawodzi przy większych mrozach.
To jak, mam pisać dalej?
Jeszcze Was nie zmęczyło moje narzekanie?
Bo uprzedzam, że ja tak potrafię godzinami!
Świat dzieli się na optymistów i pesymistów. Mówią, że pesymista to po prostu dobrze poinformowany optymista. Może i tak, a ja reprezentuję opcję reprezentowaną przez palacza w filmie "Miś". - Pani kierowniczko jak jest zima to musi być zimno.
OdpowiedzUsuńMożna jeździć w zimie ( jak ktoś się uprze) na dwóch kołach po dodaniu do tylnego dwóch bocznych. Może wyglądasz wtedy jak przedszkolak, ale dale jako taką stabilność. Pozdrawiam
Współczuję, ale jako osoba zbliżona wiekiem raczej do Twojej mamy niż do Ciebie od wielu lat tkwię na emeryturze i zwłaszcza zimą doceniam ów stan rzeczy oraz możliwość, że mogę spokojnie "pognić" w domu gdy pogoda jest do bani. Poza tym osobiście nienawidzę zimy i wszystkim, którzy muszą rano telepać się do pracy to szalenie współczuję. Tu, po doświadczeniach pandemicznych, jest coraz więcej firm, które poszły po rozum do głowy i wiele osób 2, 3 razy w tygodniu pracuje zdalnie a i konferencje bywają tak prowadzone. W pięknym mieście Meksyk City od lat wiele osób pracuje zdalnie, bo gdyby tak nagle wszyscy ruszyli do swoich miejsc pracy to żadna komunikacja miejska ani inna infrastruktura miejska tego by nie wytrzymała. Może wreszcie ktoś przejrzy na oczy i zrozumie, że nie obecność w biurze się liczy a wynik pracy.
OdpowiedzUsuńMożesz narzekać, ale pomyśl o tym, że siedzisz w ciepłym biurze, a ktoś naprawia pęknięte rury na mrozie...
OdpowiedzUsuńjotka
No cóż, Ty marudzisz teraz, ja będę marudzić latem. Taka kolej rzeczy, równowaga musi być.
OdpowiedzUsuń